slide1 slide2 slide3 slide

Notatki z domu autostopowicza

about me photo

Cześć jestem Paluch

Zacząłem stopować wiele lat temu gdy byłem wciąż dzieciakiem. Po jakimś czasie objechałem większość Europy i zacząłem mieć wrażenie że to zawsze będzie za mało. Więc... postanowiłem objechać stopem świat! Po przekroczeniu Atlantyku, dotarciu na Ziemię Ognistą i wyprawie na Antarktydę pora na kolejne wyzwanie - Alaska!

Listy z pobocza to bardziej książka niż blog, książka pisana w trasie i publikowana rozdział po rozdziale. Potrzebuję czasu by zamknąć każdy tekst w pewne ramy, więc gdy ty czytasz o jednym miejscu ja jestem już gdzieś zupełnie indziej. Czasem brakuje weny, innym razem czasu, a nieraz po prostu kończą się oszczędności więc mam co innego na głowie. Dlatego też nie możesz mnie śledzić zupełnie na bieżąco, ale mam nadzieję że to cię nie powstrzyma i będziesz tu zaglądać raz na jakiś czas by sprawdzić co nowego na poboczu.

Laguna Quilotoa w Ekwadorze
- Cześć Aileen!
- Ukrywałeś się draniu! - pacnęła mnie po ramieniu.
- Hahaha tylko trochę.
- Uścisnąłbyś mnie lepiej!

Dobrze było znów ją zobaczyć. Obserwowałem ją przez chwilę z parku obok katedry, nie wyglądała na zdenerwowaną lub wystraszoną. Dokonała tego, przyleciała sama do Peru! Najpierw poszliśmy na bazar na wyżerkę, chciałem by spróbowała tych wszystkich peruwiańskich smakołyków, które zdążyłem poznać. Była zaskoczona miejscowymi cenami, w porównaniu z Chile wszystko było tańsze ze trzy razy. Po obiedzie przekroczyliśmy most nad rzeką Tumbes maszerując w stronę stacji benzynowej. Dzień był duszny i gorący, w przeciwieństwie do reszty peruwiańskiego wybrzeża, istniały tu lasy namorzynowe i fragmenty dżungli. Efekt słabnącego wpływu zimnego Prądu Humboldta.

Pierwszy stop znalazł się w ciągu dziesięciu, może piętnastu minut i była to trzykołowa moto riksza. Na początku stwierdziłem że nie potrzebujemy taksówki, ale młody chłopak za kierownicą machnął ręką dodając: ”Wskakujcie i tak muszę jechać do pobliskiej wioski.” Wow pierwszy lift z chińską rikszą. W Peru! Na drugiego lifta czekaliśmy pół godziny, może godzinę, czas jakby się zagiął gdy rozmawialiśmy na poboczu. Było prawie ciemno gdy wysiedliśmy w Máncorze.

Po kolacji i paru piwach udaliśmy się do hostelu który wcześniej zarezerwowałem. Był to bardziej szereg bambusowych domków niż klasyczny hostel. Miejsce to dopiero co otwarto, basen wciąż był w budowie, ale nie miało to znaczenia, do plaży mieliśmy nie całe sto metrów. Fale było słychać wewnątrz. Aileen przywiozła mały prezent, butelkę dobrego ginu, zaczęliśmy więc świętować ponowne spotkanie Chilijki i szalonego Polaco.

Przez kolejne kilka dni byczyliśmy się na plaży lub szaleliśmy na wielkich falach, próbowaliśmy nowych smaków lub szperaliśmy w sklepach wśród rękodzieł i ciuchów.  Łatwo było stracić poczucie czasu, a Aileen niestety nie miała go za wiele, musieliśmy więc zacząć myśleć dokąd ruszyć dalej. Najpierw rozważaliśmy zahaczyć o miasto Loja na południu Ekwadoru, ale po głębszej analizie zdecydowaliśmy się odwiedzić Lagunę Quilotoa wysoko w górach.

Zaczęliśmy stopować późno i dotarliśmy do Tumbes gdy było już ciemno. Nasz kierowca zasugerował by złapać minibusa do granicy, to było zaledwie kilka kilometrów i kosztowało tyle co nic. Minibusy podjeżdżały i odjeżdżały ale wdrapać się do jednego z nich było wyzwaniem, ludzie niemal zabijali się by się zabrać. Po kilku próbach w końcu znaleźliśmy się w środku upchani jak sardynki martwiąc się o nasze plecaki przywiązane do dachu. Nie wyglądało to na dobre zabezpieczenie, ale nie było innego sposobu.

Pierwszą rzecz usłyszaną z ust policjanta po ekwadorskiej stronie była informacja o tym iż nie można już tu zrobić odprawy paszportowej. Urząd Celny i Imigracyjny przeniesiony został do nowego terminala na obwodnicy miasta i taxi było naszą jedyną opcją o tej porze. Potwierdziliśmy cenę z kilkoma miejscowymi i po chwili wylądowaliśmy w urzędzie. Pieczątki w paszporcie, teraz trzeba gdzieś się przekimać.
- Przepraszam, wie Pan czy możemy się gdzieś tu w pobliżu rozbić z namiotem? - zapytałem jednego z oficerów.
- Em, niech pomyślę... Wiecie co idźcie do tej białej budki na wyjeździe z terminala, dam o was znać kumplowi przez radio. - Po kilku minutach pokazano nam fajny trawnik na namiot.
- Czy jest tu bezpiecznie - zapytałem drugiego oficera.
- Oczywiście, jestem tu przez całą noc - odpowiedział dyskretnie pokazując nam pistolet. - Tutaj jest toaleta jeśli potrzebujecie.
Prawie jak zawsze, grzecznie zapytaj i będzie ci dane.

O poranku zaczęliśmy stopować za rondem na końcu obwodnicy. Po chwili zatrzymał się jeden gościu tylko po to by nam uświadomić że za jakiś kilometr mamy stację benzynową. Ponoć hotel obok którego staliśmy robił za nieoficjalny burdel, nie za ciekawa miejscówka dla autostopowiczów. Na stacji, która miała dużo wyższy standard od tych w Peru, pierwszy stop pojawił się po kilku minutach.

Pobocza wydawały się czystsze a drogi szersze niż po drugiej stronie granicy. Roboty drogowe towarzyszyły nam stale gdyż wiele starych dróg stopniowo zamieniano w dwupasmówki. Nie były one może najbezpieczniejsze, przypominały polską gierkówkę, wiele odcinków nie miało fizycznie oddzielonych pasów ruchu czy wielopoziomowych skrzyżowań, ale zastępowały one stare trasy, które często jeszcze kilka lat temu nie miały nawet asfaltu. W kraju tym trwała największa modernizacja infrastruktury drogowej w historii, przykład tak zwanego ”ekwadorskiego cudu prezydenta Rafaela Correi”, napędzanego petrodolarami.

Wylądowaliśmy w wiosce El Cambio niedaleko miasta Machala i kontynuowaliśmy łapanie za wielkim rondem. Tym razem potrzebowaliśmy kilku godzin by ktoś nas zabrał i wieczorem wysiedliśmy w Virgen de Fatima gdzie znajdowała się stacja poboru opłat. Zapytaliśmy ochroniarzy o miejsce na kemping i zaraz piękny trawnik ze świeżo skoszoną trawą stał się naszym domem. Stacja miała nawet darmowe prysznice. Wypas!

Po śniadaniu poszliśmy na drugą stronę bramek i znów wystawiliśmy kciuki. Dzień miał leniwy charakter, była niedziela. Wkrótce znów byliśmy na tyle pickupa, znów obserwując bezkresne plantacje bananów, Ekwador był ich największym eksporterem na świecie. Po krótkim marszu by wyjść z centrum Milagro czekaliśmy jakąś godzinę by dotrzeć do krzyżówki E25 z E49. Tutaj mieliśmy cały ruch pomiędzy Guayaquil, największym miastem i portem w kraju a stolicą w Quito.

Następny samochód zatrzymał się dosłownie w kilka sekund i dwóch facetów w środku zabrało nas do Quevedo z przystankiem na obiad po drodze. Zostało nam tylko sto kilometrów a słońce wisiało wciąż wysoko na niebie. Po chwili byliśmy po raz kolejny na tyle pickupa otoczeni kiśćmi banana. Płaska droga skończyła się po kilku kilometrach i zaczęliśmy się wspinać na wierzchołki kordyliery. Temperatura spadała z każdym ostrym zakrętem, zaczęliśmy wyciągać z plecaka ciuchy warstwa po warstwie. Wysiedliśmy w wiosce o nazwie Zumbahua na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów. Szczyty wokół pokrywała sucha trawa, wiatr odmroził nam niemal uszy.

Noc spędziliśmy w małym rodzinnym hotelu i z samego rana zaczęliśmy szukać autobusu do Laguny. Jako że nie potrafiliśmy go znaleźć zabraliśmy się jedną z wielu terenówek oferujących turystom transport do tego spektakularnego miejsca. Jak tylko dotarliśmy do krawędzi kaldery, wielkiego wulkanicznego krateru, widok powalił mnie z nóg, okej z pomocą silnego wiatru. Dwieście osiemdziesiąt metrów poniżej znajdowało się jezioro z niemożliwie zielonkawą wodą. Przemieszczające się chmury rzucały szybko wędrujące cienie na powierzchnie wody, wyglądało to jakby mityczni andyjscy bogowie wylewali nową warstwę zielonej farby wciąż i od nowa. Poczłapaliśmy w dół stromego szlaku i nie była to łatwa wędrówka. Nawet z górki było to wyczerpujące, niedostatek tlenu zmuszał nas do przystanku co kilka kroków. Nie chciałem nawet myśleć o powrotnej wspinaczce. Na szczęście mieliśmy ze sobą liście koki.

Po krótkim odpoczynku w hotelu i późnym obiedzie ustawiliśmy nasze plecaki na poboczu licząc na łut szczęścia. Słońce było już nisko, ale ktoś czekał na nas w Quito, postanowiliśmy więc spróbować. Opłaciło się! Pierwszy samochód zatrzymał się a para w środku również jechała do stolicy. Poczęliśmy zjeżdżać do doliny obserwowani przez ogromny, ośnieżony szczyt wulkanu Cotopaxi. Ten gigant miał niemal sześć tysięcy metrów. Zatrzymaliśmy się w mieście Latacunga gdyż parka chciała nam pokazać co jadają miejscowi. Zamówili chugchucaras, mieszankę smażonej na głębokim oleju wieprzowiny, gotowanych ziaren kukurydzy, ziemniaków, smażonych zielonych bananów, empanad, popcornu i skwarków. Ilość tłuszczu jaką zjadłem mogłaby mnie pewnie utrzymać na chodzie przez tygodnie!

Reklama wściekłe psy drink shot w Ekwadorze
Tak reklamowałem wściekłe psy w Ekwadorze
Około ósmej wieczorem wysiedliśmy na starówce w centrum Quito. Zadzwoniliśmy do Carlosa i pomaszerowaliśmy do hostelu którego był właścicielem. Należał on do Couchsurfing, ale poznaliśmy go dzięki Monice, znajomej z Polski która pomogła mi z noclegiem w Rio. Myśleliśmy że jedynie zaczekamy na niego w hostelu i udamy się na jego chatę, ale okazało się że miał dla nas darmowy pokój w tej okazałej rezydencji o nazwie Mía Leticia. Tego samego wieczoru mieliśmy okazję go poznać, ale jako że był to zabiegany facet, nie mogliśmy pogadać za wiele. Niesamowite że robił to wszystko dla nas.

Stare miasto stolicy położone było zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów na południe od równika i była to najlepiej zachowana starówka w obu Amerykach. Quito razem z Krakowem były pierwszymi miastami wpisanymi na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1978 i z wielką neogotycką bazyliką dominującą w krajobrazie, miało ono europejski charakter. Mi szczególnie podobało się to iż agresywna reklama była w centrum zabroniona. Jedynie małe metalowe szyldy były dozwolone, najczęściej w jednym ciemnym kolorze. Nawet międzynarodowe sieci fast foodów musiały się dostosować.

Ostatnie kilka dni wakacji Aileen chciała spędzić na plaży by złapać nieco słońca, postanowiliśmy więc pojechać do Montañity i najlepsze było to że nocleg mieliśmy już nagrany. Monika kupiła tam dom który planowała przerobić na hostel.* Miasteczko to było najpopularniejszą miejscówą na ekwadorskim wybrzeżu i z pewnością mógł to być dobry pomysł. Nie była ona tam obecnie, poleciała do Rio do swego chłopaka Daniela, ale miała dla mnie wolny pokój. Mogłem się tam zatrzymać na dłużej, pomagając nieco wokół domu i spadło mi to jak z nieba gdyż kończyła mi się kasa. Czas było poszukać kolejnej pracy.

Tym razem wzięliśmy autobus, nuda ale nie było wyjścia, złapało mnie jakieś dziwne zapalenie nerek. Chodzenie nawet bez plecaka sprawiało problem. Dom zamieszkiwała Lena, dziewczyna z Rosji i jej dwójka dzieciaków oraz dwie inne pary. Zbudowany był niemal w całości z bambusa i porośnięty pnączami marakuji. Wyglądał cool!

Spędziliśmy z Aileen dzień czy dwa na plaży i pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka Puerto Lopez w poszukiwaniu prezentów, gdzie znalazła hamak dla mamy. Po czym wsiadła ona do autobusu i wróciła do swojej rzeczywistości. Byłem z niej dumny, wyglądała na bardziej pewną siebie uświadomiwszy sobie prawdopodobnie że podróżowanie jest w sumie łatwe. Dla mnie nadszedł czas by wydrukować CV i zacząć rozglądać się za nową pracą. Było w miasteczku dziesiątki hoteli i hosteli, sporo restauracji i barów i kilka dyskotek, jedynym problemem była pogoda, dni zaczęły być szare i mżyste, sezon dobiegał końca.

Kilka dni minęło i pojawiło się zwątpienie, nikt nie szukał pracownika. Musiałem coś wykombinować i w jeden sobotni wieczór wybrałem się do centrum by poznać nowych ludzi i poszukać nowych pomysłów. Zaskoczyła mnie ilość osób sprzedających różne rzeczy na ulicach i nie była to jedynie biżuteria i rękodzieło, ale również przekąski i drinki. Nawet brownies z marihuaną! Urząd Gminy kasował pięć dolarów od łebka nie pytając o żaden dokument, miejscowa policja była wyluzowana, wyglądało na to iż mógłbym tu rozkręcić swój mały biznes. Tej nocy poznałem Marvina i Anę, oboje ze Stanów, jednocześnie oboje z latynoskich rodzin, Marvina z Nikaragui i Any z Kolumbii. Sprzedawali oni jelly shots, czyli galaretki z alkoholem i przyznali że sprzedaż szła nieźle, byli w stanie coś odłożyć. Nie chciałem ich kopiować, musiałem coś wymyślić. Myśl do jasnej cholery!

Nagle mnie olśniło. Wściekłe psy! Te shoty były całkiem popularne w polskich barach, szczególnie wśród studentów. Były łatwe do przygotowania, jedynie wódka, grenadyna i sos Tabasco. Wszystkie składniki były dostępne, a wódka kosztowała grosze, zaledwie trzy dolary za litr, właściwie była tańsza niż grenadyna! Do roboty! Wydrukowałem mały szyld by promować mój produkt i pewnego wieczoru wybrałem się na ulicę.

