slide1 slide2 slide3 slide

Notatki z domu autostopowicza

about me photo

Cześć jestem Paluch

Zacząłem stopować wiele lat temu gdy byłem wciąż dzieciakiem. Po jakimś czasie objechałem większość Europy i zacząłem mieć wrażenie że to zawsze będzie za mało. Więc... postanowiłem objechać stopem świat! Po przekroczeniu Atlantyku, dotarciu na Antarktydę i wyprawie na Alaskę, pora na kolejne wyzwanie - Pacyfik!

Listy z pobocza to bardziej książka niż blog, książka pisana w trasie i publikowana rozdział po rozdziale. Potrzebuję czasu by zamknąć każdy tekst w pewne ramy, więc gdy ty czytasz o jednym miejscu ja jestem już gdzieś zupełnie indziej. Czasem brakuje weny, innym razem czasu, a nieraz po prostu kończą się oszczędności więc mam co innego na głowie. Dlatego też nie możesz mnie śledzić zupełnie na bieżąco, ale mam nadzieję że to cię nie powstrzyma i będziesz tu zaglądać raz na jakiś czas by sprawdzić co nowego na poboczu.

Old sailboat in San Blas
- Chętnie zabierzemy cię ze sobą! - przeczytałem wiadomość na telefonie. Nie dotarłem jeszcze do Cartageny, a już najprawdopodobniej miałem stopa. Chyba nie można dostać z rana lepszego maila, gdy szukasz łajby. Dołączenie linku do filmiku o moim pierwszym jachtostopie okazało się być świetnym pomysłem. Sundy, która odpisała mi tak szybko, wspomniała że jej chłopak Paul, który był kapitanem ich łodzi, wielokrotnie odwiedzał blog Loïck'a. Oboje znali więc mnie już nieco. Wypas!

Planowali oni najpierw wyciągnąć łódkę na ląd by ją pomalować, miałem więc nieco czasu by odwiedzić Park Narodowy Tyrona. Wejściówka nie była tania a ja nieźle spłukany, planowałem więc prześliznąć się do parku pod osłoną nocy, szczególnie że poznałem kogoś kto nie tylko wiedział gdzie jest drugie, mniej kontrolowane wejście, ale kto oddał mi również swoją opaskę na nadgarstek którą otrzymywał każdy odwiedzający. Kolor opaski zmieniał się każdego dnia, ale na terenie parku był kemping gdzie ludzie zatrzymywali się na dłużej, więc goście mieli opaski w różnych kolorach.

Zacząłem stopować po południu i szybko zabrała mnie kobieta w średnim wieku. Jechała odwiedzić przyjaciela, który tak się składało mieszkał nieopodal szlaku który był drugim wejściem do parku. Zostałem zaproszony na drinka i gdy właściciel dowiedział się o moim pomyśle, zaoferował mi hamak w ogrodzie bym mógł się zdrzemnąć przed nocną przygodą. Powiedział mi również że nie ma tam żadnej budki z biletami, za dnia strażnicy patrolowali jedynie czasami szlak na koniach. Podziękowałem mu serdecznie za wszelką pomoc po czym wskoczyłem do hamaku nastawiwszy budzik na za piętnaście trzecia.

Gdy się obudziłem jedyne co było słychać to hałas nocnej dżungli który zawsze dawał mi niezłego pietra. Włączyłem czołówkę i zacząłem iść w górę wijącej się ścieżki. Znieruchomiałem wielokrotnie w czasie wędrówki widząc węża czy inną bestię, która zawsze okazywała się być cieniem źdźbła lub gałęzi w słabym świetle mojej starej latarki. Z całą tą adrenaliną moja wyobraźnia była jak na sterydach.

Około szóstej zaczęło świtać i w końcu mogłem zobaczyć coś więcej niż metr czy dwa ścieżki przed własnymi stopami. Po dziesięciu minutach dotarłem do ruin starej indiańskiej wioski z kamiennymi strukturami. Stąd szlak wiódł przez coś w rodzaju wielkich kamiennych schodów, ciężko mi było powiedzieć czy były naturalne czy stworzone przez człowieka. Otaczająca mnie zieleń była tak intensywna, świergot ptaków i szum strumyków pod kamieniami tak kojące. Nie było już we mnie adrenaliny, był podziw.

Zszedłem do kempingu gdzie ludzie przygotowywali śniadanie po czym pomaszerowałem na plażę w zatoczce, przyozdobioną białymi głazami. Znalazłem jeden na uboczu z powykręcanymi drzewami jakby stworzonymi dla mojego hamaka, więc strzeliłem sobie drzemkę po której poszedłem w kierunku wyjścia i dalej do głównej drogi. Stopa z powrotem do Palomino złapałem w niecałą minutę.

Po powrocie na mój kemping zacząłem wymieniać maile z Sundy, musiałem się dowiedzieć więcej na jakich warunkach miałem płynąć. Jachtostopowicze na ogół pokrywali koszty swojego wyżywienia i chciałem wiedzieć ile ode mnie oczekiwali. Odpisała mi że wychodzi piętnaście euro za dzień, czyli praktycznie tyle samo gdy płynąłem przez Atlantyk. Oprócz tego musieliśmy się zrzucić na miejscowy podatek na wyspach San Blas, ale nie była to jakaś wielka kwota. Na lądzie w Kolumbii byłem w stanie wyżyć za mniej, lecz jedynie w przypadku nie brania noclegów pod uwagę. Nie miałem problemów z tą ceną, ale ponieważ jechałem na resztkach oszczędności musiałem z góry wiedzieć ile dni planowali oni spędzić na San Blas, przed dopłynięciem do portu z urzędem imigracyjnym.

Sundy napisała mi że jeden z urzędów był w Porvenir na San Blas i o ile był on wciąż na wyspie, było stamtąd rzut beretem do Carti będącego już na stałym lądzie, a drogę łączącą tę mieścinę z Panamericaną podobno dopiero co wyasfaltowano. Mógłbym podbić paszport w Porvenir, zostać podrzucony do Carti skąd na stopa dojechałbym do Panama City. Brzmiało nieźle, byłem gotowy się dołączyć, gdy otrzymałem kolejnego maila. Nie spodobał mi się.

Według poznanych im żeglarzy, a także raportów na Noonsite, Panama wprowadziła wizę żeglarską dla wszystkich przybywających żaglówkami, co oznaczało całą załogą czy pasażerów. Sto pięć dolarów? Pojebało was? By to szlag, nie było mnie na to stać. A co ze wszystkimi backpackerami płynącymi pod żaglami do Panamy za grubą kasę? Sprawdziłem stronę internetową jednej z firm organizujących takie atrakcje. Na stronie głównej było napisane grubymi literami że każdy musi te sto pięć dolców zapłacić, chyba że wylatuje z Panamy w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Ooo, to był jakiś trop. Poszperałem w necie by dowiedzieć się więcej ale nie znalazłem za wiele. Musiałem się dostać jak najszybciej do Cartageny, i tak chciałem już poznać Paula i Sundy osobiście. Strona internetowa dla właścicieli mojego kempingu była już gotowa, spakowałem się więc, pożegnałem ze wszystkimi i z rana ruszyłem w trasę.

Autostop działał cudownie, północna, nadmorska część Kolumbii była chyba najłatwiejsza. Potrzebowałem jednego stopa by dojechać do Santa Marta i dwa kolejne do Cartageny. Wyrzucono mnie po południu przy lotnisku gdzie od razu się schowałem. Miasto było dużo bardziej wilgotne i lepkie, klimatyzowany terminal był miłym wytchnieniem. Tę noc spędziłem na dworcu autobusowym by zaoszczędzić kilka peso i z rana przerzuciłem się do najtańszego hostelu jaki udało mi się znaleźć.

Starówka była niesamowicie piękna, z kolorową kolonialną architekturą i niesamowicie zapchana turystami. Znalazłem jedną firmę oferującą przeprawę żaglówkami do Panamy gdzie zapytałem się wprost o co chodzi z tymi siedemdziesięcioma dwiema godzinami. Koleś za biurkiem potwierdził że taka wiza tranzytowa istnieje, jest darmowa i jedyne co potrzebowałem to bilet na samolot wylatujący z Panamy w ciągu tego czasu. Wiedziałem już jak załatwić sobie taki bilet używając linii lotniczych Copa operujących w obu Amerykach. Z Copa Airlines można było zarezerwować przelot i jednocześnie wstrzymać się z zapłatą na czterdzieści osiem godzin. Taka rezerwacja wyglądała jak typowy bilet z numerem potwierdzającym, imieniem i nazwiskiem, datą itd., którą można było wydrukować. Przy braku zapłaty po dwóch dniach była ona automatycznie anulowana. Będąc już w Panamie mógłbym śmignąć na stopa do Kostaryki. Wyglądało na to że znalazłem sposób by obejść system. Nadszedł czas by poznać mojego przyszłego kapitana i jego dziewczynę.

Spotkaliśmy się w Club Nautico gdzie ich łódź o nazwie Arbutus stała na kotwicy. Był to jedenastometrowy aluminiowy slup zbudowany we Francji z wysuwanym kilem i sterem, którym można było pływać po bardzo płytkich akwenach, a nawet posadzić na plaży. Z tego też powodu miał on centralny kokpit, a salon znajdował się na rufie z sześcioma oknami niemal dookoła. Nigdy nie spotkałem się z podobną łajbą.

W realu Sundy, Kanadyjka z Vancouver o japońskich korzeniach, była jeszcze bardziej wyluzowana i zabawna niż to sobie wyobrażałem czytając jej maile. Paul, wysoki facet z krótko przystrzyżoną głową, z początku wydał mi się bardziej spokojny i zdystansowany, ale już po paru godzinach wiedziałam że moje pierwsze wrażenie było błędne. Moja trzecia złapana na stopa łódka i mój trzeci kapitan znowu z Francji. Zabawne, nie wiedzieć czemu miałem jakąś lekkość w nawiązywaniu kontaktu z Francuzami. Spędziłem ostatnią noc w hostelu i przeniosłem się na Arbutusa. Mieliśmy dobrą prognozę pogody więc następnego dnia podnieśliśmy kotwicę.

Był ładny poranek z lekkimi chmurkami na niebie. Płynęliśmy na silniku wzdłuż Zatoki Cartageńskiej patrząc na wieżowce w Boca Grande, nowoczesnej i luksusowej dzielnicy miasta. Gdy minęliśmy Boca Chica, południową cieśninę łączącą zatokę z Morzem Karaibskim, postawiliśmy żagle, zgasiliśmy silnik i zaczęliśmy wsłuchiwać się w plusk wody i świst wiatru. Płynęliśmy przez kilka godzin i po południu zarzuciliśmy kotwicę po zawietrznej stronie Wysp Rosario. Postanowiliśmy poczekać tu parę kolejnych godzin aby nie dopłynąć na San Blas nocą. Archipelag nie był dobrze skartowany, a rafy koralowe stanowiły realne zagrożenie. Po późnej kolacji byliśmy gotowi znów postawić żagle.

Płynęliśmy całą noc z wiatrem utrzymując niezłą prędkość. Poranek przywitał nas ciemnostalowym niebem i miałem wrażenie że zaraz zrobi się nieciekawie, na szczęście moje obawy się nie spełniły.
- Mamy rybę! - nagle usłyszałem podekscytowany głos Sundy. - Pomóżcie mi! - Zaczęliśmy zwijać żyłkę i w końcu ją zobaczyliśmy, całkiem spory tuńczyk. Walczył zawzięcie o życie nurkując głębiej ale byliśmy silniejsi. Po dziesięciu minutach jedyne co zostało z tego stworzenia to dwa pysznie wyglądające filety. Jeden gatunek zjada drugi, najbardziej prozaiczny aspekt życia, od jego zarania na tej planecie.

Mural w Cartagenie Kolumbia
Mural w Cartagenie
Gdy skończyłem swoją nocną wachtę zasnąłem szybko w koji, a gdy wstałem po kilku godzinach dosłownie wbiegłem na kokpit. Widok archipelagu powalał. Wyspy, wysepki, wysepeczki. Było ich wszystkich około trzysta sześćdziesiąt i wiele z nich mogliśmy podziwiać na lewej burcie. Niektóre duże, pokryte namorzynami, inne maleńkie z kilkoma palmami kokosowymi i otaczającą je plażą, tak małe że możnaby je obejść w minutę albo i mniej. Jak w kreskówkach. I rafy koralowe, widać je było doskonale przez czystą szmaragdową wodę.

Studiowałem na uniwerku geografię, ale jakoś nazwa San Blas obiła mi się pierwszy raz o uszy całkiem niedawno. Po odkryciu ich istnienia, wciąż wyobrażałem sobie typowe karaibskie wyspy, z miastami i portami, hotelami i samochodami. San Blas było zupełnie inne. Czułem się bardziej jakbym dotarł na odległe atole Pacyfiku. Niektóre wyspy miały kilka prostych chatek do wynajęcia, kilka szopek zadaszonych palmowymi liśćmi, może jakiś bar czy sklepik. W całym archipelagu były może dwa miasteczka, gdzie miejscowi prowadzili nieco bardziej nowoczesne życie. Reszta nie zmieniła się za wiele od wieków.

Wyspy zasiedlone były przez rdzenny lud Kuna. Indianie ci łowili ryby i owoce morza, zbierali kokosy i wymieniali je na inne dobra z mieszkańcami stałego lądu oraz z żeglarzami. O ile faceci nosili zachodnie spodenki i podkoszulki, kobiety wciąż wolały tradycyjne kolorowe suknie i koraliki na łydkach. San Blas posiadało autonomię wewnątrz Panamy i miejscowi stanowili swoje własne prawa w Kuna Yala, jak brzmiała nazwa archipelagu w ich języku. Było to nie tylko piękne, ale doprawdy egzotyczne miejsce.

Zarzuciliśmy kotwicę pomiędzy dwoma wyspami w grupie Chichime, było tam jednak mało miejsca i gdyby zmienił się wiatr moglibyśmy wylądować na plaży, przenieśliśmy się więc za większą z bliźniaczym wysepek. Wieczorem mieliśmy gości na kolację, dwóch Hiszpanów których Sundy i Paul poznali wcześniej. Lorenzo i Mario pływali po San Blas łodzią Lycka, na którą zabierali od czasu do czasu turystów by zarobić na chleb. Kolacja była na mój koszt, a raczej na koszt morza, ja tylko upichciłem coś z tych filetów z tuńczyka. W kambuzie pojechałem zupełnie freestyle'owo improwizując z przyprawami jak jazzman na trąbce. Wyszedł z tego smaczny, inspirowany Azją posiłek. Nazwaliśmy go Zupa Chichime.