Był to mżysty wtorek, niewiele ludzi na ulicach, ale w ciągu godziny miałem pierwszą sprzedaż. Do końca nocy sprzedałem jakieś piętnaście shotów. Nieźle! Następnego dnia znowu poszedłem do centrum i szybko miałem pierwszego klienta.
- Jesteś z Polski? - zapytała mnie dziewczyna z mocnym francuskim akcentem.
- Zgadza się.
- Wow, studiowałam przez jeden semestr w Polsce!!!
- Erasmus?
- Dokładnie! I uwielbiam wściekłe psy! Wypiłam ich mnóóóóstwo hahaha. - Zamówiła jednego, potem kolejnego. Wkrótce stała się moją nieoficjalną promotorką szukającą potencjalnych klientów wokół. Zrobiliśmy niezłą sprzedaż i pod koniec nocy upiliśmy się na chacie resztkami. Niezły ubaw!

Dni mijały, a ja wychodziłem na ulice i na plażę niemal każdą noc. Najlepsze były oczywiście soboty. Ale gdy dni zaczęły zamieniać się w tygodnie, a tygodnie w miesiące zacząłem czuć się wypalony. Pracowanie do czwartej nad ranem dawało się we znaki plus wszystkie te shoty które sam musiałem wypić. Układ był zawsze ten sam, podchodziła zaciekawiona grupka i twierdziła że kupią kolejkę jeśli wypije z nimi, zapłacą również za mojego shota. Okej. Problem polegał na tym iż nie przepadałem za słodkimi drinkami, zacząłem czuć się przecukrzony. Do tego bywały imprezy po pracy i brak snu, albo spanie do popołudnia. Montañita zaczęła mnie dopadać, nie tylko mnie.

Miasteczko to było zaledwie małą rybacką wioską dopóki nie odkryli jej surferzy i hipisi w latach sześćdziesiątych. Od tego czasu stało się jedną z największych imprezowni w Ekwadorze i poznałem wielu którzy w Montañicie się zatracili. Przyjechali na kilka dni i nie potrafili wyjechać przez długie tygodnie czy nawet miesiące, wszystko to za sprawą taniego alkoholu i dragów. Zacząłem znowu marzyć o bezkresnej drodze.

Monika miała wkrótce przylecieć z Danielem, sprawdziłem paszport i moja wiza byłaby wciąż ważna po ich przyjeździe, ale nie mielibyśmy za wiele czasu razem. Nie chciałem przekroczyć legalnych dziewięćdziesięciu dni gdyż słyszałem że ekwadorski urząd imigracyjny potrafił być dość surowy w tej kwestii. Nie mogłem też tak po prostu przekroczyć granicy i wrócić, musiałbym być poza krajem trzy miesiące by móc wjechać z powrotem. Kilka dni z nimi i będę musiał gnać do Kolumbii.

Gdy w końcu przyjechali, przywieźli ze sobą pierwszego klienta, chłopaka z Norwegii poznanego w autobusie. Nawet nie przygotowałem porządnie jego pokoju, sorki. Wyszliśmy na miasto jednego wieczoru, ugotowaliśmy polskie żarełko, pomogłem im nieco w pierwszej fazie generalnego remontu i czas było zmykać. Uściskałem ich mocno życząc sukcesu z hostelem. Byłem im bardzo wdzięczny za to że mogłem się tu zatrzymać, uratowało mi to dupę. Pomaszerowałem do pomnika surfera na wylocie z miasteczka i zacząłem stopować.

Potrzebowałem minuty by się zabrać, znowu pickup. Trzy godziny później wylądowałem w Manta, gdzie spędziłem noc na stacji benzynowej. Zajęło mi cały dzień dojechanie do Quito, a tam zdecydowałem się znowu na nocleg na stacji by nie tracić czasu, moja wiza była ważna już tylko jeden dzień. Dziwnie było trząść się z zimna o świcie, spędziłem tyle czasu w tropikalnej części kraju, a teraz miałem może cztery stopnie. Ostatniego dnia w Ekwadorze stop szedł jak z płatka, właściwie to nigdy nie miałem z tym problemu, jeden z najlepszych krajów Ameryki Południowej. Panamericana wiła się cudownie przez widowiskowe Andy, było prawdziwą przyjemnością być tu pasażerem. Z trzema liftami dotarłem do granicznego miasta Tulcan późnym wieczorem.

Hostel El Cielo Montanita Ekwador
Dom i przyszły hostel Moniki i Daniela
Byłem gotów opuścić niewielki terminal, gdy nagle postanowiłem coś potwierdzić.
- Jeszcze jedna rzecz - zapytałem oficera w okienku. - Jak długo mogę zostać w Kolumbii?
- Masz dziewięćdziesiąt dni, ale jakbyś poznał tu jakąś fajną laskę możesz przedłużyć z łatwością swój pobyt w którymkolwiek urzędzie imigracyjnym. Wystarczy że zapłacisz osiemdziesiąt tysięcy peso i możesz znów się rozkoszować! - wytłumaczył mi z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy. Na koniec uścisnął mi dłoń życząc wszystkiego najlepszego. Niezłe powitanie.

Tę noc spędziłem na dworcu autobusowym w centrum Ipiales, mieście po kolumbijskiej stronie granicy. Było naprawdę zimno, temperatura spadła poniżej zera. Z rana pomaszerowałem żwawo na wylotówkę próbując się rozgrzać. Młody chłopak minął mnie na rowerze i po chwili zawrócił zaciekawiony by zadać kilka pytań. Sam czasem jeździł na stopa. Na koniec wręczył mi kilka tysięcy peso na śniadanie. Kolumbijczycy wyglądali na bardzo przyjaznych.

Po piętnastu minutach zabrała mnie para w średnim wieku jadąca starą białą ciężarówką. Sunęliśmy powoli w dół wąskiej doliny, rzeka w oddali odbijała nieregularnie poranne słońce. Parka była bardzo rozmowna i ciekawska, rozmawialiśmy o Polsce, Kolumbii i innych krajach Ameryki Łacińskiej. Wyrzucili mnie na obwodnicy Pasto, zieleń była tak soczysta dookoła, miałem wrażenie że jestem gdzieś w niemieckich Alpach, wszystko wydawało się zorganizowane i zadbane.

Drugiego stopa w Kolumbii miałem z młodym kierowcą sedana który zabrał mnie na bramki nieopodal lotniska. Zajęło mi nieco złapanie kolejnego, ale tym razem bezpośrednio do Cali, trzysta pięćdziesiąt kilometrów za jednym strzałem. Mój kierowca studiował w Argentynie i wrócił do ojczyzny by odwiedzić rodzinę. Im bliżej byliśmy Cali tym bardziej gorąco się robiło i gdy wysiadłem w południowej części miasta poczułem znowu ten wilgotny tropikalny upał.

Po pół godziny pojawił się Fausto i zabrał mnie do siebie gdzie mieszkał z rodzicami. Dobrze było znów go zobaczyć. Poznaliśmy się w Foz do Iguaçu na chacie Taisy, Effy i Maite i od tamtej pory utrzymywaliśmy kontakt. Następnego dnia jego ojciec zaoferował nam przejażdżkę do Popayán, miasta oddalonego o sto czterdzieści kilometrów na południe od Cali, gdzie miał spotkanie. Pracował on dla państwowej agencji rozwoju rolnictwa, czy coś w tym stylu i po drodze miałem wykład z flory i upraw w Kolumbii. Popayán znane było jako Białe Miasto, niemal wszystkie kolonialne budynki starego miasta były w tym kolorze, łącznie z kościołami. Miasto to leżało wyżej nad poziomem morza, było chłodniej niż w Cali. W drodze powrotnej widzieliśmy zniszczony most i powiedziano mi że został on wysadzony przez rewolucjonistów z FARC. Od jakiegoś czasu trwały negocjacje pokojowe i porwania i zabójstwa zdarzały się rzadko, ale rządowa infrastruktura wciąż bywała celem ataków.

Zostałem kilka kolejnych dni w Cali, była to ponoć światowa stolica salsy i jednego wieczoru wybraliśmy się z Fausto do jednego z klubów. Czułem się jak nastolatek otoczony doświadczonymi dorosłymi. Wszyscy tańczyli wyśmienicie, oprócz mnie. Ale żenada. Grudzień powoli mijał i któregoś dnia otrzymałem przedświąteczny prezent od mamy Fausto, zestaw nowych ciuchów. Dosłownie zaniemówiłem. Jego rodzice byli super wyluzowani. Pod koniec mojego pobytu w Cali zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu i pojechaliśmy do Montenegro w regionie Eje Cafetero, znanym również pod nazwą Kawowy Trójkąt, gdzie wujek Fausto miał plantację kawy.

Przez pierwsze dwie godziny jechaliśmy na północ wzdłuż płaskiej Doliny Cauca. Plantacje trzciny cukrowej wypełniały krajobraz i od czasu do czasu mogliśmy zobaczyć tak zwane trzcinowe pociągi, ogromne ciężarówki z pięcioma, nawet sześcioma naczepami. Gdy opuściliśmy drogę krajową 25, trasa zaczęła się wić w górę falistych wzniesień pokrytych ciemnozielonymi kawowymi krzakami. Odwiedziliśmy najpierw innych członków rodziny w mieście Armenia by następnie udać się do farmy w pobliżu Montenegro. Cała rodzinka przywitała mnie bardzo gorąco, już po kilku chwilach usłyszałem że mam tu przyjaciół i zawsze mogę wrócić.

Tego samego popołudnia wujek Fausto oprowadził nas po swojej farmie i pokazał jak rośnie, zbiera się i przetwarza kawę. Większość kolumbijskiej kawy pochodziła właśnie z takich małych rodzinnych gospodarstw. Owoce zrywane były ręcznie i tylko czerwone i dojrzałe były akceptowane by dotrzymać najwyższych standardów. Potem miąższ był mechanicznie ściągany i ziarna suszone na słońcu. Najlepszą częścią tej wycieczki był punkt w którym dowiedziałem się że już znam smak tej kawy, piłem ją wcześniej na śniadanie!

Następnego dnia postanowiliśmy z Fausto odwiedzić Salento, najstarsze miasteczko regionu. Poranek był szary i dżdżysty, asfalt na jezdni pokryty wodą. W Salento mieszkało nieco ponad pięć tysięcy osób, w sumie dziura, ale była to ogromna atrakcja turystyczna razem z pobliską Doliną Cocora. Po krótkiej przechadzce po mieście i wdrapaniu się na punkt widokowy zabraliśmy się jeepem do doliny by zobaczyć najwyższe palmy na świecie, palmy woskowe z Quindío, które były narodowym drzewem Kolumbii.

Owoce kawy Kolumbia Eje Cafetero
Owoce kawy
Poszliśmy na mały spacer po lesie i kiedy wróciliśmy mgła zaczęła wisieć nam na ramionach. Wskoczyliśmy na tylny stopień po brzegi wypchanego jeepa trzymając się mocno z nadzieją że nie zacznie padać. Mgła była jak poszarzała biała płachta w której słońce zaczęło wypalać dziury. Nagle ujrzałem pieniący się strumień wijący się wśród wiadrami wylanej zieleni. Kontrastujący błękit począł wyłaniać się nad mą głową. Wypełniała mnie kosmiczna radość.

Z rana pożegnałem się z wszystkimi wujkami, ciotkami i kuzynami Fausto i zabraliśmy się z powrotem w stronę Cali. Ja wysiadłem na wojskowym checkpoincie zastanawiając się kiedy znowu zobaczę Fausto i jego szaloną rodzinkę. Wspaniali ludzie. Wypiłem szybką kawę i zacząłem stopować w kierunku Bogoty. Godzinę później siedziałem wewnątrz starego tira, którego prędkość rzadko przekraczała sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a gdy zaczęliśmy wjeżdżać na Kordylierę Środkową spadała nawet do dziesięciu. Dojechaliśmy do celu mojego kierowcy, miasta Ibagué, gdy było już zupełnie ciemno. Rozbiłem się przy posterunku policji, choć tym razem nie było łatwo, gliniarze nie chcieli być za mnie odpowiedzialni. Na szczęście jeden z nich był na tyle ciekaw by zadać kilka kolejnych pytań i tak zaczęła się pogawędka. Na koniec usłyszałem: ”Rozbij swój namiot tutaj, będę miał na ciebie oko!”

Zacząłem bardzo wcześnie, przed wschodem słońca i gdy tak stałem na poboczu starsza kobiecina podeszła do mnie z kubkiem gorącej kawy. Powiedziała bym zostawił go później pod niebieskimi drzwiami po drugiej stronie ulicy. Jak miło! Potrzebowałem zaledwie jednego lifta by dotrzeć do stolicy, tym razem z gościem pracującym dla ONZ. Świetnie nam się gadało po drodze, mogłem zrozumieć nieco bardziej temat wojny domowej która rozrywała ten kraj na kawałki przez pół wieku. Krajobrazy zmieniały się za szybą w zależności od wysokości, nasz zakres był od czterystu do prawie dwóch tysięcy ośmiuset metrów. Gdy zjechaliśmy do płaskowyżu gdzie ulokowane było miasto ujrzałem drzewa iglaste rosnące wzdłuż drogi. Ciężkie chmury wisiały nisko.

Mój kierowca, który miał na imię Mao, podwiózł mnie pod same drzwi restauracji którą prowadziła Luisa. Ostatni raz widziałem ją w Hostelu Barrio Paraíso gdy żegnałem się z Valpo, gdzie mieszkała z Francisco. Teraz wróciła do rodzinnego miasta i pracowała ciężko jak zawsze. Luisa miała tę niezwykłą łatwość do prowadzenia własnego biznesu. Wkrótce poznałem też jej ojca i brata i wieczorem podrzucili mnie do hostelu w centrum.

Grudzień był ponoć jednym z najsuchszych miesięcy w Bogocie, ale lało jak z cebra każdego popołudnia, ciężko było cokolwiek pozwiedzać. Noce były chłodne, jak dobrze że mieli gorące prysznice w hostelu. Wieczorami wychodziliśmy regularnie z Luisą i jej znajomymi i miałem okazję spotkać się z Angelą, kolejną osobą poznaną w Chile. Po kilku dniach byłem gotów by zobaczyć kolejne miasto, osławione Medellín. Około południa zawitałem do restauracji Luisy i dostałem od niej cynk na temat miejscowości Palomino gdzie mógłbym łatwo znaleźć pracę. Następnie wskoczyłem do autobusu który zabrał mnie na punkt poboru opłat Siberia.

Złapałem stopa w ciągu godziny i wieczorem dotarłem do stacji benzynowej myśląc że tu spędzę noc. Na szczęście po chwili złapałem tira jadącego bezpośrednio do Medellín. Spałem wygodnie przez całą noc i gdy się obudziłem nie miałem pojęcia co się dzieje. Musiała to być nowa droga, moja mapa pokazywała mi że jestem w szczerym polu. Dojechaliśmy do Medellín wczesnym popołudniem, miasto przylepione było do stromych wzgórz i wypełniało całą Dolinę Aburrá.

Nazwa Medellín dla większości obcokrajowców, którzy nigdy nie byli w Kolumbii i nie wiele na ten temat czytali, przynosiła na ogół dreszcz na plecach i wyobrażenia przestępczości związanej z wojną karteli narkotykowych i imię najsławniejszego mafiosa Pablo Escobara. Na szczęście te czarne dni dawno temu się skończyły i w ostatnich latach miasto to wygrało wiele nagród. Nazwane nawet było najbardziej innowacyjnym miastem świata, z szybkimi reformami w miejscowej polityce, edukacji czy związanymi z integracją społeczną biednych dzielnic. Modernizacja infrastruktury była kluczowym elementem rozwoju i komunikacja miejska była tego najlepszym przykładem. Poza nowym systemem metra powstały linie kolejki linowej łączące biedne slumsy na wzgórzach i ogromne ruchome schody w Komunie 13, najbiedniejszej dzielnicy miasta. Medellín był modelowym przykładem pozytywnej zmiany.

Zatrzymałem się w mieście tylko na dwa dni na chacie kolejnego couchsurfera Philipe, który zdecydował się przeprowadzić do Kolumbii z rodzinnej Brazylii. Mogłem znowu poćwiczyć mój portugalski słowa wypadały z głowy tak szybko. Po odrobinie zwiedzania i relaksie na chacie pognałem dalej, tym razem w kierunku Santa Marty. Już niewiele brakowało by powrócić na Karaiby po dwuipółletniej włóczędze po kontynencie.

Pierwszy lift pojawił się już w kilka minut i zabrał mnie do krzyżówki oddalonej jakieś osiemdziesiąt kilometrów od miasta Bucaramanga. Spędziłem praktycznie całe popołudnie na poboczu i dopiero przed zachodem słońca udało mi się złapać kolejnego stopa, tym razem tir z cysterną. Gościu za kółkiem najpierw rzekł że jedzie do jakiejś małej mieściny ale wkrótce okazało się że może mnie zabrać aż do Santa Marty. Po godzinie jazdy nagle zjechaliśmy na polną drogę i zatrzymaliśmy się przed czyimś domem. Jego mieszkańcy wyłączyli większość świateł i zaczęli toczyć beczki.
- Hej Polak, pomóż nam z napełnianiem beczek! - zaraz mnie zawołano.
- Co mam robić?
- Trzymaj wąż i daj znać jak jak beczka będzie prawie pełna - poinstruował mnie kierowca. W tym momencie uświadomiłem sobie że pomagam w przestępstwie, nielegalnej sprzedaży resztek paliwa z cysterny. Nie wiem ile beczek wypełniliśmy, może sześć czy siedem i wyglądały na pięćdziesięciolitrówki. Sporo resztek dla jednej rodziny.

Gdy odjechaliśmy kierowca wyciągnął coś z kieszeni i powiedział: ”To za twoją pomoc! A i święta wkrótce potraktuj to również jako prezent!” Tylko się uśmiechnął gdy schowałem pięćdziesiąt tysięcy peso. Ja również się uśmiechnąłem, łatwe dwadzieścia dolców! Kontynuowaliśmy nocną podróż czasem rozmawiając czasem siedząc w ciszy. Głowa co rusz mi leciała aż dopadł mnie sen, gdy nagle obudził mnie z przerażeniem gwałtowny ruch pojazdu. Zatrzymaliśmy się, kierowca klął jak szewc, w jego oczach widziałem strach. Prawie mieliśmy czołówkę z innym tirem. Było blisko.

Starałem się gadać jakieś bzdury by mi znowu nie zasnął a on tylko powtarzał że musimy znaleźć jakiś hotel, ciężarówka nie miała żadnych łóżek. Zajęło nam kolejne dziesięć czy piętnaście przerażających minut zanim zawitaliśmy do jakiegoś motelu. Zapłacił za dwa pokoje i powiedział bym był gotowy za cztery godziny. Po drzemce pojechaliśmy dalej na północ już bez żadnych niespodzianek. Wysiadłem na przedmieściach wiedząc że na pewno nie zapomnę tej przejażdżki.

W Santa Marta spędziłem cały dzień na plaży. Klimat był tu bardziej suchy niż myślałem, miejscowe wzgórza porastały kaktusy. Wieczorem zabrałem się podmiejskim autobusem za miasto i przekimałem na stacji benzynowej. Po śniadaniu byłem gotowy jechać dalej, w kierunku Palomino o którym wspomniała Luisa, gdy nagle zaczął dzwonić mój telefon. Luisa? Wyglądało na to że znalazła mi pracę w Santa Marta!

Wskoczyłem do pierwszego autobusu jadącego do centrum i zacząłem szukać noclegu. Nieopodal istniało miejsce o nazwie Taganga, urokliwa rybacka wioska połączona z miastem komunikacją miejską, która właśnie zaczęła się zamieniać w kolejną turystyczną imprezownię. Hostele wyrastały tam jak grzyby po deszczu i to tu znalazłem najtańszą opcję, hostel z małym ogródkiem gdzie mogłem rozbić namiot.

Margarita drink koktajl Santa Marta Kolumbia
Margarita
Następnego dnia poszedłem na spotkanie z przyjacielem Luisy Orarbolem i jego dziewczyną Caroliną. Najpierw pokazali mi Zingarę, przyczepę którą wciągnęli na plażę w południowej części miasta i z której sprzedawali posiłki, napoje i drinki. Była ona ustawiona nieopodal wieżowca gdzie wiele osób wynajmowało apartamenty na czas przerwy świąteczno-noworocznej. Pojechaliśmy windą na sam szczyt wieżowca gdzie znajdował się basen. Częściowo w basenie był mały bar. Orarbol i Carolina potrzebowali kogoś kto by za tym barem stanął. Po krótkim treningu dobiliśmy targu, miałem pracę do końca świąt, na jakieś dwa tygodnie. Gracias Luisita!

Szybko stałem się ekspertem nie tylko od tostów, ceviche** i koktajli z krewetek, ale również od margarity, piña colad, mojito i innych drinków. W końcu miałem okazję nauczyć się tych egzotycznych koktajli, puby w których pracowałem wcześniej nie miały ich w menu. Jednego wieczoru poznałem w hostelu Alvaro, faceta w średnim wieku który właśnie budował swój własny hostel. Rozmawialiśmy o tym jak ważna jest promocja online w tych czasach i wkrótce zaoferował mi nocleg w zamian za prostą stronę internetową. Wypas!

W sylwestrowy wieczór wybrałem się na plażę w Taganga. Miałem już zaplanowane świętowanie tej nocy razem z Ochin, Maxem, Panchą i Pelao, dwiema chilijskimi parami które poznałem w Machu Picchu. Robiliśmy właściwie tę samą trasę i wpadaliśmy na siebie najpierw w Montañicie, potem w Medellín i teraz tutaj. Musiałem wstać rano do pracy i gdy alarm się włączył o siódmej myślałem że nie dam rady. Kac dawał popalić przez cały dzień, ale moje margarity wciąż smakowały wyśmienicie.

Przerwa świąteczna minęła szybko, moja praca dobiegła końca i po pożegnalnej imprezie z Orarbolem i Caroliną udałem się do Palomino gdzie dotarłem szybko jednym stopem. Wylądowałem w nowym hostelu z kempingiem prowadzonym przez kumpla Orarbola Mauricio, jego brata i dziewczynę brata. Układ znów był ten sam, miałem nocleg za darmo, a w zamian mogłem używać ich laptopa by przygotować im stronę internetową.

Palomino było małym miasteczkiem, właściwie wioską, ale stawało się powoli kolejną atrakcją turystyczną. Jeszcze przed kilkoma laty był tu tylko jeden hostel, teraz było ich ponad dziesięć. Bezkresna plaża miała miękki piasek a palmy kokosowe dawały dużo cienia na relaks. Najlepsze były poranki, tak około wschodu słońca gdy powietrze było przejrzyste. Daleko na południu można było dostrzec ośnieżone szczyty Sierra Nevada de Santa Marta. To chyba jedyne miejsce na Karaibach gdzie można zobaczyć śnieg! Noce były przyjemnie chłodne a pobliska rzeka dużo lepsza do odświeżenia się niż niespokojne wody morza.

Któregoś poranka, ku memu zaskoczeniu usłyszałem polski język na kempingu. Anka i Paweł przebyli całą Amerykę Środkową i dali mi wiele porad. W zamian ja dałem im namiary na wiele miejsc w Kolumbii i dalej na południe. Innego dnia ujrzałem spalone słońcem twarze Stiga i Eirika, dwóch szalonych Norwegów poznanych w Montañicie. W Ekwadorze byli oni typowymi Skandynawami trwoniącymi mnóstwo siana na imprezy. Teraz gdy oszczędności prawie się skończyły, spali oni w hamakach na plaży. Nabijałem się z nich że zamienili się w hipisów. Zabawnie było to widzieć.

Dwa i pół roku w Ameryce Południowej, tak wiele znajomości, tak wiele ponownych spotkań i wpadania na siebie. Tak wiele przyjaźni. Sporo o tym myślałem, byłem niemalże na granicy tego kontynentu i byłem gotów zostawić go za sobą. Wciąż nie do końca byłem pewien jak to zrobić. Nie było żadnej drogi pomiędzy Kolumbią i Panamą. Słyszałem wiele szalonych opowieści o ludziach przedzierających się przez dżunglę, większość to była bujda. Słynny przesmyk Darién, który był naturalną barierą pomiędzy Ameryką Południową i Środkową był pełen niebezpieczeństw. Najpierw zabójcza przyroda, a do tego wciąż istniejący problem porwań dokonywanych przez FARC i inne grupy paramilitarne. Droga lądowa nie wchodziła w grę.

Jachtostop to coś co już znałem, ale lektura blogów innych podróżników podpowiadała mi że to może być niezwykle trudne. Zapotrzebowanie było ogromne więc był to niezły biznes dla właścicieli łodzi, szczególnie że po drodze były Wyspy San Blas. Mariny były jak twierdze, nie dało się wejść bez pozwoleń. Mnóstwo przeszkód.

Jednego wieczoru, gdy wciąż byłem w Palomino, zdecydowałem się zerknąć na dyskusje na temat Kartageny na Couchsurfingu. Wiedziałem że muszę się tam udać by znaleźć jacht, był to największy port z dwiema marinami i kotwicowiskiem. Nagle moją uwagę zwrócił post zamieszczony przez jednego Szwajcara. Szukał on łodzi która zabrałaby go do Panamy. Jego post był sprzed miesiąca. Poniżej widniała odpowiedź z wczorajszą datą zaczynająca się od zwykłego: "Hej jeśli wciąż jesteś w Kartagenie, mamy łódź..." Od razu wysłałem prywatną wiadomość!

___
* Hostel - jest już otwarty, nazywa się El Cielo Montañita i działa pełną parą otrzymując bardzo pozytywne komentarze. Możesz odwiedzić ich stronę na Facebook'u lub zarezerwować nocleg poprzez Hostelworld.
** Ceviche - potrawa ze świeżej surowej ryby marynowanej w soku z limonki i wymieszanej z posiekaną cebulą, świeżą kolendrą i innymi składnikami na przykład mango.

Babuszka czekająca na autobus w jednej z andyjskich wiosek w Peru
Po otrzymaniu z powrotem paszportu skierowano mnie do Informacji Turystycznej znajdującej się za drzwiami obok. Nigdy nie widziałem by urzędnik imigracyjny robił coś takiego. Właściwie to nigdy nie widziałem Urzędu Celnego i Informacji Turystycznej w tym samym budynku. Paragwaj był tak naprawdę najbardziej zapomnianym i nieodkrytym krajem na kontynencie, nie tylko przez gringos*, ale również przez własnych sąsiadów i być może dlatego starano się go sprzedać już na samym wjeździe. Schowałem darmowe mapy i pomaszerowałem dalej oszołomiony reklamami krzyczącymi z każdej ściany. Ciudad del Este był strefą wolnocłową i masę taniej elektroniki i ciuchów można było kupić w licznych centrach handlowych i na ulicznych bazarach. Zawsze starałem się nie mieć uprzedzeń na temat miejsc których nie znałem, ale tak łatwo mogą one zostać zainstalowane przez innych. Kierowcy z Argentyny, czy nawet moi znajomi z Brazylii ostrzegali mnie bym uważał na siebie w Paragwaju, opisując kraj jako miejsce brudne i niezorganizowane. I moje pierwsze wrażenie było podobne, ale po przejażdżce autobusem na odległe przedmieścia zacząłem zmieniać zdanie. Nigdy nie osądzaj kraju przez pryzmat pierwszego przygranicznego miasta, to na ogół najgorsza reprezentacja. Można zastosować tę regułę niemal do każdego kraju na świecie.

Wysiadłem w Minga Guazú obok stacji benzynowej i supermarketu i zacząłem łapać na światłach. Złapanie pierwszego stopa w Paragwaju zajęło mi jakieś dwie godziny i była to krótka podwózka na pobliskie bramki. Były one dobrze oświetlone, kontynuowałem więc po zmroku ale po godzinie poddałem się. Była to stacja poboru opłat nie tylko przyjazna autostopowiczom, ale i pasażerom autobusów i taksówek, robiła też za parking dla tirów. Gdy przeniosłem się na stację benzynową przywitał mnie ochroniarz z długą strzelbą, coś czego nie widziałem odkąd byłem w północnej Brazylii. Nie było tam wifi, ale miałem bezpieczne miejsce na nocleg i czyste toalety z prysznicem. Nieźle.

Z rana potrzebowałem kilku godzin by ktoś mnie zabrał, więc nie było tak łatwo jak to sobie wyobrażałem, jednak stopowałem z kartką na której widniało Asunción, a biorąc pod uwagę wielkość kraju było to daleko, aż trzysta kilometrów. Miałem lifta bezpośrednio do stolicy z kierowcą tira i od razu zaskoczyła mnie jego wersja hiszpańskiego, była ona tak doprawiona indiańskim językiem guarani, że miewałem problemy ze zrozumieniem. A wierzę że starał się on jak mógł by mówić do mnie w standardowym hiszpańskim. Mknęliśmy w większości przez płaskie tereny, jedynie bliżej Asunción zrobiło się pagórkowato, przydrożne mangowce pokryte były kwieciem, a małe domki wyglądały na schludne i zadbane. Wyczuwało się poczucie estetyki, było miło. A jak miło jest jak jest miło.

W stolicy wyczekiwał mnie Chalo z Couchsurfing. Gdy dotarłem do jego małego mieszkania pracował on właśnie w GIS-ie nad mapą do swojej pracy dyplomowej i super było wskoczyć tak od razu na temat związany z moim wykształceniem. Wyjaśnił mi on także o co chodziło z językiem guarani. Paragwaj był tak naprawdę krajem dwujęzycznym i o ile wcześniej guarani był kojarzony z niższymi klasami i chłopami, w ostatnich latach stał się modny i ludzie w stolicy zaczęli go masowo studiować i pokazywać w towarzystwie swoje zdolności językowe. W paragwajskim hiszpańskim natomiast wymawianie litery r jak w amerykańskim angielskim stało się eleganckie, a pochodziło to z guarani. Było to wielkie odrodzenie tego lokalnego języka, coś niespotykanego na taką skalę w Amerykach. W mieście i okolicy zwiedziłem leniwe miasteczko Areguá i pobliskie jezioro Icaparaí, gdzie miejscowi relaksowali się w weekendy. Udałem się też do słynnego i całkiem fotogenicznego Mercado 4, brudnego i śmierdzącego bazaru, gdzie ponoć można było kupić wszystko, od warzyw i owoców, po broń palną i ludzkie organy. Tych ostatnich jakoś nie widziałem, ale nie zaglądałem rzeźnikowi pod ladę.