Z rana popłynęliśmy na południe na Dog Island gdzie stara kanonierka leżała zatopiona tuż obok plaży. Idealne miejsce do nurkowania. Koralowce o różnych wymiarach i kształtach pokrywały dno wokół nas a wrak był domem dla wielu gatunków ryb lśniących wszystkimi możliwymi kolorami. Pogoda nie mogła być bardziej karaibska, słoneczna i gorąca z morzem tak ciepłym że nie przynosiło odświeżenia. Na szczęście wiała lekka bryza.

Z Dog Island przerzuciliśmy się w to samo popołudnie na Banedup kilka mil na północny wschód gdzie zarzuciliśmy kotwicę na noc. Następnego poranka, gdy znów pluskaliśmy się i nurkowaliśmy, Paul wypatrzył ośmiornicę chowającą się pomiędzy rafami. Łowienie z kuszą było na San Blas zabronione, skonstruował on więc na prędce prowizoryczny hak by upolować to dziwaczne ale jakże pyszne stworzenie. Paul wciąż ulepszał swój wynalazek i po godzinie czy dwóch zabawy w chowanego w końcu upolował nam kolację.

Gdy ośmiornica znalazła się już na pokładzie, Paul zadał jej śmiertelny cios po czym wyrwał jej dziób. Następnie obtłukliśmy jej cielsko o pokład, ponoć był to sposób na zmiękczenie jej mięsa. Żadne z nas nie miało doświadczenia w przerabianiu ośmiornicy na posiłek, znów improwizowaliśmy. Po południu podnieśliśmy kotwicę i pożeglowaliśmy dalej na południe by spotkać się z kolejnymi znajomymi Paula i Sundy. Philip i Monica czekali na nas na Los Grullos na swym katamaranie Miss Molly.

- Zalecana trasa według przewodnika Bauhausa* wiedzie wokół tej wyspy, - Paul wskazał wysepkę jakieś trzydzieści stopni na lewą burtę, - ale wszystkie mapy wskazują że jest wystarczająco głęboko pomiędzy wyspami. Popłyniemy na wprost, będzie krócej.
- Może powinniśmy schować kil - zapytałem.
- Oczywiście! Tu jest rączka, możesz to zrobić?
Zacząłem wsuwać kil przy pomocy hydraulicznego lewarka. Po wykonaniu zadania przeniosłem się na dziób by obserwować głębokość. Płynęliśmy powoli na silniku w kierunku kanału pomiędzy dwiema wysepkami. Skanowałem dokładnie dno które doskonale było widać, wyglądało jednak na wystarczająco głęboko by bezpiecznie przepłynąć.

- Na prawo! Na sterburtę!!! - chwilę później krzyknąłem ile sił. - Grzyb z koralowca!
Bum! Za późno, utknęliśmy. Fale rzucały nas rytmicznie o rafę, czuło się jakbyśmy na niej zawiśli. Paul podniósł ster i wcisnął gaz na maksa, ale niewiele to dało. Nagle kątem oka zobaczyłem gościa gnającego bączkiem w naszą stronę. Po chwili pchał nas najmocniej jak mógł, silnik mu wył kopcąc niemiłosiernie. Hrrrrr, zazgrzytało i… byliśmy wolni. Spojrzałem Paul'owi w oczy, Paul spojrzał na mnie, na koniec Sundy zerknęła na nas obu. Wyglądaliśmy jakbyśmy ujrzeli ducha. Właściwie oczami mojej wyobraźni to widziałem ducha, ducha Arbutusa. Jedynie pusty kadłub leżący na boku, obmywany falami, jak wrak jachtu który widzieliśmy wcześniej na Chichime. Tym razem Arbutus miał szczęście.

Podążyliśmy za bączkiem i dowiedziałem się że facet który nas uratował to Philip z Miss Molly. Zarzuciliśmy kotwicę wciąż nieco rozdygotani i Paul od razu zanurkował by sprawdzić uszkodzenia. Niewielkie zadrapanie na kadłubie i zmiażdżone dwie plastikowe podkładki na ośce steru. Ich wymiana zajęła nam pół godziny. Musieliśmy to zrobić od razu, oddzielały one stalową ośkę od aluminiowego steru, a te dwa metale się nie lubią, szybka korozja gwarantowana. Ten wieczór spędziliśmy na Miss Molly zaproszeni przez Philipa i Monikę. Przynieśliśmy ze sobą gulasz z ośmiornicy który upichciła Sundy, byliśmy to winni Philipowi, w końcu nas uratował na rafie.

Spędziliśmy na Los Grullos cały następny dzień po czym popłynęliśmy na Holandes gdzie zarzuciliśmy kotwicę na noc. Pogoda się mocno zmieniła, ciężkie chmury spowiły całe niebo. Znów ponurkowaliśmy i pobyczyliśmy się na jednej z wysp, następnie postawiliśmy żagle i popłynęliśmy zobaczyć kawałek cywilizacji. Nargana była miasteczkiem z prawdziwego zdarzenia z jednym czy dwoma sklepikami, małą restauracją, murowanymi domami, a nawet darmowym publicznym wifi. Wyglądało jak typowa latynoska wioska czy miasteczko, z tą różnicą że położona była na dwóch wyspach połączonych mostem dla pieszych. No i nie było tu samochodów. Kupiliśmy nieco świeżych owoców i warzyw, ponoć dowożonych tu na małych łodziach towarowych z Kolumbii i zamieniliśmy Narganę na Green Island która była świetnym schronieniem. Po południu zaczęło nieźle wiać.

- Hej Paluch, wiem że umówiliśmy się iż spędzimy na wyspach z góry określony czas, ale jest tu tak pięknie że chcielibyśmy zostać dwa dni dłużej. Czy miałbyś coś przeciwko? - już miałem odpowiedzieć ale Sundy kontynuowała. - Wiemy że jesteś teraz spłukany, spoko, nie chcemy od ciebie żadnej kasy za te dodatkowe dni.
- Ha - uśmiechnąłem się, - nie ma problemu, San Blas jest zajebiste!
- Myśleliśmy też by paszporty podbić w Portobelo a nie w Porvenir, mają tam urząd imigracyjny. I tak chcieliśmy stamtąd załatwiać formalności związane z przejściem przez kanał.
- Portobelo… - zerknąłem na mapę. - Wow, stąd miałbym dużo bliżej do granicy z Kostaryką. Jak dla mnie idealnie, z Carti mógłbym mieć niewielki ruch. Jak najbardziej za!
Bez dwóch zdań, dobrzy ludzie.

Z Green Island udaliśmy się na zachód do Cambombia gdzie Charlie i Karen, małżeństwo z Wisconsin, wyczekiwali nas na swojej przepięknej łodzi Changing Tides. Kolejni znajomi załogi z Arbutusa. Zjedliśmy kolację, wypiliśmy kilka piw i posłuchaliśmy żeglarskich opowieści. Ta parka żeglowała już kawał czasu. Po nocy na Cambombia wróciliśmy na Chichime. Zrobiliśmy małą szybką pętlę wokół jedynie niewielkiej części San Blas. By zobaczyć całość, odwiedzić wszystkie kotwicowiska, postawić nogi na większości wysp potrzebowalibyśmy spędzić tu miesiące, może nawet lata. I niektórzy tyle tu spędzili.

Ośmiornica na jachcie San Blas Panama
Ośmiornica w końcu na pokładzie
Na Chichime mieliśmy naszą ostatnią noc na archipelagu i razem z Mario z Lycka poszliśmy na piwo do miejscowego baru. Była to jedna z najpopularniejszych wysp i oprócz baru były tam chatki do wynajęcia i kemping. Zabawnie było wracać na łajbę bączkiem nieco podchmielony i uchachany. Miałem niemal ochotę pośpiewać. Na szczęście się powstrzymałem, do utalentowanych nie należałem.

Postawiliśmy żagle zaraz po śniadaniu i popłynęliśmy na zachód zostawiając ten kawałek raju za nami. Po południu zakotwiczyliśmy przy Isla Grande gdzie przywitał nas ryk wyjców.** Dotarliśmy do Zatoki Portobelo około południa następnego dnia. Mijaliśmy wiele łodzi na kotwicy, niektóre wyglądały jakby nie podniosły jej od lat. Ja byłem gotowy zarzucić naszą, ale Paul płynął dalej, mijając jachty jeden za drugim.
- Jeszcze nie, jeszcze nie - powtarzał, a ja zacząłem rozpoznawać litery na szyldach na lądzie.
- Dlaczego tak blisko? - zastanawiałem się.
- Zobaczysz. Okej, teraz! - poczekaliśmy chwilę po czym sprawdziliśmy czy trzyma. Po wszystkim Paul wyciągnął swój telefon. - Zobaczmy jakie wifi tu mamy… Casa Congo… A, tam! Idziemy na kawę.
- Ha ha, mam cię cwaniaku, nie ma nic lepszego niż darmowe wifi na pokładzie!
- Dokładnie - Paul potwierdził z dumą w głosie.

Przeszliśmy się po mieście po zakończeniu kawowej misji, była to bardzo stara miejscowość, którą według legendy założył sam Krzysztog Kolumb. Był tam budynek Aduany, starego urzędu celnego, wiele fortyfikacje wewnątrz i dookoła miasteczka oraz kościół z rzeźbą Czarnego Chrystusa. Portobelo to kawał historii, historii pełnej konkwistadorów i złota wywożonego stąd na Stary Kontynent, a także piratów i ich ciągłych prób zdobycia tego złota. Kapitan Morgan, jeden z najsłynniejszych z nich wszystkich, nawet podbił miasto w 1668.

W mieście trwała właśnie feta, Festiwal Diabłów i Kongo, podczas którego wielu mieszkańców przebranych było za diabłów. Głośna muzyka akompaniowała tańcom i racom, od czasu do czasu jeden z diabłów smagał batem białych turystów. Była to słodka zemsta za lata niewolnictwa, większość miejscowych była potomkami przywiezionych tu Afrykanów. Musiałem się więc mieć na baczności.

Urząd imigracyjny został otwarty po zakończeniu świętowania i czas było w końcu wypisać się z łódki. Oficer zapytał mnie o bilet, sprawdził na nim wszystkie dane i podbił mi paszport dopisując coś przy pieczątce. Gdy dostałem go z powrotem zerknąłem zaciekawiony na pieczątkę. Dopisek był krótki: "10.10." Okej, zegar zaczął tykać, czas uderzyć w trasę. Od tego momentu miałem siedemdziesiąt dwie godziny by opuścić Panamę. Uściskałem Paula i Sundy i poszedłem szukać mojego pierwszego stopa w Ameryce Środkowej.

Pierwszego lifta miałem w jakieś pół godziny, zabrał mnie pickup zbierający złom. Potem osobówka zabrała mnie na krzyżówkę w Sabanitas. Gdy stałem przy McDonaldzie fala kolorowych motyli przeleciała nad drogą. Były ich setki, może tysiące i migrowały na południowy wschód. Po chwili zabrała mnie ciężarówka bezpośrednio do Panama City. Miasto zaskoczyło mnie nieco, dziesiątki drapaczy chmur wypełniały horyzont. Wyglądało to jak jakieś Miami.

Zabrało mi trochę dotarcie do dworca autobusowego gdyż wysiadłem na przedmieściach. Musiałem dotrzeć do La Chorrera gdzie autostrada zamieniała się w coś bardziej przyjaznego autostopowiczom, więc wskoczyłem do starego amerykańskiego szkolnego autobusu wymalowanego jaskrawymi farbami i gdzie głośna muzyka lała się z zainstalowanych wewnątrz wielkich głośników. Używano ich w całym kraju jako komunikacja miedzymiastowa, szczególnie na krótszych dystansach.

Noc nastała szybko i spędziłem ją na stacji benzynowej znów za zgodą przyjaznego pracownika. Zajęło mi kilka godzin złapanie pierwszego stopa, po dwóch kolejnych dotarłem do Santiago wczesnym popołudniem. Musiałem podrałować trochę z buta by znaleźć jako taką miejscówkę, która i tak nie działała za dobrze przez pierwszą godzinę czy dwie. W końcu zatrzymał się samochód z rodzinką w środku.
- Jedziemy do Tole - krzyknęli wszyscy chórem.
- Nie mam pojęcia gdzie to, ale nieważne - załadowałem się szybko do środka.

Najpierw roboty drogowe potem dziury w asfalcie sprawiły że przemieszczaliśmy się dość wolno. Kobieta za kółkiem, która była matką dwóch nastoletnich synów, nie była z początku zbyt rozmowna, ale stopniowo zaczęła być ciekawa co facet z Polski robił w Panamie. Miałem mnóstwo czasu by opowiedzieć jej swoją historię. Gdy dojechaliśmy do zjazdu na Tole, właśnie się ściemniało.
- A jak cię nikt dzisiaj nie zabierze to gdzie będziesz spał?
- Jeszcze nie wiem - rozejrzałem się, - może na tym przystanku.
- Wariat z ciebie!
Uśmiechnąłem się i poszedłem zapytać drogowców kładących nowy asfalt, czy mógłbym się przekimać na przystanku obok. Nie mieli nic przeciwko. Nagle zobaczyłem jak auto które mnie tu przywiozło zawraca.
- Trzymaj, nie chcę byś chodził głodny.
- Nie nie, nie trzeba!
- Trzymaj!
Zostałem z piętnastoma dolarami w dłoni.

Potrzebowałem tylko dwa stopy z rana by dotrzeć do granicy. Jedna pieczątka, druga pieczątka i byłem w Kostaryce. Niewiele później dotarłem do Ciudad Neily. Zacząłem kręcić się po miasteczku, które miało zupełnie odmienny klimat w porównaniu z Panamą. Było czysto i schludnie, wszystko wydawało się jakoś bardziej zorganizowane. Autobusy nowoczesne i zupełnie ciche, lokalne puby pełne ludzi sączących kawę lub piwo w ciągu dnia. Czułem się tu zupełnie inaczej, czułem się jakoś europejsko.

Rozbiłem się tej nocy w Golfito na wybrzeżu i około południa wróciłem do Ciudad Neily, gdzie mogłem korzystać z internetu w uniwersyteckiej bibliotece. Zostałem kolejną noc w tym pięknym ale strasznie drogim kraju i pojechałem z powrotem na granicę. Po kostarykańskiej stronie zapłaciłem osiem dolarów podatku wyjazdowego. Imigracyjni z Panamy zapytali mnie znów o bilet, miałem kolejną fałszywkę z Copa Airlines, a także o gotówkę na własne utrzymanie. Wyciągnąłem garść zielonych, głównie banknotów jednodolarowych owiniętych w dwudziestkę. Przeszło. Na koniec zapłaciłem dwa dolce gminnego podatku i byłem z powrotem w Panamie. Tylko tym razem mogłem zostać sześć miesięcy i kosztowało mnie to łącznie dychę. Sto pięć dolarów? Pieprzcie się.