Przydrożne rzeźby w Paragwaju
Przydrożne rzeźby w Paragwaju
W Asunción rozważałem jechanie do Boliwii bezpośrednio przez paragwajskie Chaco, ale powiedziano mi że tamtejsza droga jest w rozsypce. Uwielbiałem przedzierać się przez takie drogi, tak jak moje wcześniejsze stopowanie w brazylijskiej Amazonii, ale tym razem miałem deadline'a o imieniu Aileen. Postanowiłem pojechać argentyńską drogą krajową nr 81 ciągnącą się równolegle do granicy. Była to trasa używana przez tiry ściągające do Paragwaju tanie samochody z chilijskiej strefy wolnocłowej w Iquique. Po długiej jeździe starym autobusem dotarłem do Puerto Falcón gdzie przekroczyłem pieszo granicę około ósmej wieczorem. Znowu Argentyna, znowu dobre wifi i wyśmienite espresso na ich stacjach benzynowych.

Po śniadaniu złapałem pierwszego stopa w pół godziny. Dziewczyna na małym motocyklu podrzuciła mnie na checkpoint żandarmerii gdzie pracowała. Po kilkunastu minutach miałem kolejnego lifta za sprawą żandarmów, którzy poprosili paragwajskiego kierowcę by mnie zabrał. Wielkie dzięki panowie. Wylądowałem w Formosie wczesnym popołudniem i po krótkiej chwili złapałem następnego paragwajskiego tira. Droga ta bez nich byłaby zupełnie pusta. Wieczorem kierowca zaprosił mnie na grilla w przydrożnej restauracji, a po kilkugodzinnej drzemce kontynuowaliśmy razem do godziny trzynastej dnia następnego. Przecięliśmy razem prawie całe argentyńskie Chaco z kaktusami i drzewami butelkowymi po obu stronach drogi prostej jak drut. Wysiadłem na skrzyżowaniu z drogą krajową nr 34. W półtorej dnia zrobiłem około osiemset kilometrów, byłem już blisko boliwijskiej granicy.

Na krzyżówce znalazłem stację z prysznicami, więc najpierw wyprałem siebie, a potem ciuchy które w tym upale były suche już po godzinie. Lifta do Tartagal złapałem w kilka minut i wczesnym wieczorem, po dwóch kolejnych stopach, dotarłem do przygranicznego Pocitos gdzie rozbiłem się przy posterunku policji. Z rana wydałem ostatnie argentyńskie peso, były one bezwartościowe poza Argentyną, i przekroczyłem granicę z tą piękną mieszanką podjarania i strachu. Ponownie, słyszałem wiele historii o Boliwii, przede wszystkim że był to najbiedniejszy i najmniej rozwinięty kraj na kontynencie. Z jednej strony oznaczało to że wszystko było tanie i zaraz wszamałem kopiec empanad. Z drugiej strony zastanawiałem się jak jest z bezpieczeństwem, autostopem, czy choćby tak trywialną rzeczą jak komunikacja miejska. Nie widziałem żadnych autobusów, jedynie białe słabo oznakowane minibusiki sprowadzane najczęściej z Azji. Jeden z nich zawiózł mnie za kilka centów do Pajoso gdzie kierowcy tirów robili odprawę celną. Tam już po kilku minutach miałem lifta. Czyżby Hitchwiki było w błędzie?

Wyczytałem tam że autostop nie należał do łatwych w Boliwii i że wielu miejscowych oczekiwało zapłaty za podwiezienie. Mówienie po hiszpańsku z pewnością mi pomagało, nie miałem problemu z zapytaniem kierowcy czy podrzuci za darmo. Zaskoczyła mnie jednak jego odpowiedź. Stwierdził że nigdy nie wziąłby kasy od autostopowicza. Czy był on wyjątkiem. Gdy dowiedział się że mam przyzwoitą kamerę poprosił mnie o sesję zdjęciową ze swoim tirem po czym zaprosił mnie na obiad. Rozstaliśmy się w Villamontes gdzie prędko złapałem stopa na kolejne dziesięć kilometrów. Szybko nauczyłem się że samochody z naklejkami wzdłuż górnej części przedniej szyby to taksówki więc zacząłem ignorować ich klaksony i mruganie światłami by mnie zabrać za opłatą. Po kilku chwilach zabrał mnie sportowy samochód na argentyńskich blachach. Gościu był Boliwijczykiem od lat mieszkającym w Salta i jechał prosto do Santa Cruz de la Sierra. Wypiliśmy po drodze kilka piw i po dotarciu na miejsce powiedział mi że zmieniłem jego życie. Czasem autostopowicz jest jednocześnie psychoanalitykiem, jego anonimowość pozwala się otworzyć. Uścisnąłem mu dłoń i życzyłem najlepszego.

Było późno gdy wysiadłem z samochodu, do centrum i tamtejszych hosteli było wciąż daleko i byłem tak zmęczony że postanowiłem się zdrzemnąć gdziekolwiek, chociażby na zacisznej ulicy, tym bardziej że dzielnica wyglądała na bezpieczną i bogatą. Był to mój pierwszy dzień w Boliwii, a już cały strach przed nieznanym zniknął. Wstałem przed świtem i pomaszerowałem do centrum poszukać hostelu. Santa Cruz to stare kolonialne miasto z piękną architekturą i spokojną atmosferą. Czułem się nieco jak w Brazylii, na ulicach prawdziwa mieszanka kolorów skóry, ludzie wydali mi się przyjaźni i otwarci. Pomimo że nikt z Couchsurfingu nie mógł mnie ugościć, wielu ludzi chciało się ze mną spotkać i musiałem wybierać z kim wyjść wieczorem. Na początek wypiłem kilka piw z Julią po czym zostałem zaproszony na kolację przez Erickę. Musiała ona pracować do późna, ale ponieważ była menedżerką, zaprosiła mnie do restauracji gdzie pracowała. Można połączyć obowiązki z przyjemnościami. Po zamknięciu poszliśmy potańczyć przy rytmach elektro i tam wysłuchałem kolejnej szokującej historii życiowej.

Ericka urodziła się w Santa Cruz, ale jej rodzice wyemigrowali do Hiszpanii gdy była dzieckiem. Podczas wyprawy do Francji przed kilkoma laty zatrzymała ją policja i, pomimo że spędziła większość życia Europie, z jej papierami wciąż nie było wszystko okej. Została aresztowana, przewieziona do obozu dla nielegalnych imigrantów i ostatecznie deportowana do Boliwii. Jej rodzice wciąż mieszkali w Hiszpanii. To było coś co cywilizowany Zachód robił bez przerwy, rozdzielał rodziny. Było jej trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nie miała przyjaciół, prawie żadnych krewnych, czuła się jak obca. Przejebane. Następnego dnia poszliśmy razem na obiad, po czym dopchaliśmy się kawą i lodami na pięknym placu przykatedralnym rozkoszując się leniwym niedzielnym popołudniem. Niedługo potem wskoczyłem do hostelu by odebrać plecak i ruszyłem dalej licząc w głębi duszy że Ericka któregoś dnia będzie mogła swobodnie podróżować jak obywatele Europy, Chile czy Brazylii i że zobaczy znowu swoich rodziców. Życie bywa tak niesprawiedliwe. Nie wybieramy miejsca swoich narodzin.

Aby zacząć stopować musiałem uniknąć chaosu przedmieści, wziąłem więc taksówkę do Satelite Norte, a potem kolejną do Warnes. Zajęło mi trochę ogarnięcie skąd odjeżdżają dlatego też dotarłem na stację benzynową gdy się ściemniało. Miejscowe stacje różniły się bardzo od stacji które znałem do tej pory. Międzynarodowe marki nie istniały na tutejszym rynku po nacjonalizacji przeprowadzonej przez Evo Moralesa, socjalistycznego prezydenta. Ich standard był niski, nie było tam sklepów czy kawiarni, żadnego wifi, ale wciąż na niektórych można było znaleźć prysznice, w szczególności na upalnych nizinach. Po nocnej walce z mrówkami zakończonej połamanym pałąkiem namiotu, szybko zabrałem się do Montero. Tam, by dotrzeć na punkt poboru opłat który był jednocześnie policyjnym checkpointem, wskoczyłem na moto taxi które kosztowało grosze.

Następnego tira złapałem niemal natychmiast i coś mi się znowu nie zgadzało. Czytałem i słyszałem że jednym z powodów dla którego stop był tak powolny były stare, rozpadające się pojazdy. Niczego takiego nie zauważyłem. Niektóre ciężarówki wciąż miały oryginalne tablice rejestracyjne więc łatwo było odgadnąć skąd zostały sprowadzone: Szwecja, Norwegia, Niemcy i inne kraje europejskie. Większość była w miarę nowa. Mój kierowca powiedział mi że Morales zmienił prawo i akcyza na używane samochody spadła, ale nie można już było importować pojazdów starszych niż pięć lat. Cwane. Pod koniec dnia dotarłem do Ivirgarzama po kilkugodzinnym zastoju w jednej z wiosek. Miejscowi pokazali mi Coliseo, zadaszone boisko do koszykówki, gdy zapytałem o miejsce na mój namiot. Idealne schronienie przed zbliżającą się burzą. Była tam tablica wcementowana w ścianę z napisem: "Współfinansowane przez Unię Europejską." W Boliwii?

Istniały inne, podobne projekty, Europa od dawna starała się tworzyć nowe miejsca pracy by odciągnąć ludzi od uprawiania koki. Stany Zjednoczone robiły to w swój sposób, miały tam swoje wojsko i agentów DEA** do niszczenia upraw z powietrza. Morales, jako były hodowca koki w końcu wykopał Amerykanów. Koka była uprawiana i używana przez miejscowych od stuleci, jeszcze przed powstaniem Imperium Inków. Dopiero pod koniec XIX wieku w Niemczech wyizolowano z niej po raz pierwszy kokainę. Większość obecnie uprawianej koki była na krajowe spożycie, głównie w formie liści do żucia, do parzenia herbat i do wyrobu lekarstw i było to w Boliwii znowu legalne. Jednocześnie zaczęto mocno ścigać farmerów sprzedających na czarnym rynku w myśl polityki Moralesa 'Koka tak, kokaina nie!'*** Polityka ta zaczęła przynosić efekty, choć Stany Zjednoczone nie chciały się do tego przyznać. Morales miał odwagę powiedzieć wielkiej Ameryce: "wypad z mojego podwórka" i spróbować nowego podejścia do problemu, a Unia Europejska, wbrew Stanom Zjednoczonym zaczęła go w tym wspierać finansując chociażby elektroniczny system rejestracji farmerów i transportów. Czy Ameryka kiedyś zacznie patrzeć trzeźwo?

Kolejka linowa w La Paz w Boliwii
Kolejka linowa w La Paz
Nad ranem szybko zabrała mnie ciężarówka jadąca aż do Cochabamby. Po kilku godzinach łatwej jazdy przez równiny droga zaczęła się wić pod górę. Ciemnozielona dżungla wkrótce zniknęła w gęstej mgle. Płynęliśmy przez to mleko przez godzinę czy dwie i gdy w końcu zaczęło się rozrzedzać ujrzałem sosnowy las, jeziora i pola ziemniaczane. Z rana tropiki a już w południe umiarkowany klimat. Pozwiedzałem w ekspresowym tempie historyczne centrum i zacząłem szukać busa by wydostać się z miasta. Chciałem jechać dalej, ktoś już mnie wyczekiwał w La Paz.

Najpierw wziąłem minibusa do Colcapirhua a następnie do Vinto. Pewnie dało się dojechać bezpośrednio na stację benzynową w Vinto, ale nie udało mi się takiego busa znaleźć. Nie była to najlepsza stacja do stopowania, głównie taksówki i autobusy, więc wziąłem taxi by dotrzeć na bramki w Suticollo. Połowa budek była zamknięta, panowało jakieś święto i niezły tłumek, z piwami w rękach, tańczył przy głośnej muzyce. Tak, na stacji poboru opłat! Co za wolny kraj.

Noc była zimna, pakując z rana połamany namiot na kartoflanym polu nieźle się trząsłem. Za bramkami widziałem ludzi, najczęściej kobiety w tradycyjnych strojach, łapiących stopa. Oferowali oni pieniądze, pewnie mniej niż kosztował autobus, więc na pewno musiałem tu wspomnieć o darmowym lifcie, by nie być potem zaskoczonym. Po kilku godzinach zabrała mnie rodzina jadąca do Parotani. Za tą wioską droga pięła się jeszcze wyżej aż na sam szczyt lodowatego Altiplano. Po pół godziny zatrzymał się tir z bardzo ciężkim ładunkiem, nasza prędkość rzadko przekraczała pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wtoczyliśmy się na dach Ameryk po wielu godzinach zapierającej dech jazdy.

Od Caracollo jechaliśmy dwupasmową drogą która wciąż była w budowie, więc pomimo tego że w końcu było płasko, nasza prędkość nie wzrosła za wiele przez roboty drogowe. Pomijając kilka krótkich odcinków podmiejskich była to pierwsza droga ekspresowa z prawdziwego zdarzenia w Boliwii, być może najwyżej położona droga tego typu na świecie. Połączyć miała ona La Paz i Oruro, miasta oddalone od siebie o ponad dwieście kilometrów. Kolejny mit na temat Boliwii obalony. Słyszałem same narzekania na temat standardu tutejszych dróg i być może drugorzędne drogi były w opłakanym stanie, ale drogi główne które przymierzyłem były jak najbardziej w porządku. Morales pompował pieniądze z gazu zresztą nie tylko w infrastrukturę, ale również w wiele projektów społecznych. W kraju zachodziły szybkie zmiany i widać było że społeczeństwo na tym korzystało. Istniała jednak pewna obawa odnośnie Moralesa, próbował on mianowicie majstrować przy konstytucji by pozostać dłużej przy władzy. Został on wybrany demokratycznie, a w demokracji nikt nie rządzi wiecznie.

- Trzymaj pięć bolivianos na taksówkę.
- Nie, nie trzeba. Przejdę się - odmówiłem zarzucając na grzbiet plecak.
- Krzyżówka jest daleko, trzymaj! Powiedz kierowcy że chcesz dojechać do skrzyżowania z czwórką.
- Okej, wielki dzięki.
Po chwili siedziałem w taksówce i kierowca tira miał rację, rozjazd był dość daleko po drugiej stronie Patacamaya. Droga krajowa nr 4 używana była przez wiele ciężarówek przewożących produkty z Chile, mógłby to być niezły spot, ale jak tam dotarłem było już zupełnie ciemno. Rozbijać się tu, na Altiplano? Nie ma mowy! Musiałem kontynuować. Założyłem kamizelkę odblaskową, nabazgrałem szybko La Paz i pierwszy tir się zatrzymał. Dwie godziny później byłem już w ciepłym mieszkanku Guely.

Poznałem Guely w Valpo, koczowała ona w La Valija przez jakieś dwa tygodnie. Była ona artystką produkującą muzykę noise i był to powód dla którego pojechała do Chile, w Valparaíso odbywał się festiwal noise. Spędziłem kilka dni w La Paz głównie na jej chacie bawiąc się muzyką, ale wyszliśmy też kilka razy na eventy organizowane przez Guely i jej znajomych, czy tak po prostu pozwiedzać. Jednego dnia udaliśmy się do El Alto, satelickiego miasta zbudowanego na krawędzi płaskowyżu, które przerosło La Paz. Dla tego drugiego, wybudowanego wewnątrz naturalnej misy, zaczęło brakować ziemi do dalszej rozbudowy. W El Alto w każdą niedzielę odbywał się ogromny pchli targ, chyba największy w Ameryce Południowej, a widok podczas zakupów był niesamowity. Babuszki w tradycyjnych andyjskich strojach, La Paz w dole i biały majestatyczny szczyt góry Illimani sięgający ciemnobłękitnych niebios.

La Paz było siedzibą rządu i oczywiście przechodziło zmiany jeszcze intensywniej. Władze miasta wprowadziły pierwszych kilka linii autobusów miejskich z prawdziwego zdarzenia, z dużymi wygodnymi pojazdami z wifi na pokładzie. Plan zakładał wyrzucenie wszelkich mikro i mini busów z centrum, które były niewygodne i powodowały ogromne korki. Wsiąść do takiego busika z wielkim plecakiem to nie lada wyzwanie. Rząd zdecydował się połączyć La Paz i El Alto w jeszcze wydajniejszy sposób niż autobusy. Zaczął budować kilka linii kolejki linowej. Pierwsza linia została inaugurowana krótko przed moim przyjazdem i właśnie tą kolejką wróciliśmy razem z Guely z pchlego targu. Mogła zabrać aż dziesięć pasażerów co każde dwanaście sekund, a bilet kosztował prawie tyle samo co przejażdżka autobusem. Grosze. Porywający widok był wliczony w cenę.

Po kilkudniowym relaksie w La Paz pogoniłem dalej na północny zachód w kierunku największego jeziora na kontynencie, słynnej Titicaki. Najpierw zabrałem się do El Alto, tym razem mikrobusem i tam ugrzązłem starając się rozgryźć który bus mógłby mnie dowieźć na koniec miasta, były ich setki. El Alto było niesamowicie zakorkowane i co ciekawe ruchem sterowały tam policjantki ubrane w suknie wzorowane na tradycyjnych i do tego odblaskowe kamizelki. Musiałem męczyć się aż trzy razy z zapakowaniem i wypakowaniem z busa by dotrzeć na Peaje Vilaque. Po chwili miałem lifta ze starszym dziadziem do Huariny. Ruch był niewielki, ciężarówki używały innej drogi by dotrzeć do granicy z Peru, więc mogłem liczyć jedynie na turystów i pielgrzymów zmierzających do Copacabany. Maszerowałem przez kilka kilometrów aż zabrała mnie terenówka jadąca do Pablo de Tiquina gdzie znajdowała się przeprawa promowa. Czerwone wieczorne niebo odbijało się w krystalicznie czystej wodzie jeziora. Drewniany rozklekotany prom zdawał się zaraz rozpaść, jednak dowiózł mnie bezpiecznie na drugą stronę cieśniny oddzielającej dwa akweny. Po zmroku zauważyłem błyskawice w oddali, czas było znaleźć jakieś schronienie. Starsza kobieta zaproponowała mi bym rozbił się przed jej domem i tak też zrobiłem, jednak gdy usłyszałem pierwsze krople uderzające mój namiot, przeniosłem się na pobliską budowę. Mój namiot nie nadawał się na burzę, szczególnie teraz ze złamanym pałąkiem.

Noce nie były aż tak zimne jak się obawiałem, nad ranem w okolicach zera, bez tragedii. Potrzebowałem dwóch liftów i jakieś pięć godzin by dotrzeć do Copacabany. Miasteczko pełne było pielgrzymów, miejscowa bazylika była sanktuarium słynnym w całej Boliwii i Peru i trwały tam właśnie obchody jednego z najważniejszych świąt w roku. Wszystkie samochody miały szyby udekorowane kwiatami. Istotna część tych obchodów miała miejsce na Wzgórzu Kalwarii na które się wdrapałem z innymi pielgrzymami z całym swoim chłamem na plecach. Na szczycie szamani odprawiali ceremonie trzymając w rękach krzyże i litrowe butelki z chichą**** lub piwem, rozlewając przed każdym łykiem odrobinę na ziemię w podarunku dla Pachamamy. Słońce odbijało się w nieskończonej toni jeziora, woń palącego się wosku mieszał się z zapachem kwiatów i ziół tak jak katolicyzm mieszał się tu z miejscowymi wierzeniami. Czuło się tu piękną dziwność i dziwne piękno.

Granica z Peru oddalona była o zaledwie dziesięć kilometrów i dotarłem tam tuż przed zachodem słońca razem z młodą parą, która nigdy wcześniej nie zabrała autostopowicza z Europy. Pierwszą rzeczą która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu granicy były trzykołowe moto riksze, zupełnie jak te na ulicach azjatyckich miast. Nie spodziewałem się tego w ogóle. Po jakiejś godzinie spędzonej w kafejce internetowej nagle zgasły wszystkie światła. Zabrakło prądu, pewnie efekt zbliżającej się burzy. Budynki wokół rynku miały arkady, więc usiadłem pod jedną z nich zastanawiając się gdzie tu się rozbić. Panowała totalna ciemność, nie widziałem nic. Po chwili pojawili się jacyś faceci w mundurach z latarkami w rękach więc zapytałem się ich wprost czy nie mógłbym rozbić namiotu w miejscu w którym siedziałem. Nie mieli nic przeciwko. Nie miałem pojęcia kim byli, nie była to policja, już bardziej prywatna ochrona. Po co stali tam na zmianę przez całą noc? Pierwszy dzień w nowym kraju.

Po wypiciu rozgrzewającego napoju, a miejscowi po obu stronach granicy przyrządzali pyszne gorące napoje z kukurydzy, komosy ryżowej i innych zbóż, pomaszerowałem na wylotówkę gdzie ugrzązłem na kilka godzin. Jedynymi pojazdami były nieoznakowane taksówki i minibusy, ani jednej ciężarówki. Wziąłem w końcu jednego busa do krzyżówki z główną drogą, jednak ruch tam nie był o wiele większy. Wyglądało na to że jeszcze mniej ludzi miało tu własny samochód niż w Boliwii, a jeśli już go ktoś miał, to używał go jako taxi. Kilka osób zatrzymało się, ale jak tylko zapytałem czy podwiozą za darmo, odjeżdżali bez słowa. Około południa w końcu ktoś był na tyle ciekawy by wysłuchać mojej historii i nie skasować mnie za stopa.

Ludzie z Altiplano wyglądali zupełnie inaczej niż ludność z innych regionów, ich twarze, kolor ich skóry, ich stroje. Były to głównie ludy Ajmara i Keczua. Nie tylko wyglądali oni inaczej, ale również zachowywali się odmiennie, wydawali się bardziej zimni i zamknięci, odpowiadali zaledwie kilkoma słowami i rzadko zadawali pytania, jakby nie byli ciekawi skąd przybyłym i co robię w ich kraju. Oczywiście istniały wyjątki, ale takie było moje generalne odczucie. Czy było to spowodowane tylko geografią, surowością klimatu, czy może po przybyciu Hiszpanów stali się tacy by chronić siebie i swoją kulturę. Albo może ja coś robiłem nie tak. W każdym bądź razie kulturowa różnica była ogromna.

Po godzinnej jeździe wylądowałem w miasteczku o nazwie Juli. Idąc na wylotówkę zastanawiałem się ile zajmie mi złapanie stopa tym razem. W jakim szoku byłem gdy zatrzymał się pierwszy samochód i gdy parka w środku odparła: "oczywiście że cię podwieziemy za darmo!" Wysadzili mnie w Puno gdzie na obiad zjadłem rybę z jeziora Titicaca po czym wskoczyłem do minibusa by dotrzeć na peryferia. Peruwiańskie miasta z dala od turystycznych szlaków miały dziwną atmosferę. Już na boliwijskim Altiplano było egzotycznie, wszystkie te domy z nieotynkowanych pustaków z wielkimi metalowymi drzwiami. W Peru wyglądały podobnie, ale setki moto riksz na ulicach dodawały im orientalnego posmaku. Tylko wysiadłem z busika zatrzymał się przede mną znajomo wyglądający samochód. "Wskakuj, musimy jechać do Juliaki!" Kolejny lift z ta samą parą.

Około trzeciej po południu dotarłem do kolejnego chaotycznego miasta. Bus, który o dziwo miał swój numer wypisany na szybie, zabrał mnie na policyjny checkpoint z dala od centrum. Zajęło mi jakąś godzinę złapanie stopa, tym razem ze strażnikiem więziennym który zmierzał do Ayaviri. Jechaliśmy przez tundropodobny krajobraz, ciemne apokaliptyczne chmury wisiały nisko. Nasza rozmowa wyglądała jak wywiad, najpierw on zadał mi dziesiątki pytań odnośnie mojej podróży, potem była moja kolej, wciąż nie rozumiałem tak wielu rzeczy w tym kraju. Wysiadłem na obwodnicy w nadziei że złapie coś przed zmrokiem, plan jednak się nie powiódł więc udałem się do jednej z przydrożnych restauracji by rozgrzać się kawą. Właściciele byli bardzo rozmowni i nawet poczęstowali mnie kankocho, grillowaną baraniną która była specjalnością Ayaviri. Powiedzieli mi również o nowo wybudowanym dworcu autobusowym gdzie mogłem się przekimać. Super.

Zajęło mi zaledwie dziesięć minut złapanie stopa z rana i był to tir jadący bezpośrednio do Cuzco. Kierowca nie oczekiwał ode mnie żadnych pieniędzy i dał cynka że tirowcy w Peru na ogół zabierają za darmo. Wyglądało to inaczej w przypadku prywatnych samochodów, były one drogie i nie można było sprowadzać aut używanych. To dlatego większość pojazdów to tanie marki z Azji w tym moto riksze. Zakup samochodu był inwestycją którą trzeba było jakoś odpracować, taxi było jedną z opcji. Mój kierowca jeździł często do sąsiednich krajów zaczęliśmy więc zabawę w porównania. Dostałem też wiele porad na temat jedzenia i co warte było spróbowania, peruwiańska kuchnia słynęła na całym kontynencie a może i dalej. A najlepsze było to że dwudaniowy obiad mogłem dostać już za półtorej dolara.

Chodzenie po centrum Cuzco było jak chodzenie we śnie. Kolonialna architektura z kamiennymi murami i śródziemnomorskimi dachami była przepiękna. I te kościoły co krok, jakby peruwiańska wersja Krakowa. Jako jedna z największych atrakcji turystycznych Peru Cuzco było zadbane, a chaos i brud innych miast wydawał się niesamowicie odległy. Wieczorem wylądowałem w hostelu prowadzonym przez gościa o imieniu Pakari, jego hostel nazywał się identycznie. Był on zaledwie minutę drogi od rynku i kosztował niewiele. Pakari znalazł też dla mnie stary pałąk do namiotu. W porzo koleś. Jedną z pierwszych rzeczy które chciałem zrobić w Cuzco było potwierdzenie tego czego do tej pory udało mi się dowiedzieć o najtańszym sposobie dotarcia do Machu Picchu. Pominięcie tego cudu nie wchodziło w grę.

Ruiny Machu Picchu w Peru
Machu Picchu
Większość podróżników docierała tam po kilkudniowym trekkingu Szlakiem Inków. Z drugiej strony większość turystów dojeżdżała tam szybkim pociągiem z Cuzco. Obie opcje były dość drogie. Oczywiście mogłem spróbować dojechać jak najbliżej się da na stopa, mogłoby to jednak zająć dni, gdyż nie było to blisko żadnej głównej drogi i większość ruchu była związana z obsługą turystów. Miałem dwa tysiące trzysta kilometrów i dwa tygodnie by zdążyć do Tumbes na przyjazd Aileen. Musiałem zrobić wyjątek od zasady "tylko autostop". Najlepszą opcją był sześciogodzinny autobus do Santa María, potem kolejne dwie godziny busem do Santa Teresa i w końcu taksówką do Hydroelektrowni. Stamtąd z buta. I to właśnie zrobiłem po dwóch dniach spędzonych w Cuzco. Zostawiłem rzeczy których nie potrzebowałem w hostelu, wspinanie się na Machu Picchu z dwudziestoma kilo pewnie by nieźle bolało.

Jazda autobusem była nudna jak cholera, jak ludzie mogą tak podróżować. Nie można pogadać z kierowcą, nie widać rozpościerającej się przede mną drogi. Większość ludzi ze słuchawkami w uszach albo chrapie. Na pokładzie była trójka innych backpackerów, ale mogłem z nimi zamienić słowo dopiero po przyjeździe do Santa María. Dwoje z nich zostało na noc w następnej miejscowości, a ja kontynuowałem podróż z wysokim, wikingowatym facetem o imieniu Ernesto, który tak naprawdę był z Argentyny. Szybko okazało się że nadajemy na tych samych falach. Po dotarciu do elektrowni uzupełniliśmy zapasy w żołądkach i pomaszerowaliśmy wzdłuż torów otoczeni dżunglą. Ciężko uwierzyć że jeszcze tego samego ranka trząsłem się z zimna.

Szliśmy dwie godziny, z czego ostatnie dwadzieścia minut po ciemku. W Aguas Calientes od razu poszliśmy kupić wejściówki i ja dostałem swoją bez problemu, ale Ernesto odszedł od kasy z pustymi rękami. Myślał że jako obywatelowi jednego z krajów Mercosur przysługuje mu zniżka, ta jednak była dostępna tylko dla mieszkańców Wspólnoty Andyjskiej. Zabrakło mu kasy i zaraz zaczął wysyłać wiadomości rodzinie i znajomym w Argentynie by pomogli. Być tak blisko i nie wejść? Tego samego wieczoru spotkaliśmy się z Taisą, polską Brazylijką z Foz do Iguaçu. Byliśmy w kontakcie odkąd opuściłem Brazylię i wiedziałem że będzie miała ćwiczenia terenowe z uniwerku w Peru, jednak i tak byłem zaskoczony że udało nam się tak zgrać czasowo. Najpierw odwiedziła mnie w hostelu w Cuzco, a teraz byliśmy razem u bram Machu Picchu. Po kilku piwach poszliśmy z Ernesto na jedyny kemping w wiosce. Chciałem wstać grubo przed wschodem słońca.

Spotkałem się z Taisą i jej peruwiańskimi znajomymi przed bramą wejściową gdzie kolejka szybko zaczęła się zawijać. Wszyscy z nas chcieli się dostać do Machu Picchu zanim watahy turystów zaczną wjeżdżać tam autobusami. Zaczęliśmy wspinać się po niekończących się schodach o szóstej rano. Był to trek pełen potu i zadyszki. Po godzinie dotarliśmy do kolejnej bramy gdzie sprawdzono nam bilety po raz kolejny i gdzie zostałem zmuszony by zostawić mój plecak w przechowalni i zapłacić za to dodatkowo, pomimo że wszyscy dookoła wchodzili z plecakami. Dlaczego? Dlatego. Niezła obsługa klienta panie i panowie. Starałem się to ignorować, wiedziałem że brakuje kilku schodów by je zobaczyć. Słońce oświetlało już strome szczyty otaczające miasto Inków. Pierwszy widok był zdecydowanie zapierający dech w piersi, szczególnie po takiej wspinaczce. Jak oni to zbudowali? I dlaczego akurat tutaj? Miejsce to miało coś w sobie, choć nie należałem do tych którzy czuli tu połączenie z antyczną cywilizacją, kosmosem, czy obcymi, nie miało ono dla mnie żadnej duchowości którą tak wielu twierdziło że ma. Może nie byłem tak uduchowiony, a może, co bardziej prawdopodobne, moja duchowość nie miała nic wspólnego z tego typu miejscami, dla mnie było to po prostu piękne miejsce. I mam tu na myśli naprawdę przepiękne miejsce.