Stop w przeciwną stronę działał nie wiedzieć czemu znakomicie, zmieniałem samochody jak rękawiczki. Jeden z kierowców był Kolumbijczykiem który mieszkał w Panamie od ponad dziesięciu lat. Gdy powiedziałem mu że właśnie co przyjechałem, byłem prawie bez grosza i szukałem pracy, zaprosił mnie na coś do żarcia, a na koniec wcisnął mi dwadzieścia dolarów dodając: "Gdy pierwszy raz tu przyjechałem byłem w identycznej sytuacji." Fair play!

Gdy wysiadłem w Portobelo udałem się od razu do Casa Vela, miejsca prowadzonego dla żeglarzy i przez żeglarzy. Właścicielami była para z Niemiec, która tu przypłynęła przed kilkoma laty. Po zarzuceniu kotwicy w Panamie Ray otworzył warsztat gdzie naprawiał żagle, a Birgit miała mały bar z najtańszym piwem w mieście. Od czasu do czasu można było zjeść obiad albo załapać się na grila. Był to ich sposób na utrzymanie się i odłożenie na Pacyfik.

Poznałem ich wcześniej z Sundy i Paulem i od razu zauważyłem że wiedzieli o wszystkim co się działo w okolicy. Planowałem poszukać pracy na łodziach zabierających turystów na San Blas lub do Kolumbii. Alejandra, dziewczyna Lorenzo pracowała na jednej z takich łajb i była bardzo zadowolona. Prędzej czy później większość łodzi zawijała do Portobelo by się zaprowiantować. Najpierw jednak musiałem znaleźć jakąś bazę, zostało mi sto dolarów, nie byłem tak spłukany od lat. Birgit wspomniała że jest w mieście jeden hostel gdzie się udałem tego samego wieczoru. Zaledwie dziesięć minut rozmowy z właścicielem wystarczyło by dobić targu. Miałem zacząć pracować jako wolontariusz następnego dnia. Znaleźć bazę, odhaczone!

Captain Jack's Hostel był prowadzony, jak można się domyślić, przez Kapitana Jack'a. Był to zabawny koleś, trochę jak pirat, z siwymi włosami związanymi w kitkę i donośnym śmiechem. Hostel pełen był flag z trupimi czaszkami i innych pirackich parafernalii. Jack przypłynął tu przed kilku laty z New Jersey i zarzucił kotwicę na dobre. Miejsce to nie było tylko hostelem dla backpackerów, ale również restauracją z barem, dość drogą trzeba przyznać. Dość dziwne połączenie, ale działało.

Portobelo zaskakiwało mnie dość regularnie. Gdy pierwszy raz tu przypłynąłem poznałem Artura, chłopaka z Polski ściągniętego do Panamy by pomógł na łodzi. Wkręcił się niestety w dragi i zamienił w Arturo, którego wszyscy tu znali bo zawsze prosił o dolara. Podobnie jak kilku innych miejscowych obiboków. Jakiś czas później poznałem Beatę, kolejną rodaczkę, która miała tu swoją łódkę i zabierała nią czasami turystów. Siedzieliśmy raz w Casa Vela popijając piwo gdy wspomniała ona o Mikołaju, jeszcze jednym polskim żeglarzu.

- Ludzie znają go tu jako You You - dodała.
- Czekaj czekaj, You You? Brzmi znajomo. - Nie mogłem zajarzyć skąd znam tą ksywę, mieląc ja wciąż w głowie.
- To od jego pierwszej łajby.
- You You, łajba, Mikołaj… Nie no pierdzielisz, oni mieli tego bloga, on i jego dziewczyna Patrycja. Jak on się zwał… aroundtheworld.pl. Ten blog mnie zainspirował by spróbować jachtostopu.
- Oni już nie są razem, Patrycja wróciła do kraju.
- Wiem, wysłałem jej maila z prośbą o poradę kilka lat temu. To było jak znalazłem pierwszą łódkę. A może drugą. Bardzo mi pomogła.
- Pewnie poznasz Mikołaja niedługo, jest skiperem na jednej z łodzi pływającej do Kolumbii i z powrotem. Jest w Portobelo jakoś co dziesięć dni.
- Zajebiście! You You, ja cię kadzę… - wciąż kręciłem głową niedowierzając.

Po mniej więcej tygodniu spotkałem się znów z Paulem i Sundy i tym razem wylądowałem na pokładzie Arbutusa. Miałem dwa dni wolnego a oni potrzebowali kogoś do pomocy przy przejściu przez kanał. Według przepisów każda mała łódź przepływająca przez śluzy musiała mieć oprócz kapitana czterech tak zwanych line handlerów, czyli pomocników przy obsłudze lin. Byłem więc ja i Sundy i dołączyli do nas Lorenzo z jego dziewczyną Alejandrą.

Po południu dotarliśmy na kotwicowisko Flats niedaleko miasta Colón, które znajdowało się tuż przed wejściem do kanału. Jak tylko dołączył do nas pilot podpłynęliśmy bliżej na silniku, dowiązaliśmy się do innej żaglówki i wpłynęliśmy razem do pierwszej śluzy tuż za wielkim kontenerowcem. Teraz zadanie należało do nas, line handlerów. Musieliśmy tak operować linami przywiazanymi do ścian śluzy, by przez cały czas gdy podnosiła się woda pozostawać od nich w bezpiecznej odległości. Powtórzyliśmy cały proces jeszcze dwa razy i zacumowaliśmy na noc na Jeziorze Gatun.

Z rana miałem ochotę odświeżyć się w jeziorze, mimo iż było ono domem aligatorów, jednak kolejny pilot pojawił się bardzo wcześnie. Przepłynęliśmy na silniku całe jezioro i kanał, co zajęło nam pół dnia, a na koniec znowu przeszliśmy przez trzy śluzy, tym razem opadając coraz niżej w każdej komorze aż dotarliśmy do poziomu morza. Witajcie na Pacyfiku! Sundy i Paul byli bardzo szczęśliwi, teraz mogli płynąć spokojnie w stronę Australii. Dla mnie czas było wracać do Portobelo, obowiązki wzywały.

Praca w hostelu sprawiała mi ogromną frajdę. Właściwie to nie wiele było roboty związanej z hostelem, byłem bardziej barmanem, czasem też kelnerem. Uwielbiałem klimat tego miejsca. Jeff, który był menedżerem, miał tą zrzędliwą, "mam na wszystko wyjebane" pozę, ale zawsze odgrywaną z wielkim bananem na twarzy. Zacząłem go naśladować i szybko zacząłem być zuchwały z klientami. Ktoś na przykład zapytał: "macie zimne piwo?" a ja na to: "grr, zimne piwo? Dlaczego miałbym mieć zimne piwo?" Banan. Ludzie to uwielbiali, w końcu był to piracki bar.

Jedzenie było drogie, ale za to wyśmienite, było bardziej adresowane do żeglarzy niż do klienteli hostelu. Mieliśmy trzy kucharki. Angelica, była miejscową dziewczyną, Francis pochodziła z Dominikany, a Madu była aż z Kamerunu. Miałem tylko jeden darmowy posiłek, ale dziewczyny z kuchni zawsze o mnie dbały. Jak w każdej restauracji bywały jakieś resztki, złe zamówienia i tak dalej. Wydawałem właściwie tylko na śniadania.

Sam Jack był prawdziwie rozrywkowym gościem. Czasami rozstawiał on swój zestaw do karaoke i śpiewał. A śpiewać to on potrafił! W tym momencie Angie, córka Madu, najczęściej zaczynała tańczyć z Parrandą, psem Jack'a. Niezły show. Nieraz może brakowało organizacji, rejestracja gości odbywała się na kawałku papieru, podobnie z zamówieniami czy nawet z nie zapłaconymi rachunkami. Jednego wieczoru chciałem zapłacić za wszystkie wypite dotąd piwa. Zapytałem Jack'a czy widział mój rachunek, nie mogłem go znaleźć. Jack wzruszył tylko ramionami dodając: "zapłać ile możesz." Tak też zacząłem robić. Niech żyją piraci!

Pewnego dnia poznałem w końcu Mikołaja czyli You You. Miał na głowie długie dredy, zaraźliwy uśmiech na twarzy i atmosferę pokoju i miłości wokół siebie. Polski Rasta.
- Znam cię z twojego bloga - od razu wypaliłem.
- O kurcze, to było wieki temu, ale fajnie słyszeć że ktoś to czytał.
- Oj i to nie raz. Może właśnie dzięki temu blogowi jestem tu teraz. Więc dzięki stary!
Obaj się uśmiechnęliśmy i zamówiliśmy kolejne piwo.

Niedługo potem poznałem też Miro, kolejnego żeglarza z Polski. Była też ukraińska parka Lena i Leo, szalony Rosjanin Vito, Francuz Ramon, szkocki Alan, Dave z Irlandii, Brian od biżuterii… W Portobelo była masa ciekawych osobistości, głównie ludzi morza. Jednego wieczoru jakiś koleś podzielił się swoją historią. Przed kryzysem z 2008 amerykańskie banki rozdawały kredyty hipoteczne nie tylko na nieruchomości, ale również na jachty. Zapłacił on pierwszą ratę, popłynął do Panamy, zmienił nazwę i numery łajby, zrobił sobie na nią lewe papiery i na koniec pokazał bankowi środkowy palec. Jeśli ta historia była prawdziwa to był on prawdziwym piratem!

Dni mijały i coraz bardziej wyglądało na to iż nie znajdę pracy na łodzi. Gdy wspomniałem Jeffowi, że planuję przenieść się do stolicy w poszukiwaniu płatnej pracy, powiedział mi że spróbuje przekonać Jack'a by zaczął mi płacić wynagrodzenie. Potem powtórzyła to Lorena, dziewczyna Jack'a. I wkrótce udało im się. Byłem mega happy, że nie musiałem szukać niczego innego. Uwielbiałem tą robotę. I od tego momentu oddałem jej się jeszcze bardziej. Przetłumaczyłem wszystkie menu na hiszpański, poszukałem z Jeffem przepisów na nowe drinki, stworzyłem kartę z koktajlami, ba, nawet pojechałem do Panama City kupić porządne szklanki. Chciałem by moje margarity wyglądały bardziej elegancko.

W barze miałem zupełną wolność, eksperymentowałem więc i często robiłem to z Loreną. Czasem pojawiała się wieczorem nieco wypita i rzucała: "Paluch, przygotuj mi coś nowego!" Jednej nocy, metodą prób i błędów stworzyliśmy naprawdę pysznego drinka. "Jak go nazwiemy?" pojawiło się pytanie. Było dwóch współtwórców, jeden z Polski, drugi z Kolumbii. I tak narodziła się Polombia. Umieściliśmy tę nazwę od razu na tablicy ze specjalnymi ofertami. Z rana oboje spojrzeliśmy na tablicę. Zonk! Co było w środku? Wypiliśmy sporo podczas eksperymentowania. Zajęło nam pół dnia odtworzenie tej receptury.

Szymon Kuczyński mały jacht Atlantic Puffin
Szymon i jego niewielki Atlantic Puffin
Któregoś poranka dostałem maila od Patrycji z Polski. Co za niespodzianka, akurat poznałem jej byłego chłopaka. Chciała bym pomógł jednemu żeglarzowi z kraju który właśnie płynął do Portobelo. Szymon był w trakcie samotnej wyprawy dookoła świata na maleńkiej łódce zwanej Atlantic Puffin. Miała ona jedynie sześć i pół metra, i co najważniejsze, nie miała w ogóle silnika. Szymon był nie najlepszy w językach obcych, a potrzebował pomocy przy formalnościach z przejściem przez kanał.

Poznaliśmy się osobiście kilka dni później i od razu zadzwoniłem do agenta, którego poznałem wcześniej. Problem polegał na tym że silnik był wymagany by przepłynąć przez kanał. Agent nie był jeszcze pewien jak to załatwić. Wiedzieliśmy już ze zajmie to więcej czasu, nie mogliśmy tak po prostu siedzieć i czekać. I nie siedzieliśmy. Za każdym razem jak miałem wolne robiliśmy sobie wyprawę po dżungli. Jak byłem w pracy, Szymon wpadał do baru i sączyliśmy razem Guinnessa motywując się nawzajem do napisania czegoś na naszych stronach internetowych. Mnie się bardziej udawało. Wysiłek Szymona działał na mnie odwrotnie, zamiast usiąść przed komputerem sięgałem po następnego Guinnessa i zaczynałem żartować z klientami. O ile jakichś miałem, bar był dość pusty w tym okresie.

Agent czasem nie odbierał telefonów, czasem pojawiał się z jakimiś dziwacznymi pomysłami, ale ostatecznie zorganizował silnik od bączka, który zainstalowany został na improwizowanym drewnianym uchwycie na rufie. Przepłynąłem kanał z Szymonem i był to już mój czwarty raz gdyż że dorabiałem sobie jako line handler. Niesamowite było widzieć Szymona w akcji. Potrzebował on zaledwie kilku sekund by przeanalizować wiatr, prądy i fale po czym znał już swoją trasę, wiedział jak ustawić żagle i ile musiał zrobić halsów. Żeglarz z prawdziwego zdarzenia. Widzieliśmy się ostatni raz w Panama City po przejściu przez kanał i wkrótce popłynął on dalej w stronę Polinezji.

Tygodnie mijały jak dni, miesiące jak tygodnie. Sześć miesięcy mojego bezwizowego pobytu prawie minęły, czas było więc znów jechać do Kostaryki by go odnowić. Tym razem miałem kompana. Felipe był chilijczykiem którego poznałem w Ekwadorze. Studiował on produkcję filmów dokumentalnych i przeniósł się do Panamy by zrobić kilka projektów, spotkaliśmy się więc najpierw na kilka drinków w jego mieszkaniu w stolicy, a potem odwiedził mnie u Jack'a gdzie obejrzeliśmy razem mecz Chile podczas Copa America. Wyprawę zaczęliśmy w La Chorrera i mimo że była nas dwójka, stop szedł jak z płatka. Felipe miał zabawny sposób łapania stopa. Wymachiwał on chilijską flagą szczerząc zęby w wielkim uśmiechu przed nadjeżdżającymi autami. Zrobiliśmy identyczną trasę jaką przejechałem poprzednio sam i zajęło nam to tylko trzy dni.

Jednego dnia Jack oznajmił mi niespodziewanie że nie ma już dla mnie pracy. Był zastój to fakt, ale to nie był jedyny powód. Nagle przestało mu pasować że popijam piwo w czasie pracy i w ogóle że piję od czasu do czasu na jego koszt, co robiłem wcześniej i o czym doskonale wiedział. Nie byłem pewien co spowodowało tę zmianę. Może chodził naburmuszony bo odstawił alkohol, nie widziałem go ostatnio ze swym porannym piwem w ręku. Spekulacje, nigdy się nie dowiem i nie miało to właściwie znaczenia. Czas było ruszyć dalej. Bez urazy. I właśnie tych słów użył Jack gdy się żegnaliśmy.