Zejście do Aguas Caliente było dużo łatwiejsze i mieliśmy po drodze z Taisą miłą pogawędkę. Fajnie było znowu ją zobaczyć, to jest prawdziwe piękno podróżowania, nie tylko poznawanie ludzi, ale spotykanie ich po raz kolejny. Na kempingu wpadłem na Ernesto i dwie pary z Chile które dopiero przybyły, wszyscy chcieli wiedzieć jak było, a ja wolałem tylko powiedzieć: zobaczycie sami. Wróciłem tego samego wieczoru do Cuzco i po jednodniowym odpoczynku ruszyłem dalej w trasę.

Chciałem jechać prosto do Limy, ale jedna couchsurferka ze stolicy napisała mi że będzie na weekend ze znajomymi w Huancayo i że jestem tam mile widziany. Słyszałem że większość kierowców jadących do Limy wybierała drogę PE-30A, wiodącą przez Nazca i potem wzdłuż wybrzeża, ale dystans pomiędzy Cuzco a Limą via Huancayo był niewiele większy i teraz miałem tam kogo odwiedzić. Dobra, jadę!

Poranek miałem leniwy i prawie jak zawsze dotarłem na dobrą miejscówkę późno. Z końcowego przystanku minibusa zacząłem iść w kierunku ostatniej stacji benzynowej w Poroy. Nagle usłyszałem: "hej polaco!" Kto mnie do jasnej cholery tu zna? Była to jedna z par poznanych na kempingu w Aguas Calientes. Próbowaliśmy stopować razem przez jakiś czas, ale złapanie lifta nocą wydawało się niemożliwe. Ochin i Max chcieli rozejrzeć się za jakimś płaskim kawałkiem łąki, ale ja zasugerowałem stację. Nigdy wcześniej tego nie robili i zaskoczyło ich że po chwili nasze namioty stały rozbite tak po prostu na parkingu dla pracowników. Noc była naprawdę zimna, ale jakże przyjemny był gorący prysznic z rana. Ciężko było zakręcić kurek.

Byliśmy naprawdę zaskoczeni wielkością ruchu, liczyliśmy na masę ciężarówek, a droga była wyludniona. Na parkingu poznaliśmy dwóch tirowców, którzy z chęcią by nas zabrali, ale czekali oni wciąż na telefon od szefa. Może wyruszą za godzinę, może następnego dnia. Czas płynął leniwie na poboczu, pykło jedno piwo, potem kolejne i jeszcze jedno. Miło było usłyszeć znowu chilijski akcent. W końcu późnym popołudniem, dwóch kierowców z parkingu zaczęło do nas machać krzycząc: "pakujcie się, jedziemy." Ochin i Max wskoczyli do jednego tira, ja do drugiego. Po jakiejś godzinie gadanego zasnąłem, piwa zrobiły swoje.

Obudziłem się gdy zatrzymała się ciężarówka. Szybko zerknąłem na mapę. By to szlag, minęliśmy rozjazd na Huancayo.
- Ja tu wysiadam, mówiłem że chcę jechać do Huancayo - powiedziałem wciąż mocno zaspany.
- Ale musisz najpierw dojechać do Limy.
- Dlaczego? Przecież jest droga z Abancay która przez Ayacucho wiedzie do Huancayo.
- Żaden tir tamtędy nie jeździ.
- Muszą być tam jakieś samochody.
- Być może, nie wiem. Ja bym jechał najpierw do Limy.
- To przecież dwa razy dalej! Wysiadam, spróbuję tą drogą.
Pożegnałem się z kierowcami i towarzyszami stopa i zacząłem szukać jakiegoś sklepu. Umierałem z głodu. Była druga w nocy, ale i tak coś znalazłem po czym przekimałem się do piątej.

Z rana zabrałem się w ciągu dziesięciu minut i po godzinie byłem z powrotem na krzyżówce. Miałem wrażenie że nie straciłem aż tak dużo czasu. Na kolejnego lifta czekałem godzinę i tym razem była to terenówka z młodym kolesiem za kierownicą. Wysadził mnie w Carhuacahua gdzie po chwili miałem kolejnego stopa na tyle małej ciężarówki. Powietrze pachniało eukaliptusem, otaczały mnie ośnieżone szczyty Andów, perfekcyjny poranek. Po dotarciu do kolejnej wioski, włączyłem telefon by zerknąć na mapę i zobaczyć jak się nazywa.Co? Gdzie ja do cholery jestem? Wyglądało na to że przegapiłem krzyżówkę gdy jechałem terenówką. Ale żadnej nie widziałem. Zagadałem budowlańców drogowych i powiedzieli mi że to była główna droga do Ayacucho. Czyżby obie mapy które miałem były w błędzie? Zdecydowałem się kontynuować, ale jedyny ruch generowały ciężarówki i walce kładące nowy asfalt. Po kilku godzinach zdałem sobie sprawę iż droga ta była od czasu do czasu zamknięta, szanse przedostania się były bliskie zeru. Kierowca który mnie zabrał z Cuzco miał rację trzeba było jechać przez Limę i on mógł mnie tam zabrać bezpośrednio. Ech, trzeba znów zawracać.

Po godzinie miałem stopa z powrotem do skrzyżowania z główną drogą. Przy odrobinie szczęścia dotarcie do Huancayo na weekend było wciąż możliwe. Minęła godzina i nic, druga godzina, bez zmian. Zapytałem faceta który przeszedł obok gdzie mógłbym zdobyć wodę i jego odpowiedzią była: "rzeka". W drodze by obadać tę rzekę zauważyłem ciężarówkę w oddali więc zacząłem machać rękami i udało się. Wdrapałem się przez otwarty dach na pakę i najpierw zobaczyłem dwa plecaki, potem dwóch chłopaków. Kolumbijczycy. Jeden z nich był głuchoniemy więc drugi tłumaczył, ale obaj mieli zajebiste poczucie humoru. Nagle zatrzymaliśmy się, otworzyły się boczne drzwi i wskoczyła kolejna dwójka autostopowiczów. Ja cię kadzę, Pancha i Pelao, druga chilijska para z kempingu pod Machu Picchu. Ale jaja.

Droga pięła się pod górę, a my gadaliśmy, łaziliśmy w kółko, robiliśmy zdjęcia lub leżeliśmy w bezruchu. Moja ekipa żonglowała też lub robiła biżuterię by sprzedawać ją na ulicach. Brakowało nam tylko jednego. Wody. Z każdą godziną robiło się coraz zimniej, zaczęliśmy zakładać kolejne warstwy ciuchów, aż w końcu wskoczyliśmy w śpiwory. Noc była cholernie zimna, udało mi się jednak nieco przespać. Gdy ciężarówka zatrzymała się było tuż przed wschodem słońca i gdy kierowca poinformował nas że dalej nie jedzie, od razu pobiegłem kupić wodę. Piłem jak wielbłąd.

Droga krajowa PE-1N przez pustynie na północ od Limy
Droga krajowa nr PE-1N na północ od Limy
Byłem w mieście o nazwie Nazca, otoczony pustynią ze słynnymi geoglifami. Po krótkiej wędrówce razem życzyłem Kolumbijczykom szczęścia w dalszej podróży. Pancha i Pelao opuścili nas wcześniej by poszukać taniego noclegu. Gdy doczłapałem się na wylotówkę odświeżyłem się na ile się dało i znowu wystawiłem kciuka. Kilka sekund później siedziałem w wygodnej kabinie tira. Droga PE-1 była główną arterią kraju ciągnącą się od granicy z Chile po granicę z Ekwadorem. Jej spora część była w standardzie autostrady i była pełna ciężarówek.

Wysiadłem za miejscowością Ica i niestety ugrzązłem tam na kilka dobrych godzin. Było koło drugiej gdy w końcu złapałem stopa do Limy. Te kilka zmarnowanych godzin mogło wystarczyć by dostać się ze stolicy do Huancayo i dotrzeć tam późnym wieczorem. Musiałem jednak o tym zapomnieć, było już za późno. Gdy tylko zauważyłem fale Pacyfiku droga zamieniła się w dwupasmówkę a my kontynuowaliśmy podróż na ogół w ciszy przez następne godziny. Kierowca wyrzucił mnie bardzo blisko centrum. Miałem teraz dwie rzeczy do zrobienia: zadzwonić do ludzi z Huancayo tak by na mnie nie czekali i znaleźć tani nocleg. W łóżku byłem przed dziesiątą.

Lima wydawała się szara, może przez tę ciągłą zasłonę z mgły i jednolitych chmur wiszącą nad miastem. Nie miałem ochoty zostać tu kolejnej nocy. Ciekawostką Limy było wielkie China Town z naprawdę dobrymi i cenowo przystępnymi restauracjami tutaj nazywanymi chifas. W mieście żyła największa chińska diaspora Ameryki Łacińskiej. Wieczorem wziąłem autobus do Ancón i wysiadłem przy wadze dla tirów w pobliżu której się rozbiłem. Wciąż miałem siedem dni i tylko tysiąc dwieście kilometrów do spotkania z Aileen. Autostop działał dość dobrze na tym odcinku i zrobiłem ten dystans w trzy i pół dnia, w większości z ciężarówkami. Za szybą przez cały ten czas miałem odcienie bieli, żółci i szarości, pustynia która zaczęła się w środkowym Chile rozpościerała się prawie pod samą granicę z Ekwadorem. Tysiące kilometrów pustkowia z jedynie niewielkimi łatami zieleni w dolinach rzek.

Zamiast jechać od razu do Tumbes gdzie znajdowało się lotnisko, zatrzymałem się na ostatnie trzy dni w Máncorze. Była to najbardziej odwiedzana przez turystów miejscowość na północy Peru, przede wszystkim ze względu na dobre fale dla surferów. Było tam mnóstwo hoteli i hosteli, restauracje serwowały kuchnię z różnych stron świata, było tam czysto jak na peruwiańskie standardy, a słońce świeciło przez cały rok. Spędziłem większość tego czasu albo w przyhostelowym basenie albo na plaży czyli ał piecze mnie skóra. Do Tumbes wybrałem się dzień przed przylotem Aileen i nie było to tym razem łatwe stopowanie. Zajęło mi pięć godzin znalezienie lifta do miasta oddalonego zaledwie o sto kilometrów. Pięć godzin w słońcu. Ał. Przekimałem się jak zwykle na stacji benzynowej i z rana poszedłem do centrum miasta. "O pierwszej po południu, na schodach do katedry przy Plaza de Armas." Taki był nasz układ. Spojrzałem na zegarek, zostały cztery godziny. Jeszcze tylko cztery godziny.

__
*Gringo - w większości krajów Ameryki Łacińskiej słowo to oznacza obcokrajowca, na ogół o jasnej karnacji, z krajów innych niż Ameryka Środkowa i Południowa. W niektórych krajach gringo to osoba wyłącznie ze Stanów Zjednoczonych.
**DEA (Drug Enforcement Administration) - amerykańska agencja rządowa do walki z narkotykami w kraju jak i za granicą.
***Koka tak, kokaina nie! - potoczna nazwa polityki odnoszącej się do uprawy koki w Boliwii. Więcej informacji i danych na ten temat dostępne na stronie internetowej Andean Information Network.
****Chicha - w Boliwii jest to sfermentowany napój alkoholowy wyrabiany z kukurydzy. W innych krajach używa się innych składników i może być to napój bezalkoholowy.

Mecze Mistrzostw Świata na plaży Copacabana w Rio de Janeiro
Nie spodziewałem się żadnych problemów na granicy. Ja osobiście ich tu wcześniej nie miałem, ale poznałem osoby które przeszły przez małe przesłuchanie. Tym razem szło naprawdę gładko, Mistrzostwa Świata już się zaczęły i Brazylia starała się zaimponować całemu światu. Urzędnicy imigracyjni pracowali jak roboty, pieczątka i następny, pieczątka i następny.

Dzień był parny i gorący, powietrze wypełnione było tym dusznym a jednocześnie fascynującym zapachem tropików. Powiedziano mi że z granicy nie ma żadnego autobusu do centrum miasta, a że nie chciałem płacić za taksówkę, wystawiłem kciuka na spowalniaczach bezpośrednio przy wyjeździe z terminala granicznego. Po minucie miałem stopa z dwiema kobietami z Paragwaju będącymi w drodze do domu. Foz do Iguaçu było potrójną granicą, więc było tam mnóstwo aut z rejestracjami ze wszystkich trzech krajów. Wyglądało na to że Paragwaj nie będzie ciężki do łapanie stopa w przyszłości, ale teraz musiałem przejechać spory kawałek Brazylii by dotrzeć do Rio. I pamiętałem doskonale jak trudne to było, jak wiele czasu musiałem spędzić na posto BR by ktoś mnie zabrał. Teraz musiałem znaleźć jedno takie posto, na Hitchwiki nie było informacji na temat Foz.

Jak tylko dostałem się na jedną ze stacji benzynowych rozszalała się ulewna burza, która zatrzymała mnie na kilka godzin. Nie była to dobra miejscówka, to nie był jeszcze koniec miasta i tylko miejscowi tam tankowali. Pracownicy stacji byli w porzo i wytłumaczyli mi jak dostać się na dobre posto na autostradzie. Gdy tam dotarłem było prawie ciemno. Cały dzień zmarnowany tylko na to by dotrzeć na wylotówkę. Wokół stacji zaparkowanych było mnóstwo ciężarówek i przy odrobinie szczęścia możliwe było złapanie nocnego stopa bezpośrednio do São Paulo. Stamtąd miałbym już tylko czterysta kilometrów do Rio. Miałem kilka ciekawych pogawędek z kierowcami tirów, ale większość albo jechała do Paragwaju, albo w stronę Kurytyby, ale dopiero popołudniem następnego dnia. Znowu ugrzązłem na posto BR?

Przenocowałem się na platformie do przewożenia samochodów oczywiście za przyzwoleniem kierowcy tira który ją ciągnął. W tym momencie byłem już pogodzony z tym że nie dotrę do Rio na moje urodziny i mecz Chile - Hiszpania. Będą kolejne mecze i kolejne urodziny. Miałem tylko nadzieję że Francisco wciąż tam będzie kiedy przyjadę.

Wstałem wcześnie i po kilku kolejkach mocnej kawy którą większość stacji oferowała za darmo, ulokowałem się na wylocie z posto. W pobliżu była szeroka zawrotka która na brazylijskich autostradach robiła za węzeł i ludzie nie jechali aż tak szybko. Może uda mi się coś złapać prosto z drogi? Godziny mijały i dopiero koło południa ktoś mnie zabrał. Przyjemność stopowania w Brazylii. Był to konwój dwóch ciężarówek jadących aż do São Paulo. Kolesie rozmawiali wciąż na CB a ja słuchałem tej słodkiej muzyki jaką był brazylijski portugalski przypominając sobie wiele słów które wyleciały mi z głowy. Jechaliśmy przez cały dzień, zatrzymaliśmy się na noc i następnego dnia kontynuowaliśmy aż do późnego popołudnia. Wysiadłem blisko centrum miasta. Teraz musiałem wydostać się z tego osiemnastomilionowego szaleństwa.

Przejechałem raz na stopa przez São Paulo i nie wspominam tego za dobrze. Tym razem przestudiowałem mapy i inne strony zawczasu by być przygotowanym i przeskoczyć je szybko. Udałem się od razu na Terminal Tietê i zabrałem się autobusem do Jacareí, które znajdowało się już poza metropolią. Tuż przed zjazdem do tego miasta była stacja benzynowa z dużą restauracją, która wyglądała dobrze na Street View. Jakiś kilometr dalej znajdowały się również bramki i bardzo chciałem je wypróbować. Nie znalazłem żadnych informacji o stopowaniu na stacjach poboru opłat w Brazylii. W razie gdyby nie było to dozwolone, zawsze mogłem wrócić na stację.

Z rana udałem się na bramki z kartką na której napisałem Rio de Janeiro i narysowałem wielką uśmiechniętą buźkę. Po chwili zaczął się do mnie zbliżać jeden z pracowników. Wyrzucą mnie? Nie, musiałem się tylko przesunąć nieco dalej. Nie ma sprawy. Nie były to może tak dobre bramki jak w Polsce czy we Francji, nie było tam parkingów i toalet, zatrzymywanie się było niedozwolone, a zewnętrzne bramki miały coś w rodzaju viaTolla, więc była na nich większa prędkość. Ale i tak zrobiły swoje. I to w pięć minut! Zatrzymała się osobówka jadąca prosto do Rio. Co za zmiana.

Rio, do którego dotarłem po kilku godzinach, przywitało mnie ulewnym deszczem. Wysiadłem dość daleko od centrum ale nieopodal miałem stację podmiejskiej kolejki, więc nie stanowiło to problemu. Po dodatkowej przejażdżce autobusem znalazłem się niemalże na szczycie Santa Teresy, spokojnej dzielnicy niedaleko Lapy uznawanej za centrum miasta.

Zajęło mi chwilę znalezienie domu Daniela, chłopaka Moniki. Jego chata wypełniona była instrumentami, perkusja zajmowała sporą część salonu, w kątach stały gitary. Daniel, którego wielkie oczy miały ten przyjacielski błysk, był nauczycielem angielskiego a także muzykiem i piosenkarzem. Jego współlokatorzy również zajmowali się muzyką, pozytywne dźwięki cały czas sączyły się z głośników. Tej nocy wysłałem wiadomość do Francisco, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. Pancho gdzie jesteś?

Następnego dnia wyszło słońce i udaliśmy się z Danielem do miasta. Pomógł mi on kupić i zarejestrować nową kartę sim, moja stara karta po półtora roku bez doładowania przestała działać. Wow, minęło półtora roku od mojego ostatniego pobytu w Brazylii. I większość tego czasu upłynęło w Chile. Nigdy bym nie pomyślał że tak to się potoczy. Bycie długoterminowym podróżnikiem oznacza że przyjdzie taki dzień gdy skończą ci się oszczędności, nie ważne jak dużo odłożysz przed wyruszeniem w drogę. Zawsze korciło mnie Chile i chciałem tam pomieszkać, ale jednym z powodów dla którego zatrzymałem się tam tak długo były pieniądze. I w sumie nie odłożyłem aż tak dużo, to nie Irlandia, zarobki były kiepskie. Więc jechałem na bardzo skromnym budżecie. Zacząłem uświadamiać sobie że by kontynuować tę podróż musiałem wykorzystywać każdą okazję by zarobić parę złotych i wyglądało na to że taka okazja istniała w Rio.

Ludzie bawiący się na ulicach Rio de Janeiro podczas Mistrzostw Świata 2014
Zabawa na ulicach Rio
Drugiego dnia pojechałem na Copacabanę by zobaczyć Fan Fest i poczuć atmosferę Mistrzostw Świata. O ile plaże Rio zawsze były pełne ludzi z całego świata, tym razem były one naprawdę wypchane po brzegi i większość ludzi z dumą pokazywała skąd przybyła. Barwami dominującymi na Copacabanie były tak naprawdę biel i błękit, Argentyńczyków można było spotkać co krok i część z nich nawet obozowała na plaży coś co normalnie nie byłoby dozwolone. Policja teraz w ogóle na to nie reagowała a jednocześnie ich obecność sprawiała że było to miejsce bezpieczne. Wielu Argentyńczyków sprzedawało jedzenie albo piwo na plaży i po rozmowie z jednym Porteño* uświadomiłem sobie że też mógłbym to robić. I nawet widziałem styropianową lodówkę w domu Daniela. Pieprzyć to, trzeba spróbować.

Zanim zabrałem się na plażę wypchany piwami chciałem uczcić moje spóźnione urodziny. Miałem nadzieję że zrobię to razem z Francisco, ale był on już w São Paulo. Szkoda że nie udało nam się spotkać. Dowiedziałem się jednak że Greg z którym pracowałem w La Valija również był w Rio i wkrótce spotkaliśmy się w mieszkaniu gdzie koczował. Byli tam inni Anglicy i grupa ludzi z Wysp Zielonego Przylądka. Niezły miks. Po kilku browarach udaliśmy się do Lapy i po chwili zgubiliśmy się w tym niekończącym się tłumie. Nie udało mi się go znaleźć, ale i tak miałem ciekawą noc.

- Powodzenia - powiedział Daniel poklepując mnie po plecach.
- Dzięki, będę potrzebował dużo szczęścia - odpowiedziałem zarzucając lodówkę pełną piw po czym skierowałem się na przystanek. Musiałem wziąć autobus a potem metro by dotrzeć na Copacabanę i obawiałem się że piwo będzie ciepłe do tego czasu, ale lód wciąż pokrywał błękitne puszki gdy doszedłem do plaży. Pamiętałem doskonale mój pierwszy raz jako plażowy sprzedawca w Mielnie, to właściwie była moja pierwsza praca w życiu. Pierwsze słowa nie chciały mi przejść przez gardło przez długie minuty. A teraz miałem to robić na Copacabanie, w Rio de Janeiro, po portugalsku. Głęboki wdech... cerveja!** Pierwszą sprzedaż miałem po dziesięciu minutach. Grupa Brazylijczyków nie mogła uwierzyć że piwo sprzedaje im Polak. Od tego momentu całe to zawstydzenie i niepokój zniknęło, chodziłem z wielkim uśmiechem na ustach podjarany jak dzieciak. Co za doświadczenie!

Przychodziło coraz więcej ludzi gdyż za chwilę miał się zacząć kolejny mecz. Nie mogłem sprzedawać wewnątrz Fan Festu ale ekrany były naprawdę ogromne i dobrze widoczne spoza i wielu ludzi wolało oglądać mecze nie wchodząc do środka. Za każdym razem jak sprzedałem jedno piwo sam również sobie mogłem na jedno pozwolić, sprzedaż je pokrywała, mogłem więc być na plaży przez cały dzień, oglądać mecze Mistrzostw Świata i popijać piwo bez sięgania po moje oszczędności. Kosztowało mnie to tylko odrobinę wysiłku. Na koniec dnia zostało mi nawet w kieszeni parę reali. Super.

Daniel był bardzo ciekaw jak mi poszło gdy wróciłem do domu. Dobrze się rozumieliśmy od samego początku i Monika była z tego bardzo zadowolona gdy rozmawialiśmy na Skypie. Jednego wieczoru Daniel grał koncert w jednym z miejscowych barów i oczywiście byłem zaproszony. Tej nocy zagrał wiele coverów, głównie z muzyki brazylijskiej w tym Novos Baianos których uwielbiałem. Bar był niewielki więc bez tłumów, ale wszyscy wyglądali na zadowolonych. Ja byłem.

W sobotę Brazylia grała mecz jednej szesnastej finału z Chile i czuło się pewne napięcie. Chile grało do tej pory znakomicie, a większość Brazylijczyków nie była zadowolona ze swojej drużyny. Obawiano się przegranej. Ja oczywiście kibicowałem Chile i byłem ciekaw co by się stało gdyby Brazylia rzeczywiście przegrała. Jak wyglądałyby ulice i plaża. Po emocjonującym meczu Brazylia jednak wygrała i na każdym rogu rozpoczęła się impreza. Myślałem że pomoże mi to w moim biznesie, ale było wręcz przeciwnie, tego wieczoru naprawdę nie szło. Ostatnie kilka piw zostawiłem dla siebie, nie było sensu się męczyć. Rio, piłka i samba... a ja byłem tego częścią.

Zostałem w Rio jeszcze kilka dni i niektóre były lepsze inne gorsze dla mojego małego biznesu. Nie odłożyłem prawie nic, ale nie musiałem też korzystać z moich oszczędności więc byłem zadowolony. W ciągu tych kilku dni pozwiedzałem jeszcze co nieco i odwiedziłem miejsca których nie udało mi się zobaczyć poprzednim razem jak choćby słynną Głowę Cukru. Wyszliśmy też z Danielem raz czy dwa do Lapy by wypić kilka piw. Po Monice byłem drugim Polakiem jakiego poznał i to chyba sprawiło że nasze rozmowy były głębsze. Bardzo za nią tęsknił i martwił się jak się to wszystko potoczy. Monika kupiła dom w Ekwadorze i chciała zamienić go w hostel i jednocześnie mieszkać w nim z Danielem. Podobał mu się ten pomysł ale uwielbiał on również swoją karierę w Rio. Gdy dowiedział się że Monika zabukowała bilet do Rio cały aż promieniował z radości.

- Hej chcesz zaimponować tej lasce jak przyleci? Naucz się tego kawałka! - i pokazałem mu Whisky Moja Żono Dżemu. Zaczął on ciężko pracować nad tym utworem i byłem zaskoczony jego zdolnością do wypowiadania polskich słów. Bycie Brazylijczykiem być może mu pomagało, oba języki miały podobne dźwięki. Być może dlatego portugalski był dla mnie tak łatwy?

Po pożegnalnym uścisku udałem się na przystanek przed domem Daniela.
- Jedziesz do centrum? - zapytał mnie nagle jeden facet pakujący coś do samochodu.
- Chcę się dostać do Central.
- Mogę cię podrzucić do Lapy, jeśli ci to pasuje.
- Jasne, czemu nie - Bomba! Miałem lifta w centrum Rio de Janeiro. Kolejna dziwna odmiana. Po długiej jeździe autobusem zostawiłem wieżowce i fawele daleko za sobą i dotarłem na bramki na BR-116. To pedágio*** wyglądało naprawdę dobrze, tuż za nim był przystanek z zatoczką a także sklep i restauracje.

- Hej, myślisz że wciąż będziesz w Brazylii we wrześniu? - zobaczyłem wiadomość na ekranie telefonu po znalezieniu wifi. - Dzisiaj kupuję bilet i chcę tam spędzić trzy tygodnie, jadę sama i chcę byśmy się spotkali.
- Wow, wow, Aileen zamierza podróżować! Ale myślę że już tu nie będę. Dwa miesiące, mnóstwo czasu. Być może we wrześniu będę już w Ekwadorze lub Kolumbii - zaraz jej odpisałem.
- Inna opcja to Tumbes. To w Peru i jedynie trzydzieści kilometrów od Ekwadoru. To byłby drugi tydzień września. Ale chcę wiedzieć gdzie będziesz zanim zarezerwuję bilet tak byśmy mogli się spotkać. Będę miała trzy tygodnie urlopu. Muszę zabukować bilety do jutra.
- Okej, Peru jest bardziej prawdopodobne niż Brazylia. I dlaczego do jutra? Jakaś oferta?
- Tak...
Rozmawiałem z Aileen dość często, ale ta wiadomość i tak mnie zaskoczyła. Powiedziała mi że się zmotywowała i zaczęła odkładać, wyglądało na to że nie były to puste słowa. Planowała polecieć sama do kraju w którym nigdy nie była. Bardzo mnie to cieszyło.

Po nocy na pobliskiej stacji wróciłem na bramki. Znowu kartka z uśmiechniętą mordką i ta da... stop bezpośrednio do São Paulo. W niecałą minutę! Czyżbym odnalazł Świętego Graala autostopu w Brazylii? Tym razem zabrał mnie kierowca tira z Nordeste, regionu którego jeszcze nie poznałem. Być może podczas mojej kolejnej wizyty w Brazylii, teraz zmykałem znowu na południe. Chciałem zobaczyć Florianópolis o którym tak wiele słyszałem. Kierowca po wysłuchaniu kilku opowieści z mojej podróży zaprosił mnie na obiad i w drodze powrotnej do ciężarówki wcisnął mi dwadzieścia reali mówiąc: "zjedz porządną kolację, jakoś chudo wyglądasz.

W São Paulo obejrzałem mecz na portierni jednej z firm. Przechodziłem obok gdy kolesie zaprosili mnie i zaoferowali kawę. 2-1. Brazylia wygrała z Kolumbią. Po meczu udałem się do Decathlonu by kupić nową butlę z gazem, a potem na Terminal Tietê który był tuż za rogiem. Tym razem zrobiłem błąd, zapomniałem sprawdzić o której odjeżdża ostatni autobus do Embu das Artes. Pojawiłem się za późno. Po chwili kręcenia się i wypytywania znalazłem autobus który mógł mnie ponoć dowieźć niedaleko Embu. Gdy kierowca wyrzucił mnie na jednym z węzłów okazało się że do Embu jest jakieś dziesięć kilosów. Była prawie północ. Okolica nie wyglądała najgorzej, ale nie czułem się komfortowo łażąc tam nocą, więc gdy znalazłem pierwszą stację benzynową zostałem tam do rana. Wstałem wcześnie i po dwóch kolejnych przejażdżkach autobusami dojechałem do bramek położonych naprawdę daleko od São Paulo. Kawałek kartonu, marker, nabazgrany uśmiech i po chwili podjechał tir. Ja pierdolę!

Wysiadłem na jednym posto na obwodnicy Kurytyby. Było już ciemno więc usiadłem obok gniazdka i zacząłem grzebać w internecie zupełnie wyluzowany.
- Dokąd jedziesz? - facet w średnim wieku nagle mnie oderwał od lektury polskiego Newsweeka.
- Do Floripy.
- Mogę cię zabrać ale później, jestem cholernie zmęczony. Muszę się zdrzemnąć. Będę w samochodzie, o tam w tym białym. Zresztą dam ci znać jak będę gotowy.

Czułem się jakbym nie był w Brazylii. Właściwie nie, czułem się jakbym był w idealnej Brazylii. Uwielbiałem ten kraj, tych ludzi, atmosferę, jedyne czego nie lubiłem to ten strasznie wolny autostop. I teraz nagle ludzie oferują mi stopa gdy nawet go nie szukam. Był to jeden z moich ulubionych krajów i z chęcią zostałbym tu dłużej, pomieszkał w nim trochę, podszlifował mój portugalski. Nie teraz, nie teraz. Wiedziałem że trzeba jechać dalej, jeszcze tyle krajów przede mną, nie mogłem się zatrzymać w każdym miejscu które mi się podobało bo nigdy nie ukończyłbym tej wyprawy. A Brazylia? Chyba wciąż tu będzie.

Po kilku godzinach zaczęliśmy jechać na południe. Facet mieszkał na północy kraju i był w podróży służbowej. W Brazylii oznaczało to kilkudniową jazdę. Gdy byliśmy już blisko celu poczułem się bardzo zmęczony, głowa zaczęła mi lecieć, ale zmusiłem się by nie spać gdyż wyglądało na to że mój kierowca zaczął zasypiać. Za każdym razem jak zapadała cisza zaczynałem gadać, nawet pieprzyć bez sensu by mi tylko nie spał. W końcu wysiadłem około trzeciej w nocy na przedmieściach Florianópolis.