Z początku myślałem przenieść się do stolicy, ale powiedziano mi że szukają kogoś w Casa Vela. Birgit chciała mieć bar otwarty do późna by więcej zarobić, do tej pory zamykali o piątej, góra szóstej. Układ był nie najgorszy, mogłem tam mieszkać, dostałem odsetek od sprzedaży i posiłek lub dwa. Po pierwszym dniu zdałem sobie sprawę że biznes się słabo kręci, potrzebowałem ściągnąć więcej klientów. Wkrótce miałem w ofercie tosty w czterech różnych smakach. Jak tak piwo bez przekąski?

- Cześć Paluch, jak leci? - przywitał mnie któregoś poranka André ze swym mocnym akcentem z Quebecu. - Słuchaj, mógłbyś mi zrobić stronę internetową? Potrzebuję stronkę by rozreklamować moje wycieczki na San Blas. Muszę zdobyć więcej klientów. Dobrze zapłacę.
- Jasne, coś jestem w stanie przygotować. Masz jakiś pomysł na jej wygląd, jakieś kolory które chciałbyś użyć?
- Nie mam pojęcia, zostawię to tobie. Ja nie wiem nawet jak założyć konto na Facebooku - zaśmiał się.
- Okej, przygotuję jej wstępną wersję i zobaczymy czy ci się podoba. Potem popracujemy nad szczegółami.

André był jednym z wielu żeglarzy zabierających turystów na San Blas. Jego oferta zaskoczyła mnie, nie wiedziałem dlaczego zapytał właśnie mnie. O ile wiedziałem bardzo niewiele o projektowaniu stron, zawsze mogłem użyć jedną z darmowych platform które miały gotowe szablony. Używałem ich wcześniej. W Casa Vela miałem swoich stałych klientów zawsze chętnych na piwo i tosta, ale nigdy nie było zbyt wielkiego ruchu. Mogłem posiedzieć nad stroną internetową w czasie pracy. Ekstra gotówka była zawsze mile widziana.

Po tygodniu strona była gotowa i zapłacono mi więcej niż na początku ustaliliśmy. Zajebioza! Portobelo było małą mieściną, a tutejsza społeczność żeglarska jeszcze mniejsza. Informacje, podobnie jak plotki, roznosiły się moment. Tego samego tygodnia inny koleś, tym razem z Iranu, wyskoczył z podobną prośbą, zaprojektować mu stronę. To dało mi do myślenia. Co jakbym nauczył się więcej na temat projektowania i programowania? Jakbym potrafił stworzyć cokolwiek ja lub jakikolwiek przyszły klient sobie wyobrazi. Mógłbym zacząć mały podróżny biznes. To dało mi naprawdę do myślenia.

Druga strona internetowa nigdy się nie zmaterializowała, łódź Irańczyka wylądowała na jednej z plaż San Blas podczas złej pogody. W tym samym czasie zdałem sobie sprawę że spędziłem już w Panamie prawie osiem miesięcy. Chęć ruszenia w trasę zaczęła we mnie narastać i wkrótce byłem gotowy na pożegnania.

Poszedłem do Kapitana Jack'a zobaczyć się z Jeffem, dziewczynami z kuchni no i z samym Jack'iem. Życzyłem wszystkiego najlepszego Lenie, Leo i Vito, z którymi ostatnio spędzałem sporo czasu. Uściskałem mocno Vivi i Cristobala, brazylijsko-chilijską parkę, która często mnie odwiedzała w barze i wszystkich których udało mi się tego dnia spotkać. Najmocniejszy hug*** był dla Raya z Casa Vela. Spędziliśmy z Rayem wiele wieczorów sącząc piwo i rozprawiając o życiu. Wysłałem też wiadomość Birgit która była w tym czasie w Niemczech.

Wszystkie te pożegnania zajęły trochę czasu i zaczęło się robić późno, wziąłem więc autobus do Sabanitas. Spojrzałem na fortyfikacje Portobelo po raz ostatni. Wybudowano je by chronić miasto przed piratami, ale ich nowoczesne wersje wciąż się kręciły w okolicy. Miałem z nimi wiele wspólnego, mogłem zarzucić kotwicę gdziekolwiek mi pasowało i odpłynąć gdy tylko miałem na to ochotę, nigdy nie będąc pewien gdzie znajdę następną przystań.

___
* Przewodnik Bauhausa - najlepszy przewodnik dla żeglarzy pływających po San Blas, z najdokładniejszymi mapami dostępnymi na rynku. Jego pełna nazwa brzmi The Panama Cruising Guide, a jego autorem jest Eric Bauhaus.
** Wyjec - największa małpa w obu Amerykach, słynąca z wydawania głośnych dźwięków.
*** Hug - po angielsku uścisk, przytulaniec.

Laguna Quilotoa w Ekwadorze
- Cześć Aileen!
- Ukrywałeś się draniu! - pacnęła mnie po ramieniu.
- Hahaha tylko trochę.
- Uścisnąłbyś mnie lepiej!

Dobrze było znów ją zobaczyć. Obserwowałem ją przez chwilę z parku obok katedry, nie wyglądała na zdenerwowaną lub wystraszoną. Dokonała tego, przyleciała sama do Peru! Najpierw poszliśmy na bazar na wyżerkę, chciałem by spróbowała tych wszystkich peruwiańskich smakołyków, które zdążyłem poznać. Była zaskoczona miejscowymi cenami, w porównaniu z Chile wszystko było tańsze ze trzy razy. Po obiedzie przekroczyliśmy most nad rzeką Tumbes maszerując w stronę stacji benzynowej. Dzień był duszny i gorący, w przeciwieństwie do reszty peruwiańskiego wybrzeża, istniały tu lasy namorzynowe i fragmenty dżungli. Efekt słabnącego wpływu zimnego Prądu Humboldta.

Pierwszy stop znalazł się w ciągu dziesięciu, może piętnastu minut i była to trzykołowa moto riksza. Na początku stwierdziłem że nie potrzebujemy taksówki, ale młody chłopak za kierownicą machnął ręką dodając: ”Wskakujcie i tak muszę jechać do pobliskiej wioski.” Wow pierwszy lift z chińską rikszą. W Peru! Na drugiego lifta czekaliśmy pół godziny, może godzinę, czas jakby się zagiął gdy rozmawialiśmy na poboczu. Było prawie ciemno gdy wysiedliśmy w Máncorze.

Po kolacji i paru piwach udaliśmy się do hostelu który wcześniej zarezerwowałem. Był to bardziej szereg bambusowych domków niż klasyczny hostel. Miejsce to dopiero co otwarto, basen wciąż był w budowie, ale nie miało to znaczenia, do plaży mieliśmy nie całe sto metrów. Fale było słychać wewnątrz. Aileen przywiozła mały prezent, butelkę dobrego ginu, zaczęliśmy więc świętować ponowne spotkanie Chilijki i szalonego Polaco.

Przez kolejne kilka dni byczyliśmy się na plaży lub szaleliśmy na wielkich falach, próbowaliśmy nowych smaków lub szperaliśmy w sklepach wśród rękodzieł i ciuchów.  Łatwo było stracić poczucie czasu, a Aileen niestety nie miała go za wiele, musieliśmy więc zacząć myśleć dokąd ruszyć dalej. Najpierw rozważaliśmy zahaczyć o miasto Loja na południu Ekwadoru, ale po głębszej analizie zdecydowaliśmy się odwiedzić Lagunę Quilotoa wysoko w górach.

Zaczęliśmy stopować późno i dotarliśmy do Tumbes gdy było już ciemno. Nasz kierowca zasugerował by złapać minibusa do granicy, to było zaledwie kilka kilometrów i kosztowało tyle co nic. Minibusy podjeżdżały i odjeżdżały ale wdrapać się do jednego z nich było wyzwaniem, ludzie niemal zabijali się by się zabrać. Po kilku próbach w końcu znaleźliśmy się w środku upchani jak sardynki martwiąc się o nasze plecaki przywiązane do dachu. Nie wyglądało to na dobre zabezpieczenie, ale nie było innego sposobu.

Pierwszą rzecz usłyszaną z ust policjanta po ekwadorskiej stronie była informacja o tym iż nie można już tu zrobić odprawy paszportowej. Urząd Celny i Imigracyjny przeniesiony został do nowego terminala na obwodnicy miasta i taxi było naszą jedyną opcją o tej porze. Potwierdziliśmy cenę z kilkoma miejscowymi i po chwili wylądowaliśmy w urzędzie. Pieczątki w paszporcie, teraz trzeba gdzieś się przekimać.
- Przepraszam, wie Pan czy możemy się gdzieś tu w pobliżu rozbić z namiotem? - zapytałem jednego z oficerów.
- Em, niech pomyślę... Wiecie co idźcie do tej białej budki na wyjeździe z terminala, dam o was znać kumplowi przez radio. - Po kilku minutach pokazano nam fajny trawnik na namiot.
- Czy jest tu bezpiecznie - zapytałem drugiego oficera.
- Oczywiście, jestem tu przez całą noc - odpowiedział dyskretnie pokazując nam pistolet. - Tutaj jest toaleta jeśli potrzebujecie.
Prawie jak zawsze, grzecznie zapytaj i będzie ci dane.

O poranku zaczęliśmy stopować za rondem na końcu obwodnicy. Po chwili zatrzymał się jeden gościu tylko po to by nam uświadomić że za jakiś kilometr mamy stację benzynową. Ponoć hotel obok którego staliśmy robił za nieoficjalny burdel, nie za ciekawa miejscówka dla autostopowiczów. Na stacji, która miała dużo wyższy standard od tych w Peru, pierwszy stop pojawił się po kilku minutach.

Pobocza wydawały się czystsze a drogi szersze niż po drugiej stronie granicy. Roboty drogowe towarzyszyły nam stale gdyż wiele starych dróg stopniowo zamieniano w dwupasmówki. Nie były one może najbezpieczniejsze, przypominały polską gierkówkę, wiele odcinków nie miało fizycznie oddzielonych pasów ruchu czy wielopoziomowych skrzyżowań, ale zastępowały one stare trasy, które często jeszcze kilka lat temu nie miały nawet asfaltu. W kraju tym trwała największa modernizacja infrastruktury drogowej w historii, przykład tak zwanego ”ekwadorskiego cudu prezydenta Rafaela Correi”, napędzanego petrodolarami.

Wylądowaliśmy w wiosce El Cambio niedaleko miasta Machala i kontynuowaliśmy łapanie za wielkim rondem. Tym razem potrzebowaliśmy kilku godzin by ktoś nas zabrał i wieczorem wysiedliśmy w Virgen de Fatima gdzie znajdowała się stacja poboru opłat. Zapytaliśmy ochroniarzy o miejsce na kemping i zaraz piękny trawnik ze świeżo skoszoną trawą stał się naszym domem. Stacja miała nawet darmowe prysznice. Wypas!

Po śniadaniu poszliśmy na drugą stronę bramek i znów wystawiliśmy kciuki. Dzień miał leniwy charakter, była niedziela. Wkrótce znów byliśmy na tyle pickupa, znów obserwując bezkresne plantacje bananów, Ekwador był ich największym eksporterem na świecie. Po krótkim marszu by wyjść z centrum Milagro czekaliśmy jakąś godzinę by dotrzeć do krzyżówki E25 z E49. Tutaj mieliśmy cały ruch pomiędzy Guayaquil, największym miastem i portem w kraju a stolicą w Quito.

Następny samochód zatrzymał się dosłownie w kilka sekund i dwóch facetów w środku zabrało nas do Quevedo z przystankiem na obiad po drodze. Zostało nam tylko sto kilometrów a słońce wisiało wciąż wysoko na niebie. Po chwili byliśmy po raz kolejny na tyle pickupa otoczeni kiśćmi banana. Płaska droga skończyła się po kilku kilometrach i zaczęliśmy się wspinać na wierzchołki kordyliery. Temperatura spadała z każdym ostrym zakrętem, zaczęliśmy wyciągać z plecaka ciuchy warstwa po warstwie. Wysiedliśmy w wiosce o nazwie Zumbahua na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów. Szczyty wokół pokrywała sucha trawa, wiatr odmroził nam niemal uszy.

Noc spędziliśmy w małym rodzinnym hotelu i z samego rana zaczęliśmy szukać autobusu do Laguny. Jako że nie potrafiliśmy go znaleźć zabraliśmy się jedną z wielu terenówek oferujących turystom transport do tego spektakularnego miejsca. Jak tylko dotarliśmy do krawędzi kaldery, wielkiego wulkanicznego krateru, widok powalił mnie z nóg, okej z pomocą silnego wiatru. Dwieście osiemdziesiąt metrów poniżej znajdowało się jezioro z niemożliwie zielonkawą wodą. Przemieszczające się chmury rzucały szybko wędrujące cienie na powierzchnie wody, wyglądało to jakby mityczni andyjscy bogowie wylewali nową warstwę zielonej farby wciąż i od nowa. Poczłapaliśmy w dół stromego szlaku i nie była to łatwa wędrówka. Nawet z górki było to wyczerpujące, niedostatek tlenu zmuszał nas do przystanku co kilka kroków. Nie chciałem nawet myśleć o powrotnej wspinaczce. Na szczęście mieliśmy ze sobą liście koki.

Po krótkim odpoczynku w hotelu i późnym obiedzie ustawiliśmy nasze plecaki na poboczu licząc na łut szczęścia. Słońce było już nisko, ale ktoś czekał na nas w Quito, postanowiliśmy więc spróbować. Opłaciło się! Pierwszy samochód zatrzymał się a para w środku również jechała do stolicy. Poczęliśmy zjeżdżać do doliny obserwowani przez ogromny, ośnieżony szczyt wulkanu Cotopaxi. Ten gigant miał niemal sześć tysięcy metrów. Zatrzymaliśmy się w mieście Latacunga gdyż parka chciała nam pokazać co jadają miejscowi. Zamówili chugchucaras, mieszankę smażonej na głębokim oleju wieprzowiny, gotowanych ziaren kukurydzy, ziemniaków, smażonych zielonych bananów, empanad, popcornu i skwarków. Ilość tłuszczu jaką zjadłem mogłaby mnie pewnie utrzymać na chodzie przez tygodnie!

Reklama wściekłe psy drink shot w Ekwadorze
Tak reklamowałem wściekłe psy w Ekwadorze
Około ósmej wieczorem wysiedliśmy na starówce w centrum Quito. Zadzwoniliśmy do Carlosa i pomaszerowaliśmy do hostelu którego był właścicielem. Należał on do Couchsurfing, ale poznaliśmy go dzięki Monice, znajomej z Polski która pomogła mi z noclegiem w Rio. Myśleliśmy że jedynie zaczekamy na niego w hostelu i udamy się na jego chatę, ale okazało się że miał dla nas darmowy pokój w tej okazałej rezydencji o nazwie Mía Leticia. Tego samego wieczoru mieliśmy okazję go poznać, ale jako że był to zabiegany facet, nie mogliśmy pogadać za wiele. Niesamowite że robił to wszystko dla nas.

Stare miasto stolicy położone było zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów na południe od równika i była to najlepiej zachowana starówka w obu Amerykach. Quito razem z Krakowem były pierwszymi miastami wpisanymi na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1978 i z wielką neogotycką bazyliką dominującą w krajobrazie, miało ono europejski charakter. Mi szczególnie podobało się to iż agresywna reklama była w centrum zabroniona. Jedynie małe metalowe szyldy były dozwolone, najczęściej w jednym ciemnym kolorze. Nawet międzynarodowe sieci fast foodów musiały się dostosować.

Ostatnie kilka dni wakacji Aileen chciała spędzić na plaży by złapać nieco słońca, postanowiliśmy więc pojechać do Montañity i najlepsze było to że nocleg mieliśmy już nagrany. Monika kupiła tam dom który planowała przerobić na hostel.* Miasteczko to było najpopularniejszą miejscówą na ekwadorskim wybrzeżu i z pewnością mógł to być dobry pomysł. Nie była ona tam obecnie, poleciała do Rio do swego chłopaka Daniela, ale miała dla mnie wolny pokój. Mogłem się tam zatrzymać na dłużej, pomagając nieco wokół domu i spadło mi to jak z nieba gdyż kończyła mi się kasa. Czas było poszukać kolejnej pracy.

Tym razem wzięliśmy autobus, nuda ale nie było wyjścia, złapało mnie jakieś dziwne zapalenie nerek. Chodzenie nawet bez plecaka sprawiało problem. Dom zamieszkiwała Lena, dziewczyna z Rosji i jej dwójka dzieciaków oraz dwie inne pary. Zbudowany był niemal w całości z bambusa i porośnięty pnączami marakuji. Wyglądał cool!

Spędziliśmy z Aileen dzień czy dwa na plaży i pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka Puerto Lopez w poszukiwaniu prezentów, gdzie znalazła hamak dla mamy. Po czym wsiadła ona do autobusu i wróciła do swojej rzeczywistości. Byłem z niej dumny, wyglądała na bardziej pewną siebie uświadomiwszy sobie prawdopodobnie że podróżowanie jest w sumie łatwe. Dla mnie nadszedł czas by wydrukować CV i zacząć rozglądać się za nową pracą. Było w miasteczku dziesiątki hoteli i hosteli, sporo restauracji i barów i kilka dyskotek, jedynym problemem była pogoda, dni zaczęły być szare i mżyste, sezon dobiegał końca.

Kilka dni minęło i pojawiło się zwątpienie, nikt nie szukał pracownika. Musiałem coś wykombinować i w jeden sobotni wieczór wybrałem się do centrum by poznać nowych ludzi i poszukać nowych pomysłów. Zaskoczyła mnie ilość osób sprzedających różne rzeczy na ulicach i nie była to jedynie biżuteria i rękodzieło, ale również przekąski i drinki. Nawet brownies z marihuaną! Urząd Gminy kasował pięć dolarów od łebka nie pytając o żaden dokument, miejscowa policja była wyluzowana, wyglądało na to iż mógłbym tu rozkręcić swój mały biznes. Tej nocy poznałem Marvina i Anę, oboje ze Stanów, jednocześnie oboje z latynoskich rodzin, Marvina z Nikaragui i Any z Kolumbii. Sprzedawali oni jelly shots, czyli galaretki z alkoholem i przyznali że sprzedaż szła nieźle, byli w stanie coś odłożyć. Nie chciałem ich kopiować, musiałem coś wymyślić. Myśl do jasnej cholery!

Nagle mnie olśniło. Wściekłe psy! Te shoty były całkiem popularne w polskich barach, szczególnie wśród studentów. Były łatwe do przygotowania, jedynie wódka, grenadyna i sos Tabasco. Wszystkie składniki były dostępne, a wódka kosztowała grosze, zaledwie trzy dolary za litr, właściwie była tańsza niż grenadyna! Do roboty! Wydrukowałem mały szyld by promować mój produkt i pewnego wieczoru wybrałem się na ulicę.

Był to mżysty wtorek, niewiele ludzi na ulicach, ale w ciągu godziny miałem pierwszą sprzedaż. Do końca nocy sprzedałem jakieś piętnaście shotów. Nieźle! Następnego dnia znowu poszedłem do centrum i szybko miałem pierwszego klienta.
- Jesteś z Polski? - zapytała mnie dziewczyna z mocnym francuskim akcentem.
- Zgadza się.
- Wow, studiowałam przez jeden semestr w Polsce!!!
- Erasmus?
- Dokładnie! I uwielbiam wściekłe psy! Wypiłam ich mnóóóóstwo hahaha. - Zamówiła jednego, potem kolejnego. Wkrótce stała się moją nieoficjalną promotorką szukającą potencjalnych klientów wokół. Zrobiliśmy niezłą sprzedaż i pod koniec nocy upiliśmy się na chacie resztkami. Niezły ubaw!

Dni mijały, a ja wychodziłem na ulice i na plażę niemal każdą noc. Najlepsze były oczywiście soboty. Ale gdy dni zaczęły zamieniać się w tygodnie, a tygodnie w miesiące zacząłem czuć się wypalony. Pracowanie do czwartej nad ranem dawało się we znaki plus wszystkie te shoty które sam musiałem wypić. Układ był zawsze ten sam, podchodziła zaciekawiona grupka i twierdziła że kupią kolejkę jeśli wypije z nimi, zapłacą również za mojego shota. Okej. Problem polegał na tym iż nie przepadałem za słodkimi drinkami, zacząłem czuć się przecukrzony. Do tego bywały imprezy po pracy i brak snu, albo spanie do popołudnia. Montañita zaczęła mnie dopadać, nie tylko mnie.

Miasteczko to było zaledwie małą rybacką wioską dopóki nie odkryli jej surferzy i hipisi w latach sześćdziesiątych. Od tego czasu stało się jedną z największych imprezowni w Ekwadorze i poznałem wielu którzy w Montañicie się zatracili. Przyjechali na kilka dni i nie potrafili wyjechać przez długie tygodnie czy nawet miesiące, wszystko to za sprawą taniego alkoholu i dragów. Zacząłem znowu marzyć o bezkresnej drodze.

Monika miała wkrótce przylecieć z Danielem, sprawdziłem paszport i moja wiza byłaby wciąż ważna po ich przyjeździe, ale nie mielibyśmy za wiele czasu razem. Nie chciałem przekroczyć legalnych dziewięćdziesięciu dni gdyż słyszałem że ekwadorski urząd imigracyjny potrafił być dość surowy w tej kwestii. Nie mogłem też tak po prostu przekroczyć granicy i wrócić, musiałbym być poza krajem trzy miesiące by móc wjechać z powrotem. Kilka dni z nimi i będę musiał gnać do Kolumbii.

Gdy w końcu przyjechali, przywieźli ze sobą pierwszego klienta, chłopaka z Norwegii poznanego w autobusie. Nawet nie przygotowałem porządnie jego pokoju, sorki. Wyszliśmy na miasto jednego wieczoru, ugotowaliśmy polskie żarełko, pomogłem im nieco w pierwszej fazie generalnego remontu i czas było zmykać. Uściskałem ich mocno życząc sukcesu z hostelem. Byłem im bardzo wdzięczny za to że mogłem się tu zatrzymać, uratowało mi to dupę. Pomaszerowałem do pomnika surfera na wylocie z miasteczka i zacząłem stopować.

Potrzebowałem minuty by się zabrać, znowu pickup. Trzy godziny później wylądowałem w Manta, gdzie spędziłem noc na stacji benzynowej. Zajęło mi cały dzień dojechanie do Quito, a tam zdecydowałem się znowu na nocleg na stacji by nie tracić czasu, moja wiza była ważna już tylko jeden dzień. Dziwnie było trząść się z zimna o świcie, spędziłem tyle czasu w tropikalnej części kraju, a teraz miałem może cztery stopnie. Ostatniego dnia w Ekwadorze stop szedł jak z płatka, właściwie to nigdy nie miałem z tym problemu, jeden z najlepszych krajów Ameryki Południowej. Panamericana wiła się cudownie przez widowiskowe Andy, było prawdziwą przyjemnością być tu pasażerem. Z trzema liftami dotarłem do granicznego miasta Tulcan późnym wieczorem.

Hostel El Cielo Montanita Ekwador
Dom i przyszły hostel Moniki i Daniela
Byłem gotów opuścić niewielki terminal, gdy nagle postanowiłem coś potwierdzić.
- Jeszcze jedna rzecz - zapytałem oficera w okienku. - Jak długo mogę zostać w Kolumbii?
- Masz dziewięćdziesiąt dni, ale jakbyś poznał tu jakąś fajną laskę możesz przedłużyć z łatwością swój pobyt w którymkolwiek urzędzie imigracyjnym. Wystarczy że zapłacisz osiemdziesiąt tysięcy peso i możesz znów się rozkoszować! - wytłumaczył mi z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy. Na koniec uścisnął mi dłoń życząc wszystkiego najlepszego. Niezłe powitanie.

Tę noc spędziłem na dworcu autobusowym w centrum Ipiales, mieście po kolumbijskiej stronie granicy. Było naprawdę zimno, temperatura spadła poniżej zera. Z rana pomaszerowałem żwawo na wylotówkę próbując się rozgrzać. Młody chłopak minął mnie na rowerze i po chwili zawrócił zaciekawiony by zadać kilka pytań. Sam czasem jeździł na stopa. Na koniec wręczył mi kilka tysięcy peso na śniadanie. Kolumbijczycy wyglądali na bardzo przyjaznych.

Po piętnastu minutach zabrała mnie para w średnim wieku jadąca starą białą ciężarówką. Sunęliśmy powoli w dół wąskiej doliny, rzeka w oddali odbijała nieregularnie poranne słońce. Parka była bardzo rozmowna i ciekawska, rozmawialiśmy o Polsce, Kolumbii i innych krajach Ameryki Łacińskiej. Wyrzucili mnie na obwodnicy Pasto, zieleń była tak soczysta dookoła, miałem wrażenie że jestem gdzieś w niemieckich Alpach, wszystko wydawało się zorganizowane i zadbane.

Drugiego stopa w Kolumbii miałem z młodym kierowcą sedana który zabrał mnie na bramki nieopodal lotniska. Zajęło mi nieco złapanie kolejnego, ale tym razem bezpośrednio do Cali, trzysta pięćdziesiąt kilometrów za jednym strzałem. Mój kierowca studiował w Argentynie i wrócił do ojczyzny by odwiedzić rodzinę. Im bliżej byliśmy Cali tym bardziej gorąco się robiło i gdy wysiadłem w południowej części miasta poczułem znowu ten wilgotny tropikalny upał.

Po pół godziny pojawił się Fausto i zabrał mnie do siebie gdzie mieszkał z rodzicami. Dobrze było znów go zobaczyć. Poznaliśmy się w Foz do Iguaçu na chacie Taisy, Effy i Maite i od tamtej pory utrzymywaliśmy kontakt. Następnego dnia jego ojciec zaoferował nam przejażdżkę do Popayán, miasta oddalonego o sto czterdzieści kilometrów na południe od Cali, gdzie miał spotkanie. Pracował on dla państwowej agencji rozwoju rolnictwa, czy coś w tym stylu i po drodze miałem wykład z flory i upraw w Kolumbii. Popayán znane było jako Białe Miasto, niemal wszystkie kolonialne budynki starego miasta były w tym kolorze, łącznie z kościołami. Miasto to leżało wyżej nad poziomem morza, było chłodniej niż w Cali. W drodze powrotnej widzieliśmy zniszczony most i powiedziano mi że został on wysadzony przez rewolucjonistów z FARC. Od jakiegoś czasu trwały negocjacje pokojowe i porwania i zabójstwa zdarzały się rzadko, ale rządowa infrastruktura wciąż bywała celem ataków.

Zostałem kilka kolejnych dni w Cali, była to ponoć światowa stolica salsy i jednego wieczoru wybraliśmy się z Fausto do jednego z klubów. Czułem się jak nastolatek otoczony doświadczonymi dorosłymi. Wszyscy tańczyli wyśmienicie, oprócz mnie. Ale żenada. Grudzień powoli mijał i któregoś dnia otrzymałem przedświąteczny prezent od mamy Fausto, zestaw nowych ciuchów. Dosłownie zaniemówiłem. Jego rodzice byli super wyluzowani. Pod koniec mojego pobytu w Cali zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu i pojechaliśmy do Montenegro w regionie Eje Cafetero, znanym również pod nazwą Kawowy Trójkąt, gdzie wujek Fausto miał plantację kawy.

Przez pierwsze dwie godziny jechaliśmy na północ wzdłuż płaskiej Doliny Cauca. Plantacje trzciny cukrowej wypełniały krajobraz i od czasu do czasu mogliśmy zobaczyć tak zwane trzcinowe pociągi, ogromne ciężarówki z pięcioma, nawet sześcioma naczepami. Gdy opuściliśmy drogę krajową 25, trasa zaczęła się wić w górę falistych wzniesień pokrytych ciemnozielonymi kawowymi krzakami. Odwiedziliśmy najpierw innych członków rodziny w mieście Armenia by następnie udać się do farmy w pobliżu Montenegro. Cała rodzinka przywitała mnie bardzo gorąco, już po kilku chwilach usłyszałem że mam tu przyjaciół i zawsze mogę wrócić.

Tego samego popołudnia wujek Fausto oprowadził nas po swojej farmie i pokazał jak rośnie, zbiera się i przetwarza kawę. Większość kolumbijskiej kawy pochodziła właśnie z takich małych rodzinnych gospodarstw. Owoce zrywane były ręcznie i tylko czerwone i dojrzałe były akceptowane by dotrzymać najwyższych standardów. Potem miąższ był mechanicznie ściągany i ziarna suszone na słońcu. Najlepszą częścią tej wycieczki był punkt w którym dowiedziałem się że już znam smak tej kawy, piłem ją wcześniej na śniadanie!

Następnego dnia postanowiliśmy z Fausto odwiedzić Salento, najstarsze miasteczko regionu. Poranek był szary i dżdżysty, asfalt na jezdni pokryty wodą. W Salento mieszkało nieco ponad pięć tysięcy osób, w sumie dziura, ale była to ogromna atrakcja turystyczna razem z pobliską Doliną Cocora. Po krótkiej przechadzce po mieście i wdrapaniu się na punkt widokowy zabraliśmy się jeepem do doliny by zobaczyć najwyższe palmy na świecie, palmy woskowe z Quindío, które były narodowym drzewem Kolumbii.