Paluch znowu w Pelotas w Brazylii z Marthą, Gabi, Átilą i Bruną
Znowu w Pelotas! Z Marthą, Gabi, Átilą i Bruną
Z rana sprawdziłem maila, żadnych wieści z CS, więc postanowiłem znaleźć ładną plażę i na niej przekimać się jedną noc. Florianópolis, zwany również Floripą położony był na wyspie i wokół było wiele pięknych plaż. Było to miejsce popularne wśród turystów, choć o tej porze roku plaża w Barra da Lagoa była pusta. Ta część Brazylii znajdowała się już w strefie klimatu umiarkowanego i zaczynała się właśnie zima. Nie było bardzo zimno kiedy przyjechałem, ale następnego poranka zerwał się mocny wiatr znad Atlantyku i musiałem wygrzebać z plecaka kurtkę. To nie był czas na plaże Floripy więc pojechałem dalej.

Najpierw był ten krótki lift z jedną dziewczyną do centrum miasta. Powiedziała mi że nigdy w życiu nie jechała na stopa, ale że zawsze zabiera. Według niej Florianópolis było stolicą autostopu w Brazylii. Po wysiadce z miejskiego autobusu znowu szybko złapałem lifta ze stacji do bramek trzydzieści kilometrów na południe. Jechałem do Capão da Canoa gdzie chciałem odwiedzić Rogera, Natalię i Marcelo, ekipę która zabrała mnie na północy Chile. Capão nie leżało przy głównej trasie więc napisałem na kartce Osório. Nie było to duże miasto więc może lepiej byłoby napisać Porto Alegre, ale nie miałem już kartonu. Po godzinie poszedłem do pobliskiej restauracji gdzie bardzo szybko znalazłem lifta z jednym tirem. Po jakichś dwóch godzinach znalazłem się na zapyziałej stacji w jakiejś niewielkiej mieścinie.

- Bilet kupiony! Na pierwszego września:) - Aileen poinformowała mnie tej nocy.
- A więc przylecisz do Peru 1 września? Muszę nastawić budzik by nie przyjechać za późno.
- Hehehe tak będę w Máncora już pierwszego. Nie możesz być za późno!
- Na stopa nigdy nie wiadomo. Nastawię se budzik na tydzień przed i jak będę wciąż daleko zacznę łapać samoloty na stopa;)
- Hahaha ty wariacie.
- Chcesz się przemieszczać, jeździć na stopa, czy byczyć się na plaży przez całe trzy tygodnie?
- Mój plan to przylecieć do Peru, spotkać się z tobą, jechać na stopa razem do Ekwadoru i potem wrócić do Chile.
- A co jeśli przyjadę za późno? Masz jakiś plan B?
- Usiąść i płakać hehe.
- Ok, więc muszę znaleźć mapę z pasami startowymi;) - Wyglądało na to że mam deadline'a.

Z rana nie mogłem niczego złapać przez chwilę więc nabazgrałem "Następna Stacja" i usadowiłem się na wlocie na autostradę. Zadziałało od razu, krótkimi liftami przeskakiwałem z jednego posto na kolejne. Gdy usiadłem na moment na jednej ze stacji zobaczyłem autobus przerobiony na kampera. Miał on argentyńskie blachy, wymalowano na nim argentyńskie i brazylijskie flagi, wizerunki Neymara i Messiego i napis "Uściski od gola." Zamieniłem z kierowcą kilka słów i już byłem w środku. Była to grupa pięciu przyjaciół z Rosario i przygotowali oni ten pojazd specjalnie na Mistrzostwa. Teraz zmierzali na kolejny mecz w Porto Alegre. Zajebista ekipa. Wyrzucili mnie na zjeździe do Capão i po ostatnim krótkim stopie znalazłem się przed sklepem który prowadziła Natalia z Rogerem.

Tego dnia zamknęli oni wcześniej, większość firm tak robiła gdy grała Brazylia. Co dziwne jeden supermarket był otwarty więc wybraliśmy się na zakupy. W środku włączony był jeden telewizor. Nagle usłyszeliśmy jęk zawodu. Brazylia - Niemcy 0-1. Po chwili kolejny jęk i kolejny i kolejny. Cholera jasna 0-4? Po piątym golu niektórzy zaczęli krzyczeć: "dawać Niemcy, jeszcze jeden!" I zaraz mieli co chcieli. 0-6, 0-7 i w końcu jeden honorowy gol którego nikt już nie obchodził. Przyjechaliśmy przez miasto, ani żywej duszy. Na twarzach Natalii i Rogera widać było bardziej szok i niedowierzanie niż smutek, ja sam nie mogłem w to uwierzyć. Nieco później zaczęliśmy się z tego nabijać, internet był już pełen memów. Była to chyba najzdrowsza reakcja na taką katastrofę.

Spędziłem w domu Rogera i Natalii kilka dni. Była to udana para, oboje bardzo inteligentni i uduchowieni. Sklep z ciuchami który posiadali miał się nieźle, ale że była zima nie mogli oni sprzedać żadnych bikini, więc zaczęli myśleć by wybrać się do Nordeste i sprzedawać ubrania ze swojego hipisowskiego Ogórka. Uważałem że to świetny pomysł, byłoby to prowadzenie biznesu połączone z urlopem. Któregoś dnia zabrali mnie oni do Mata Atlântica, Atlantyckiego Lasu porastającego okoliczne wzgórza. Marcelo razem z kolegami miał tam małą organiczną farmę. Uprawiali oni mnóstwo warzyw i owoców, mieli w tej chwili tyle awokado, że nie byli w stanie tego wszystkiego zjeść. Dla mnie najciekawsze były palmy juçara, ich niewielki owoce mogły być przetworzone na odżywczą i smaczną pulpę, tak jak owoce podobnej palmy o nazwie açai rosnącej bardziej na północy. Pulpa ta serwowana z granolą stawała się coraz popularniejszym śniadaniem w Brazylii i Marcelo również sprzedawał juçarę. Potrzebowali oni od czasu do czasu na farmie wolontariuszy i myślałem by zostać tam na trochę, ale odkąd Aileen kupiła bilet do Peru miałem mało czasu. Marcelo wciąż do głowy przychodziły nowe pomysły, był on ich ilością nieraz przytłoczony żartując że potrzebowałby dwa życia by zrealizować je wszystkie. Jego ostatnim eksperymentem był ser z juçary. Fajnie jest spotykać tak nakręconych ludzi.

Z Capão da Canoa pojechałem jeszcze bardziej na południe do Pelotas. Nie mogłem opuścić Brazylii bez ponownego odwiedzenia Marthy. Dostanie się tam było tak łatwe, na pierwszego lifta nie czekałem dłużej niż piętnaście minut, a drugi, z bramek pod Porto Alegre, był w jakieś dwie minuty. Po drodze odsłuchałem transmisji radiowej z mundialowego finału. A jednak Niemcy. Martha już mnie oczekiwała w tym samym mieszkaniu przy Placu Osório. Mieszkała ona ze swoim nowym chłopakiem Átilą, muzykiem z zespołu Barrio Sur.

Martha jak zawsze była zaangażowana w wiele rzeczy na raz, teraz na przykład oprócz przygotowań do obrony na uniwersytecie, nagrywała krótki film instruujący w języku migowym jak upiec chleb. Ja i Átila również odegraliśmy małą rolę w tym projekcie. Martha potrafiła z łatwością zaangażować innych. Jak odwiedziłem ją za pierwszym razem spędzaliśmy większość czasu w Munaya, kolektywie artystycznym który prowadziła ze znajomymi. Niestety Munaya już nie istniała. Martha uznała że moja poprzednia wizyta była chyba w najlepszym możliwym momencie, kolektyw działał na pełnych obrotach, było lato, ale dla mnie nie miało to znaczenia, ja wciąż czułem się w Pelotas wyśmienicie, wciąż czułem się tu jak w domu. Właściwie to w ogóle w Brazylii zacząłem się czuć jak u siebie, wszystko wydawało się tak znajome, miałem wrażenie że znałem ten kraj, że rozumiałem tych ludzi. A nawet nigdy tu nie mieszkałem, spędziłem tu łącznie mniej niż pięć miesięcy. Dziwne.

Po kilku dniach przygotowań i wielu próbach robionych w mieszkaniu Marthy przyszedł dzień obrony. Udaliśmy się do jednego z budynków Uniwersytetu Federalnego w Pelotas gdzie znajomi już czekali z zaciśniętymi kciukami. Weszliśmy do sali i po przybyciu profesorów Martha zaczęła bronić swoją pracę licencjacką zatytułowaną: Paradoks autora-producenta. Trudności i możliwości tworzenia teatru w południowej części stanu Rio Grande do Sul. Profesorowie mieli wiele pytań po prezentacji i według mnie świadczyło to tylko o tym że temat jej badań wydał im się szczególnie interesujący. Wszystko poszło bardzo gładko. Gratulacje!!!

Tego samego wieczoru Martha i Átila zorganizowali churrasco, typowego grilla w domu ich znajomego by uczcić obronę. Najpierw Átila i inni członkowie zespołu odbyli próbę więc mieliśmy nieco muzyki na żywo. Ich styl można by nazwać muzyką panamerykańską. Następnie zaczęliśmy się rozkoszować dobrym jadłem i chłodnym piwem. Arthur i Francesco przedstawili zabawny skecz kabaretowy, a na imprezie były też Gabi i Bruna, osoby które poznałem przed półtora roku. Z rana nasze głowy były nieco ciężkie, ale było to tego warte.

Po jednym dniu nicnierobienia wybraliśmy się następnego dnia z Marthą i Átilą do Laranjal nad brzegiem Lagoa dos Patos. Było to słoneczne i ciepłe popołudnie, relaksowaliśmy się więc sobie na pomoście popijając chimarrão i robiąc zdjęcia podczas gdy Átila grał na gitarze. Mojej ostatniej nocy w Pelotas wyszliśmy na miasto i o ile Martha i Átila chcieli położyć się wcześnie, ja zostałem z Arthurem, Francesco i Gabi, z którymi po jakimś czasie poszedłem na mały afterek. Dla Francesco i Arthura była to pożegnalna impreza, wkrótce jechali oni na wymianę studencką do Portugalii. Była to więc niejako pożegnalna noc dla całej naszej trójki.

Z rana miałem krótką wizytę w odrestaurowanym Mercado Central, gdzie Átila często dżemował z innymi miejscowymi muzykami. Po obiedzie podrzucił mnie on razem z Marthą na przystanek autobusowy na głównej ulicy. Kolejne pożegnanie podczas tej wyprawy, ale w ogóle nie czułem smutku, byłem szczęśliwy że miałem przyjaciół w tej części świata. I pomyśleć że zaczęło się to przed wieloma laty w Irlandii. Wiedziałem że się znów zobaczymy, wróciłem i znowu wrócę.

Złapałem stopa bezpośrednio z drogi tuż przed zachodem słońca bezpośrednio do Porto Alegre. Chciałem się tam spotkać z Alexem, byłym Marthy, który wyprowadził się z Pelotas jakiś czas temu. Niestety jego telefon był wyłączony przez większość dnia i po kilku kolejnych próbach skontaktowania się z nim zdecydowałem się załapać na ostatnie metro i wyjechać na wylotówkę. Może innym razem Alex. Noc spędziłem znowu na posto BR, tym razem jednak były one dla mnie bardziej jak hostel niż miejsce gdzie ugrzązłem na długie godziny.

Po śniadaniu zacząłem kierować się w stronę mojego ostatniego celu w Brazylii, miejsca gdzie zaczęła się moja druga wizyta w tym kraju, do Foz do Iguaçu. Autostop na ogół szedł gładko, tylko w jednym miejscu stałem przez jakieś dwie godziny. Najpierw zabrała mnie rodzinka z dziećmi, potem dwójka studentów i w końcu kierowca tira. Znowu był to konwój dwóch ciężarówek i znowu siedzieli oni bez przerwy na radiu. Wysiadłem około czterdzieści kilometrów przed miastem wczesnym popołudniem następnego dnia. Godzinę później byłem już w centrum Foz po dwóch liftach. Krajobraz zmieniał się często przez te dwa dni. Trawiasta pampa w okolicach Porto Alegre, araukariowe lasy w interiorze stanu Santa Catarina i dżungla wschodniej Parany.

- Weź autobus do Vila C - przeczytałem raz jeszcze instrukcje siedząc na przystanku. Po kilkunastu minutach zamiast na twardej ławce siedziałem już na wygodnej kanapie na której kimało wcześniej wielu couchsurferów. Byłem w domu który wynajmowały trzy studentki antropologii. Taisa i Effy były z Brazylii jednak z zupełnie innych regionów, a Maite przyjechała z Ekwadoru. Nazywały one swój dom Antro C i było to miejsce pełne mebli z odzysku i z sadem w którym rosły banany i krzewy kawy.

Wodospady Iguaçu w Brazylii
Wodospady Iguaçu
Taisa miała polskie korzenie, wychowała się w polsko-ukraińskiej wiosce w stanie Paraná. Ciekawie było słuchać jej opowieści o tym jak jej babcia przygotowywała dania które doskonale znałem. Effy była ze stołecznego miasta Brasilia i zjeździła ona z plecakiem, czasem stopując kilka ościennych państw. Maite, jako ekwadorska studentka z wymiany miała dla mnie kilka porad na temat swojego kraju. Ja nie byłem jedynym couchsurferem na chacie. Fausto i Ana byli z Kolumbii i prawie kończyła się ich brazylijska przygoda. Niemal wszyscy mówili w obu językach przeskakiwaliśmy więc w zabawny sposób z portugalskiego na hiszpański i na odwrót.

Jedną z największych atrakcji Foz były oczywiście słynne wodospady i musiałem je zobaczyć. Zdecydowałem się je zwiedzić tylko z brazylijskiej strony choć wielu ludzi twierdziło że po drugiej stronie jest lepiej. Po niedawnych powodziach niektóre ze szlaków w Argentynie były jednak wciąż zamknięte, a biorąc pod uwagę koszty transportu argentyńska strona wychodziła drożej. Nie chciałem też kolejnych dwóch pieczątek w paszporcie, potrzebowałem miejsce na kolejne kraje. Udałem się tam z Fausto i Aną i na sto procent było warto, szczególnie pod koniec gdy mogłem niemalże dotknąć tę grzmiącą ścianę wody. W zależności od położenia chmur tęcze pojawiały się i znikały na tle rozwścieczonej rzeki, jakby rysowali je i ścierali niewidzialni artyści. Bajka.

Antro C miało tak wyluzowaną atmosferę że zostałem tam dłużej niż planowałem. I z chęcią został bym jeszcze z tą pozytywną i inteligentną ekipą, ale musiałem lecieć. Nie miałem za wiele deadline'ów w tej podróży, ale Aileen właśnie jeden taki stworzyła. W pięć tygodni musiałem przejechać na stopa grubo ponad pięć tysięcy kilometrów jeśli nie chciałem jej zostawić z jej planem B. A po drodze pewnie tyle pięknych miejsc. Po dotarciu autobusem do głównej drogi zacząłem przekraczać kolejną naturalną granicę tym razem noszącą nazwę Rzeka Paraná. Po półtora roku spędzonym w teraz tak mi znajomych Chile, Argentynie i Brazylii wszedłem na terytorium kraju o którym nie wiedziałem prawie nic. Witamy w Paragwaju!

___
* Porteño - potoczna nazwa mieszkańca Buenos Aires.
** Cerveja - po portugalsku piwo.
*** Pedágio - w brazylijskim portugalskim stacja poboru opłat na autostradach.