Owoce kawy Kolumbia Eje Cafetero
Owoce kawy
Poszliśmy na mały spacer po lesie i kiedy wróciliśmy mgła zaczęła wisieć nam na ramionach. Wskoczyliśmy na tylny stopień po brzegi wypchanego jeepa trzymając się mocno z nadzieją że nie zacznie padać. Mgła była jak poszarzała biała płachta w której słońce zaczęło wypalać dziury. Nagle ujrzałem pieniący się strumień wijący się wśród wiadrami wylanej zieleni. Kontrastujący błękit począł wyłaniać się nad mą głową. Wypełniała mnie kosmiczna radość.

Z rana pożegnałem się z wszystkimi wujkami, ciotkami i kuzynami Fausto i zabraliśmy się z powrotem w stronę Cali. Ja wysiadłem na wojskowym checkpoincie zastanawiając się kiedy znowu zobaczę Fausto i jego szaloną rodzinkę. Wspaniali ludzie. Wypiłem szybką kawę i zacząłem stopować w kierunku Bogoty. Godzinę później siedziałem wewnątrz starego tira, którego prędkość rzadko przekraczała sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a gdy zaczęliśmy wjeżdżać na Kordylierę Środkową spadała nawet do dziesięciu. Dojechaliśmy do celu mojego kierowcy, miasta Ibagué, gdy było już zupełnie ciemno. Rozbiłem się przy posterunku policji, choć tym razem nie było łatwo, gliniarze nie chcieli być za mnie odpowiedzialni. Na szczęście jeden z nich był na tyle ciekaw by zadać kilka kolejnych pytań i tak zaczęła się pogawędka. Na koniec usłyszałem: ”Rozbij swój namiot tutaj, będę miał na ciebie oko!”

Zacząłem bardzo wcześnie, przed wschodem słońca i gdy tak stałem na poboczu starsza kobiecina podeszła do mnie z kubkiem gorącej kawy. Powiedziała bym zostawił go później pod niebieskimi drzwiami po drugiej stronie ulicy. Jak miło! Potrzebowałem zaledwie jednego lifta by dotrzeć do stolicy, tym razem z gościem pracującym dla ONZ. Świetnie nam się gadało po drodze, mogłem zrozumieć nieco bardziej temat wojny domowej która rozrywała ten kraj na kawałki przez pół wieku. Krajobrazy zmieniały się za szybą w zależności od wysokości, nasz zakres był od czterystu do prawie dwóch tysięcy ośmiuset metrów. Gdy zjechaliśmy do płaskowyżu gdzie ulokowane było miasto ujrzałem drzewa iglaste rosnące wzdłuż drogi. Ciężkie chmury wisiały nisko.

Mój kierowca, który miał na imię Mao, podwiózł mnie pod same drzwi restauracji którą prowadziła Luisa. Ostatni raz widziałem ją w Hostelu Barrio Paraíso gdy żegnałem się z Valpo, gdzie mieszkała z Francisco. Teraz wróciła do rodzinnego miasta i pracowała ciężko jak zawsze. Luisa miała tę niezwykłą łatwość do prowadzenia własnego biznesu. Wkrótce poznałem też jej ojca i brata i wieczorem podrzucili mnie do hostelu w centrum.

Grudzień był ponoć jednym z najsuchszych miesięcy w Bogocie, ale lało jak z cebra każdego popołudnia, ciężko było cokolwiek pozwiedzać. Noce były chłodne, jak dobrze że mieli gorące prysznice w hostelu. Wieczorami wychodziliśmy regularnie z Luisą i jej znajomymi i miałem okazję spotkać się z Angelą, kolejną osobą poznaną w Chile. Po kilku dniach byłem gotów by zobaczyć kolejne miasto, osławione Medellín. Około południa zawitałem do restauracji Luisy i dostałem od niej cynk na temat miejscowości Palomino gdzie mógłbym łatwo znaleźć pracę. Następnie wskoczyłem do autobusu który zabrał mnie na punkt poboru opłat Siberia.

Złapałem stopa w ciągu godziny i wieczorem dotarłem do stacji benzynowej myśląc że tu spędzę noc. Na szczęście po chwili złapałem tira jadącego bezpośrednio do Medellín. Spałem wygodnie przez całą noc i gdy się obudziłem nie miałem pojęcia co się dzieje. Musiała to być nowa droga, moja mapa pokazywała mi że jestem w szczerym polu. Dojechaliśmy do Medellín wczesnym popołudniem, miasto przylepione było do stromych wzgórz i wypełniało całą Dolinę Aburrá.

Nazwa Medellín dla większości obcokrajowców, którzy nigdy nie byli w Kolumbii i nie wiele na ten temat czytali, przynosiła na ogół dreszcz na plecach i wyobrażenia przestępczości związanej z wojną karteli narkotykowych i imię najsławniejszego mafiosa Pablo Escobara. Na szczęście te czarne dni dawno temu się skończyły i w ostatnich latach miasto to wygrało wiele nagród. Nazwane nawet było najbardziej innowacyjnym miastem świata, z szybkimi reformami w miejscowej polityce, edukacji czy związanymi z integracją społeczną biednych dzielnic. Modernizacja infrastruktury była kluczowym elementem rozwoju i komunikacja miejska była tego najlepszym przykładem. Poza nowym systemem metra powstały linie kolejki linowej łączące biedne slumsy na wzgórzach i ogromne ruchome schody w Komunie 13, najbiedniejszej dzielnicy miasta. Medellín był modelowym przykładem pozytywnej zmiany.

Zatrzymałem się w mieście tylko na dwa dni na chacie kolejnego couchsurfera Philipe, który zdecydował się przeprowadzić do Kolumbii z rodzinnej Brazylii. Mogłem znowu poćwiczyć mój portugalski słowa wypadały z głowy tak szybko. Po odrobinie zwiedzania i relaksie na chacie pognałem dalej, tym razem w kierunku Santa Marty. Już niewiele brakowało by powrócić na Karaiby po dwuipółletniej włóczędze po kontynencie.

Pierwszy lift pojawił się już w kilka minut i zabrał mnie do krzyżówki oddalonej jakieś osiemdziesiąt kilometrów od miasta Bucaramanga. Spędziłem praktycznie całe popołudnie na poboczu i dopiero przed zachodem słońca udało mi się złapać kolejnego stopa, tym razem tir z cysterną. Gościu za kółkiem najpierw rzekł że jedzie do jakiejś małej mieściny ale wkrótce okazało się że może mnie zabrać aż do Santa Marty. Po godzinie jazdy nagle zjechaliśmy na polną drogę i zatrzymaliśmy się przed czyimś domem. Jego mieszkańcy wyłączyli większość świateł i zaczęli toczyć beczki.
- Hej Polak, pomóż nam z napełnianiem beczek! - zaraz mnie zawołano.
- Co mam robić?
- Trzymaj wąż i daj znać jak jak beczka będzie prawie pełna - poinstruował mnie kierowca. W tym momencie uświadomiłem sobie że pomagam w przestępstwie, nielegalnej sprzedaży resztek paliwa z cysterny. Nie wiem ile beczek wypełniliśmy, może sześć czy siedem i wyglądały na pięćdziesięciolitrówki. Sporo resztek dla jednej rodziny.

Gdy odjechaliśmy kierowca wyciągnął coś z kieszeni i powiedział: ”To za twoją pomoc! A i święta wkrótce potraktuj to również jako prezent!” Tylko się uśmiechnął gdy schowałem pięćdziesiąt tysięcy peso. Ja również się uśmiechnąłem, łatwe dwadzieścia dolców! Kontynuowaliśmy nocną podróż czasem rozmawiając czasem siedząc w ciszy. Głowa co rusz mi leciała aż dopadł mnie sen, gdy nagle obudził mnie z przerażeniem gwałtowny ruch pojazdu. Zatrzymaliśmy się, kierowca klął jak szewc, w jego oczach widziałem strach. Prawie mieliśmy czołówkę z innym tirem. Było blisko.

Starałem się gadać jakieś bzdury by mi znowu nie zasnął a on tylko powtarzał że musimy znaleźć jakiś hotel, ciężarówka nie miała żadnych łóżek. Zajęło nam kolejne dziesięć czy piętnaście przerażających minut zanim zawitaliśmy do jakiegoś motelu. Zapłacił za dwa pokoje i powiedział bym był gotowy za cztery godziny. Po drzemce pojechaliśmy dalej na północ już bez żadnych niespodzianek. Wysiadłem na przedmieściach wiedząc że na pewno nie zapomnę tej przejażdżki.

W Santa Marta spędziłem cały dzień na plaży. Klimat był tu bardziej suchy niż myślałem, miejscowe wzgórza porastały kaktusy. Wieczorem zabrałem się podmiejskim autobusem za miasto i przekimałem na stacji benzynowej. Po śniadaniu byłem gotowy jechać dalej, w kierunku Palomino o którym wspomniała Luisa, gdy nagle zaczął dzwonić mój telefon. Luisa? Wyglądało na to że znalazła mi pracę w Santa Marta!

Wskoczyłem do pierwszego autobusu jadącego do centrum i zacząłem szukać noclegu. Nieopodal istniało miejsce o nazwie Taganga, urokliwa rybacka wioska połączona z miastem komunikacją miejską, która właśnie zaczęła się zamieniać w kolejną turystyczną imprezownię. Hostele wyrastały tam jak grzyby po deszczu i to tu znalazłem najtańszą opcję, hostel z małym ogródkiem gdzie mogłem rozbić namiot.

Margarita drink koktajl Santa Marta Kolumbia
Margarita
Następnego dnia poszedłem na spotkanie z przyjacielem Luisy Orarbolem i jego dziewczyną Caroliną. Najpierw pokazali mi Zingarę, przyczepę którą wciągnęli na plażę w południowej części miasta i z której sprzedawali posiłki, napoje i drinki. Była ona ustawiona nieopodal wieżowca gdzie wiele osób wynajmowało apartamenty na czas przerwy świąteczno-noworocznej. Pojechaliśmy windą na sam szczyt wieżowca gdzie znajdował się basen. Częściowo w basenie był mały bar. Orarbol i Carolina potrzebowali kogoś kto by za tym barem stanął. Po krótkim treningu dobiliśmy targu, miałem pracę do końca świąt, na jakieś dwa tygodnie. Gracias Luisita!

Szybko stałem się ekspertem nie tylko od tostów, ceviche** i koktajli z krewetek, ale również od margarity, piña colad, mojito i innych drinków. W końcu miałem okazję nauczyć się tych egzotycznych koktajli, puby w których pracowałem wcześniej nie miały ich w menu. Jednego wieczoru poznałem w hostelu Alvaro, faceta w średnim wieku który właśnie budował swój własny hostel. Rozmawialiśmy o tym jak ważna jest promocja online w tych czasach i wkrótce zaoferował mi nocleg w zamian za prostą stronę internetową. Wypas!

W sylwestrowy wieczór wybrałem się na plażę w Taganga. Miałem już zaplanowane świętowanie tej nocy razem z Ochin, Maxem, Panchą i Pelao, dwiema chilijskimi parami które poznałem w Machu Picchu. Robiliśmy właściwie tę samą trasę i wpadaliśmy na siebie najpierw w Montañicie, potem w Medellín i teraz tutaj. Musiałem wstać rano do pracy i gdy alarm się włączył o siódmej myślałem że nie dam rady. Kac dawał popalić przez cały dzień, ale moje margarity wciąż smakowały wyśmienicie.

Przerwa świąteczna minęła szybko, moja praca dobiegła końca i po pożegnalnej imprezie z Orarbolem i Caroliną udałem się do Palomino gdzie dotarłem szybko jednym stopem. Wylądowałem w nowym hostelu z kempingiem prowadzonym przez kumpla Orarbola Mauricio, jego brata i dziewczynę brata. Układ znów był ten sam, miałem nocleg za darmo, a w zamian mogłem używać ich laptopa by przygotować im stronę internetową.

Palomino było małym miasteczkiem, właściwie wioską, ale stawało się powoli kolejną atrakcją turystyczną. Jeszcze przed kilkoma laty był tu tylko jeden hostel, teraz było ich ponad dziesięć. Bezkresna plaża miała miękki piasek a palmy kokosowe dawały dużo cienia na relaks. Najlepsze były poranki, tak około wschodu słońca gdy powietrze było przejrzyste. Daleko na południu można było dostrzec ośnieżone szczyty Sierra Nevada de Santa Marta. To chyba jedyne miejsce na Karaibach gdzie można zobaczyć śnieg! Noce były przyjemnie chłodne a pobliska rzeka dużo lepsza do odświeżenia się niż niespokojne wody morza.

Któregoś poranka, ku memu zaskoczeniu usłyszałem polski język na kempingu. Anka i Paweł przebyli całą Amerykę Środkową i dali mi wiele porad. W zamian ja dałem im namiary na wiele miejsc w Kolumbii i dalej na południe. Innego dnia ujrzałem spalone słońcem twarze Stiga i Eirika, dwóch szalonych Norwegów poznanych w Montañicie. W Ekwadorze byli oni typowymi Skandynawami trwoniącymi mnóstwo siana na imprezy. Teraz gdy oszczędności prawie się skończyły, spali oni w hamakach na plaży. Nabijałem się z nich że zamienili się w hipisów. Zabawnie było to widzieć.

Dwa i pół roku w Ameryce Południowej, tak wiele znajomości, tak wiele ponownych spotkań i wpadania na siebie. Tak wiele przyjaźni. Sporo o tym myślałem, byłem niemalże na granicy tego kontynentu i byłem gotów zostawić go za sobą. Wciąż nie do końca byłem pewien jak to zrobić. Nie było żadnej drogi pomiędzy Kolumbią i Panamą. Słyszałem wiele szalonych opowieści o ludziach przedzierających się przez dżunglę, większość to była bujda. Słynny przesmyk Darién, który był naturalną barierą pomiędzy Ameryką Południową i Środkową był pełen niebezpieczeństw. Najpierw zabójcza przyroda, a do tego wciąż istniejący problem porwań dokonywanych przez FARC i inne grupy paramilitarne. Droga lądowa nie wchodziła w grę.

Jachtostop to coś co już znałem, ale lektura blogów innych podróżników podpowiadała mi że to może być niezwykle trudne. Zapotrzebowanie było ogromne więc był to niezły biznes dla właścicieli łodzi, szczególnie że po drodze były Wyspy San Blas. Mariny były jak twierdze, nie dało się wejść bez pozwoleń. Mnóstwo przeszkód.

Jednego wieczoru, gdy wciąż byłem w Palomino, zdecydowałem się zerknąć na dyskusje na temat Cartageny na Couchsurfingu. Wiedziałem że muszę się tam udać by znaleźć jacht, był to największy port z dwiema marinami i kotwicowiskiem. Nagle moją uwagę zwrócił post zamieszczony przez jednego Szwajcara. Szukał on łodzi która zabrałaby go do Panamy. Jego post był sprzed miesiąca. Poniżej widniała odpowiedź z wczorajszą datą zaczynająca się od zwykłego: "Hej jeśli wciąż jesteś w Cartagenie, mamy łódź..." Od razu wysłałem prywatną wiadomość!

___
* Hostel - jest już otwarty, nazywa się El Cielo Montañita i działa pełną parą otrzymując bardzo pozytywne komentarze. Możesz odwiedzić ich stronę na Facebook'u lub zarezerwować nocleg poprzez Hostelworld.
** Ceviche - potrawa ze świeżej surowej ryby marynowanej w soku z limonki i wymieszanej z posiekaną cebulą, świeżą kolendrą i innymi składnikami na przykład mango.

Babuszka czekająca na autobus w jednej z andyjskich wiosek w Peru
Po otrzymaniu z powrotem paszportu skierowano mnie do Informacji Turystycznej znajdującej się za drzwiami obok. Nigdy nie widziałem by urzędnik imigracyjny robił coś takiego. Właściwie to nigdy nie widziałem Urzędu Celnego i Informacji Turystycznej w tym samym budynku. Paragwaj był tak naprawdę najbardziej zapomnianym i nieodkrytym krajem na kontynencie, nie tylko przez gringos*, ale również przez własnych sąsiadów i być może dlatego starano się go sprzedać już na samym wjeździe. Schowałem darmowe mapy i pomaszerowałem dalej oszołomiony reklamami krzyczącymi z każdej ściany. Ciudad del Este był strefą wolnocłową i masę taniej elektroniki i ciuchów można było kupić w licznych centrach handlowych i na ulicznych bazarach. Zawsze starałem się nie mieć uprzedzeń na temat miejsc których nie znałem, ale tak łatwo mogą one zostać zainstalowane przez innych. Kierowcy z Argentyny, czy nawet moi znajomi z Brazylii ostrzegali mnie bym uważał na siebie w Paragwaju, opisując kraj jako miejsce brudne i niezorganizowane. I moje pierwsze wrażenie było podobne, ale po przejażdżce autobusem na odległe przedmieścia zacząłem zmieniać zdanie. Nigdy nie osądzaj kraju przez pryzmat pierwszego przygranicznego miasta, to na ogół najgorsza reprezentacja. Można zastosować tę regułę niemal do każdego kraju na świecie.

Wysiadłem w Minga Guazú obok stacji benzynowej i supermarketu i zacząłem łapać na światłach. Złapanie pierwszego stopa w Paragwaju zajęło mi jakieś dwie godziny i była to krótka podwózka na pobliskie bramki. Były one dobrze oświetlone, kontynuowałem więc po zmroku ale po godzinie poddałem się. Była to stacja poboru opłat nie tylko przyjazna autostopowiczom, ale i pasażerom autobusów i taksówek, robiła też za parking dla tirów. Gdy przeniosłem się na stację benzynową przywitał mnie ochroniarz z długą strzelbą, coś czego nie widziałem odkąd byłem w północnej Brazylii. Nie było tam wifi, ale miałem bezpieczne miejsce na nocleg i czyste toalety z prysznicem. Nieźle.

Z rana potrzebowałem kilku godzin by ktoś mnie zabrał, więc nie było tak łatwo jak to sobie wyobrażałem, jednak stopowałem z kartką na której widniało Asunción, a biorąc pod uwagę wielkość kraju było to daleko, aż trzysta kilometrów. Miałem lifta bezpośrednio do stolicy z kierowcą tira i od razu zaskoczyła mnie jego wersja hiszpańskiego, była ona tak doprawiona indiańskim językiem guarani, że miewałem problemy ze zrozumieniem. A wierzę że starał się on jak mógł by mówić do mnie w standardowym hiszpańskim. Mknęliśmy w większości przez płaskie tereny, jedynie bliżej Asunción zrobiło się pagórkowato, przydrożne mangowce pokryte były kwieciem, a małe domki wyglądały na schludne i zadbane. Wyczuwało się poczucie estetyki, było miło. A jak miło jest jak jest miło.

W stolicy wyczekiwał mnie Chalo z Couchsurfing. Gdy dotarłem do jego małego mieszkania pracował on właśnie w GIS-ie nad mapą do swojej pracy dyplomowej i super było wskoczyć tak od razu na temat związany z moim wykształceniem. Wyjaśnił mi on także o co chodziło z językiem guarani. Paragwaj był tak naprawdę krajem dwujęzycznym i o ile wcześniej guarani był kojarzony z niższymi klasami i chłopami, w ostatnich latach stał się modny i ludzie w stolicy zaczęli go masowo studiować i pokazywać w towarzystwie swoje zdolności językowe. W paragwajskim hiszpańskim natomiast wymawianie litery r jak w amerykańskim angielskim stało się eleganckie, a pochodziło to z guarani. Było to wielkie odrodzenie tego lokalnego języka, coś niespotykanego na taką skalę w Amerykach. W mieście i okolicy zwiedziłem leniwe miasteczko Areguá i pobliskie jezioro Icaparaí, gdzie miejscowi relaksowali się w weekendy. Udałem się też do słynnego i całkiem fotogenicznego Mercado 4, brudnego i śmierdzącego bazaru, gdzie ponoć można było kupić wszystko, od warzyw i owoców, po broń palną i ludzkie organy. Tych ostatnich jakoś nie widziałem, ale nie zaglądałem rzeźnikowi pod ladę.

Przydrożne rzeźby w Paragwaju
Przydrożne rzeźby w Paragwaju
W Asunción rozważałem jechanie do Boliwii bezpośrednio przez paragwajskie Chaco, ale powiedziano mi że tamtejsza droga jest w rozsypce. Uwielbiałem przedzierać się przez takie drogi, tak jak moje wcześniejsze stopowanie w brazylijskiej Amazonii, ale tym razem miałem deadline'a o imieniu Aileen. Postanowiłem pojechać argentyńską drogą krajową nr 81 ciągnącą się równolegle do granicy. Była to trasa używana przez tiry ściągające do Paragwaju tanie samochody z chilijskiej strefy wolnocłowej w Iquique. Po długiej jeździe starym autobusem dotarłem do Puerto Falcón gdzie przekroczyłem pieszo granicę około ósmej wieczorem. Znowu Argentyna, znowu dobre wifi i wyśmienite espresso na ich stacjach benzynowych.

Po śniadaniu złapałem pierwszego stopa w pół godziny. Dziewczyna na małym motocyklu podrzuciła mnie na checkpoint żandarmerii gdzie pracowała. Po kilkunastu minutach miałem kolejnego lifta za sprawą żandarmów, którzy poprosili paragwajskiego kierowcę by mnie zabrał. Wielkie dzięki panowie. Wylądowałem w Formosie wczesnym popołudniem i po krótkiej chwili złapałem następnego paragwajskiego tira. Droga ta bez nich byłaby zupełnie pusta. Wieczorem kierowca zaprosił mnie na grilla w przydrożnej restauracji, a po kilkugodzinnej drzemce kontynuowaliśmy razem do godziny trzynastej dnia następnego. Przecięliśmy razem prawie całe argentyńskie Chaco z kaktusami i drzewami butelkowymi po obu stronach drogi prostej jak drut. Wysiadłem na skrzyżowaniu z drogą krajową nr 34. W półtorej dnia zrobiłem około osiemset kilometrów, byłem już blisko boliwijskiej granicy.

Na krzyżówce znalazłem stację z prysznicami, więc najpierw wyprałem siebie, a potem ciuchy które w tym upale były suche już po godzinie. Lifta do Tartagal złapałem w kilka minut i wczesnym wieczorem, po dwóch kolejnych stopach, dotarłem do przygranicznego Pocitos gdzie rozbiłem się przy posterunku policji. Z rana wydałem ostatnie argentyńskie peso, były one bezwartościowe poza Argentyną, i przekroczyłem granicę z tą piękną mieszanką podjarania i strachu. Ponownie, słyszałem wiele historii o Boliwii, przede wszystkim że był to najbiedniejszy i najmniej rozwinięty kraj na kontynencie. Z jednej strony oznaczało to że wszystko było tanie i zaraz wszamałem kopiec empanad. Z drugiej strony zastanawiałem się jak jest z bezpieczeństwem, autostopem, czy choćby tak trywialną rzeczą jak komunikacja miejska. Nie widziałem żadnych autobusów, jedynie białe słabo oznakowane minibusiki sprowadzane najczęściej z Azji. Jeden z nich zawiózł mnie za kilka centów do Pajoso gdzie kierowcy tirów robili odprawę celną. Tam już po kilku minutach miałem lifta. Czyżby Hitchwiki było w błędzie?

Wyczytałem tam że autostop nie należał do łatwych w Boliwii i że wielu miejscowych oczekiwało zapłaty za podwiezienie. Mówienie po hiszpańsku z pewnością mi pomagało, nie miałem problemu z zapytaniem kierowcy czy podrzuci za darmo. Zaskoczyła mnie jednak jego odpowiedź. Stwierdził że nigdy nie wziąłby kasy od autostopowicza. Czy był on wyjątkiem. Gdy dowiedział się że mam przyzwoitą kamerę poprosił mnie o sesję zdjęciową ze swoim tirem po czym zaprosił mnie na obiad. Rozstaliśmy się w Villamontes gdzie prędko złapałem stopa na kolejne dziesięć kilometrów. Szybko nauczyłem się że samochody z naklejkami wzdłuż górnej części przedniej szyby to taksówki więc zacząłem ignorować ich klaksony i mruganie światłami by mnie zabrać za opłatą. Po kilku chwilach zabrał mnie sportowy samochód na argentyńskich blachach. Gościu był Boliwijczykiem od lat mieszkającym w Salta i jechał prosto do Santa Cruz de la Sierra. Wypiliśmy po drodze kilka piw i po dotarciu na miejsce powiedział mi że zmieniłem jego życie. Czasem autostopowicz jest jednocześnie psychoanalitykiem, jego anonimowość pozwala się otworzyć. Uścisnąłem mu dłoń i życzyłem najlepszego.

Było późno gdy wysiadłem z samochodu, do centrum i tamtejszych hosteli było wciąż daleko i byłem tak zmęczony że postanowiłem się zdrzemnąć gdziekolwiek, chociażby na zacisznej ulicy, tym bardziej że dzielnica wyglądała na bezpieczną i bogatą. Był to mój pierwszy dzień w Boliwii, a już cały strach przed nieznanym zniknął. Wstałem przed świtem i pomaszerowałem do centrum poszukać hostelu. Santa Cruz to stare kolonialne miasto z piękną architekturą i spokojną atmosferą. Czułem się nieco jak w Brazylii, na ulicach prawdziwa mieszanka kolorów skóry, ludzie wydali mi się przyjaźni i otwarci. Pomimo że nikt z Couchsurfingu nie mógł mnie ugościć, wielu ludzi chciało się ze mną spotkać i musiałem wybierać z kim wyjść wieczorem. Na początek wypiłem kilka piw z Julią po czym zostałem zaproszony na kolację przez Erickę. Musiała ona pracować do późna, ale ponieważ była menedżerką, zaprosiła mnie do restauracji gdzie pracowała. Można połączyć obowiązki z przyjemnościami. Po zamknięciu poszliśmy potańczyć przy rytmach elektro i tam wysłuchałem kolejnej szokującej historii życiowej.

Ericka urodziła się w Santa Cruz, ale jej rodzice wyemigrowali do Hiszpanii gdy była dzieckiem. Podczas wyprawy do Francji przed kilkoma laty zatrzymała ją policja i, pomimo że spędziła większość życia Europie, z jej papierami wciąż nie było wszystko okej. Została aresztowana, przewieziona do obozu dla nielegalnych imigrantów i ostatecznie deportowana do Boliwii. Jej rodzice wciąż mieszkali w Hiszpanii. To było coś co cywilizowany Zachód robił bez przerwy, rozdzielał rodziny. Było jej trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nie miała przyjaciół, prawie żadnych krewnych, czuła się jak obca. Przejebane. Następnego dnia poszliśmy razem na obiad, po czym dopchaliśmy się kawą i lodami na pięknym placu przykatedralnym rozkoszując się leniwym niedzielnym popołudniem. Niedługo potem wskoczyłem do hostelu by odebrać plecak i ruszyłem dalej licząc w głębi duszy że Ericka któregoś dnia będzie mogła swobodnie podróżować jak obywatele Europy, Chile czy Brazylii i że zobaczy znowu swoich rodziców. Życie bywa tak niesprawiedliwe. Nie wybieramy miejsca swoich narodzin.

Aby zacząć stopować musiałem uniknąć chaosu przedmieści, wziąłem więc taksówkę do Satelite Norte, a potem kolejną do Warnes. Zajęło mi trochę ogarnięcie skąd odjeżdżają dlatego też dotarłem na stację benzynową gdy się ściemniało. Miejscowe stacje różniły się bardzo od stacji które znałem do tej pory. Międzynarodowe marki nie istniały na tutejszym rynku po nacjonalizacji przeprowadzonej przez Evo Moralesa, socjalistycznego prezydenta. Ich standard był niski, nie było tam sklepów czy kawiarni, żadnego wifi, ale wciąż na niektórych można było znaleźć prysznice, w szczególności na upalnych nizinach. Po nocnej walce z mrówkami zakończonej połamanym pałąkiem namiotu, szybko zabrałem się do Montero. Tam, by dotrzeć na punkt poboru opłat który był jednocześnie policyjnym checkpointem, wskoczyłem na moto taxi które kosztowało grosze.

Następnego tira złapałem niemal natychmiast i coś mi się znowu nie zgadzało. Czytałem i słyszałem że jednym z powodów dla którego stop był tak powolny były stare, rozpadające się pojazdy. Niczego takiego nie zauważyłem. Niektóre ciężarówki wciąż miały oryginalne tablice rejestracyjne więc łatwo było odgadnąć skąd zostały sprowadzone: Szwecja, Norwegia, Niemcy i inne kraje europejskie. Większość była w miarę nowa. Mój kierowca powiedział mi że Morales zmienił prawo i akcyza na używane samochody spadła, ale nie można już było importować pojazdów starszych niż pięć lat. Cwane. Pod koniec dnia dotarłem do Ivirgarzama po kilkugodzinnym zastoju w jednej z wiosek. Miejscowi pokazali mi Coliseo, zadaszone boisko do koszykówki, gdy zapytałem o miejsce na mój namiot. Idealne schronienie przed zbliżającą się burzą. Była tam tablica wcementowana w ścianę z napisem: "Współfinansowane przez Unię Europejską." W Boliwii?

Istniały inne, podobne projekty, Europa od dawna starała się tworzyć nowe miejsca pracy by odciągnąć ludzi od uprawiania koki. Stany Zjednoczone robiły to w swój sposób, miały tam swoje wojsko i agentów DEA** do niszczenia upraw z powietrza. Morales, jako były hodowca koki w końcu wykopał Amerykanów. Koka była uprawiana i używana przez miejscowych od stuleci, jeszcze przed powstaniem Imperium Inków. Dopiero pod koniec XIX wieku w Niemczech wyizolowano z niej po raz pierwszy kokainę. Większość obecnie uprawianej koki była na krajowe spożycie, głównie w formie liści do żucia, do parzenia herbat i do wyrobu lekarstw i było to w Boliwii znowu legalne. Jednocześnie zaczęto mocno ścigać farmerów sprzedających na czarnym rynku w myśl polityki Moralesa 'Koka tak, kokaina nie!'*** Polityka ta zaczęła przynosić efekty, choć Stany Zjednoczone nie chciały się do tego przyznać. Morales miał odwagę powiedzieć wielkiej Ameryce: "wypad z mojego podwórka" i spróbować nowego podejścia do problemu, a Unia Europejska, wbrew Stanom Zjednoczonym zaczęła go w tym wspierać finansując chociażby elektroniczny system rejestracji farmerów i transportów. Czy Ameryka kiedyś zacznie patrzeć trzeźwo?

Kolejka linowa w La Paz w Boliwii
Kolejka linowa w La Paz
Nad ranem szybko zabrała mnie ciężarówka jadąca aż do Cochabamby. Po kilku godzinach łatwej jazdy przez równiny droga zaczęła się wić pod górę. Ciemnozielona dżungla wkrótce zniknęła w gęstej mgle. Płynęliśmy przez to mleko przez godzinę czy dwie i gdy w końcu zaczęło się rozrzedzać ujrzałem sosnowy las, jeziora i pola ziemniaczane. Z rana tropiki a już w południe umiarkowany klimat. Pozwiedzałem w ekspresowym tempie historyczne centrum i zacząłem szukać busa by wydostać się z miasta. Chciałem jechać dalej, ktoś już mnie wyczekiwał w La Paz.

Najpierw wziąłem minibusa do Colcapirhua a następnie do Vinto. Pewnie dało się dojechać bezpośrednio na stację benzynową w Vinto, ale nie udało mi się takiego busa znaleźć. Nie była to najlepsza stacja do stopowania, głównie taksówki i autobusy, więc wziąłem taxi by dotrzeć na bramki w Suticollo. Połowa budek była zamknięta, panowało jakieś święto i niezły tłumek, z piwami w rękach, tańczył przy głośnej muzyce. Tak, na stacji poboru opłat! Co za wolny kraj.

Noc była zimna, pakując z rana połamany namiot na kartoflanym polu nieźle się trząsłem. Za bramkami widziałem ludzi, najczęściej kobiety w tradycyjnych strojach, łapiących stopa. Oferowali oni pieniądze, pewnie mniej niż kosztował autobus, więc na pewno musiałem tu wspomnieć o darmowym lifcie, by nie być potem zaskoczonym. Po kilku godzinach zabrała mnie rodzina jadąca do Parotani. Za tą wioską droga pięła się jeszcze wyżej aż na sam szczyt lodowatego Altiplano. Po pół godziny zatrzymał się tir z bardzo ciężkim ładunkiem, nasza prędkość rzadko przekraczała pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wtoczyliśmy się na dach Ameryk po wielu godzinach zapierającej dech jazdy.

Od Caracollo jechaliśmy dwupasmową drogą która wciąż była w budowie, więc pomimo tego że w końcu było płasko, nasza prędkość nie wzrosła za wiele przez roboty drogowe. Pomijając kilka krótkich odcinków podmiejskich była to pierwsza droga ekspresowa z prawdziwego zdarzenia w Boliwii, być może najwyżej położona droga tego typu na świecie. Połączyć miała ona La Paz i Oruro, miasta oddalone od siebie o ponad dwieście kilometrów. Kolejny mit na temat Boliwii obalony. Słyszałem same narzekania na temat standardu tutejszych dróg i być może drugorzędne drogi były w opłakanym stanie, ale drogi główne które przymierzyłem były jak najbardziej w porządku. Morales pompował pieniądze z gazu zresztą nie tylko w infrastrukturę, ale również w wiele projektów społecznych. W kraju zachodziły szybkie zmiany i widać było że społeczeństwo na tym korzystało. Istniała jednak pewna obawa odnośnie Moralesa, próbował on mianowicie majstrować przy konstytucji by pozostać dłużej przy władzy. Został on wybrany demokratycznie, a w demokracji nikt nie rządzi wiecznie.

- Trzymaj pięć bolivianos na taksówkę.
- Nie, nie trzeba. Przejdę się - odmówiłem zarzucając na grzbiet plecak.
- Krzyżówka jest daleko, trzymaj! Powiedz kierowcy że chcesz dojechać do skrzyżowania z czwórką.
- Okej, wielki dzięki.
Po chwili siedziałem w taksówce i kierowca tira miał rację, rozjazd był dość daleko po drugiej stronie Patacamaya. Droga krajowa nr 4 używana była przez wiele ciężarówek przewożących produkty z Chile, mógłby to być niezły spot, ale jak tam dotarłem było już zupełnie ciemno. Rozbijać się tu, na Altiplano? Nie ma mowy! Musiałem kontynuować. Założyłem kamizelkę odblaskową, nabazgrałem szybko La Paz i pierwszy tir się zatrzymał. Dwie godziny później byłem już w ciepłym mieszkanku Guely.

Poznałem Guely w Valpo, koczowała ona w La Valija przez jakieś dwa tygodnie. Była ona artystką produkującą muzykę noise i był to powód dla którego pojechała do Chile, w Valparaíso odbywał się festiwal noise. Spędziłem kilka dni w La Paz głównie na jej chacie bawiąc się muzyką, ale wyszliśmy też kilka razy na eventy organizowane przez Guely i jej znajomych, czy tak po prostu pozwiedzać. Jednego dnia udaliśmy się do El Alto, satelickiego miasta zbudowanego na krawędzi płaskowyżu, które przerosło La Paz. Dla tego drugiego, wybudowanego wewnątrz naturalnej misy, zaczęło brakować ziemi do dalszej rozbudowy. W El Alto w każdą niedzielę odbywał się ogromny pchli targ, chyba największy w Ameryce Południowej, a widok podczas zakupów był niesamowity. Babuszki w tradycyjnych andyjskich strojach, La Paz w dole i biały majestatyczny szczyt góry Illimani sięgający ciemnobłękitnych niebios.

La Paz było siedzibą rządu i oczywiście przechodziło zmiany jeszcze intensywniej. Władze miasta wprowadziły pierwszych kilka linii autobusów miejskich z prawdziwego zdarzenia, z dużymi wygodnymi pojazdami z wifi na pokładzie. Plan zakładał wyrzucenie wszelkich mikro i mini busów z centrum, które były niewygodne i powodowały ogromne korki. Wsiąść do takiego busika z wielkim plecakiem to nie lada wyzwanie. Rząd zdecydował się połączyć La Paz i El Alto w jeszcze wydajniejszy sposób niż autobusy. Zaczął budować kilka linii kolejki linowej. Pierwsza linia została inaugurowana krótko przed moim przyjazdem i właśnie tą kolejką wróciliśmy razem z Guely z pchlego targu. Mogła zabrać aż dziesięć pasażerów co każde dwanaście sekund, a bilet kosztował prawie tyle samo co przejażdżka autobusem. Grosze. Porywający widok był wliczony w cenę.

Po kilkudniowym relaksie w La Paz pogoniłem dalej na północny zachód w kierunku największego jeziora na kontynencie, słynnej Titicaki. Najpierw zabrałem się do El Alto, tym razem mikrobusem i tam ugrzązłem starając się rozgryźć który bus mógłby mnie dowieźć na koniec miasta, były ich setki. El Alto było niesamowicie zakorkowane i co ciekawe ruchem sterowały tam policjantki ubrane w suknie wzorowane na tradycyjnych i do tego odblaskowe kamizelki. Musiałem męczyć się aż trzy razy z zapakowaniem i wypakowaniem z busa by dotrzeć na Peaje Vilaque. Po chwili miałem lifta ze starszym dziadziem do Huariny. Ruch był niewielki, ciężarówki używały innej drogi by dotrzeć do granicy z Peru, więc mogłem liczyć jedynie na turystów i pielgrzymów zmierzających do Copacabany. Maszerowałem przez kilka kilometrów aż zabrała mnie terenówka jadąca do Pablo de Tiquina gdzie znajdowała się przeprawa promowa. Czerwone wieczorne niebo odbijało się w krystalicznie czystej wodzie jeziora. Drewniany rozklekotany prom zdawał się zaraz rozpaść, jednak dowiózł mnie bezpiecznie na drugą stronę cieśniny oddzielającej dwa akweny. Po zmroku zauważyłem błyskawice w oddali, czas było znaleźć jakieś schronienie. Starsza kobieta zaproponowała mi bym rozbił się przed jej domem i tak też zrobiłem, jednak gdy usłyszałem pierwsze krople uderzające mój namiot, przeniosłem się na pobliską budowę. Mój namiot nie nadawał się na burzę, szczególnie teraz ze złamanym pałąkiem.

Noce nie były aż tak zimne jak się obawiałem, nad ranem w okolicach zera, bez tragedii. Potrzebowałem dwóch liftów i jakieś pięć godzin by dotrzeć do Copacabany. Miasteczko pełne było pielgrzymów, miejscowa bazylika była sanktuarium słynnym w całej Boliwii i Peru i trwały tam właśnie obchody jednego z najważniejszych świąt w roku. Wszystkie samochody miały szyby udekorowane kwiatami. Istotna część tych obchodów miała miejsce na Wzgórzu Kalwarii na które się wdrapałem z innymi pielgrzymami z całym swoim chłamem na plecach. Na szczycie szamani odprawiali ceremonie trzymając w rękach krzyże i litrowe butelki z chichą**** lub piwem, rozlewając przed każdym łykiem odrobinę na ziemię w podarunku dla Pachamamy. Słońce odbijało się w nieskończonej toni jeziora, woń palącego się wosku mieszał się z zapachem kwiatów i ziół tak jak katolicyzm mieszał się tu z miejscowymi wierzeniami. Czuło się tu piękną dziwność i dziwne piękno.

Granica z Peru oddalona była o zaledwie dziesięć kilometrów i dotarłem tam tuż przed zachodem słońca razem z młodą parą, która nigdy wcześniej nie zabrała autostopowicza z Europy. Pierwszą rzeczą która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu granicy były trzykołowe moto riksze, zupełnie jak te na ulicach azjatyckich miast. Nie spodziewałem się tego w ogóle. Po jakiejś godzinie spędzonej w kafejce internetowej nagle zgasły wszystkie światła. Zabrakło prądu, pewnie efekt zbliżającej się burzy. Budynki wokół rynku miały arkady, więc usiadłem pod jedną z nich zastanawiając się gdzie tu się rozbić. Panowała totalna ciemność, nie widziałem nic. Po chwili pojawili się jacyś faceci w mundurach z latarkami w rękach więc zapytałem się ich wprost czy nie mógłbym rozbić namiotu w miejscu w którym siedziałem. Nie mieli nic przeciwko. Nie miałem pojęcia kim byli, nie była to policja, już bardziej prywatna ochrona. Po co stali tam na zmianę przez całą noc? Pierwszy dzień w nowym kraju.

Po wypiciu rozgrzewającego napoju, a miejscowi po obu stronach granicy przyrządzali pyszne gorące napoje z kukurydzy, komosy ryżowej i innych zbóż, pomaszerowałem na wylotówkę gdzie ugrzązłem na kilka godzin. Jedynymi pojazdami były nieoznakowane taksówki i minibusy, ani jednej ciężarówki. Wziąłem w końcu jednego busa do krzyżówki z główną drogą, jednak ruch tam nie był o wiele większy. Wyglądało na to że jeszcze mniej ludzi miało tu własny samochód niż w Boliwii, a jeśli już go ktoś miał, to używał go jako taxi. Kilka osób zatrzymało się, ale jak tylko zapytałem czy podwiozą za darmo, odjeżdżali bez słowa. Około południa w końcu ktoś był na tyle ciekawy by wysłuchać mojej historii i nie skasować mnie za stopa.

Ludzie z Altiplano wyglądali zupełnie inaczej niż ludność z innych regionów, ich twarze, kolor ich skóry, ich stroje. Były to głównie ludy Ajmara i Keczua. Nie tylko wyglądali oni inaczej, ale również zachowywali się odmiennie, wydawali się bardziej zimni i zamknięci, odpowiadali zaledwie kilkoma słowami i rzadko zadawali pytania, jakby nie byli ciekawi skąd przybyłym i co robię w ich kraju. Oczywiście istniały wyjątki, ale takie było moje generalne odczucie. Czy było to spowodowane tylko geografią, surowością klimatu, czy może po przybyciu Hiszpanów stali się tacy by chronić siebie i swoją kulturę. Albo może ja coś robiłem nie tak. W każdym bądź razie kulturowa różnica była ogromna.

Po godzinnej jeździe wylądowałem w miasteczku o nazwie Juli. Idąc na wylotówkę zastanawiałem się ile zajmie mi złapanie stopa tym razem. W jakim szoku byłem gdy zatrzymał się pierwszy samochód i gdy parka w środku odparła: "oczywiście że cię podwieziemy za darmo!" Wysadzili mnie w Puno gdzie na obiad zjadłem rybę z jeziora Titicaca po czym wskoczyłem do minibusa by dotrzeć na peryferia. Peruwiańskie miasta z dala od turystycznych szlaków miały dziwną atmosferę. Już na boliwijskim Altiplano było egzotycznie, wszystkie te domy z nieotynkowanych pustaków z wielkimi metalowymi drzwiami. W Peru wyglądały podobnie, ale setki moto riksz na ulicach dodawały im orientalnego posmaku. Tylko wysiadłem z busika zatrzymał się przede mną znajomo wyglądający samochód. "Wskakuj, musimy jechać do Juliaki!" Kolejny lift z ta samą parą.

Około trzeciej po południu dotarłem do kolejnego chaotycznego miasta. Bus, który o dziwo miał swój numer wypisany na szybie, zabrał mnie na policyjny checkpoint z dala od centrum. Zajęło mi jakąś godzinę złapanie stopa, tym razem ze strażnikiem więziennym który zmierzał do Ayaviri. Jechaliśmy przez tundropodobny krajobraz, ciemne apokaliptyczne chmury wisiały nisko. Nasza rozmowa wyglądała jak wywiad, najpierw on zadał mi dziesiątki pytań odnośnie mojej podróży, potem była moja kolej, wciąż nie rozumiałem tak wielu rzeczy w tym kraju. Wysiadłem na obwodnicy w nadziei że złapie coś przed zmrokiem, plan jednak się nie powiódł więc udałem się do jednej z przydrożnych restauracji by rozgrzać się kawą. Właściciele byli bardzo rozmowni i nawet poczęstowali mnie kankocho, grillowaną baraniną która była specjalnością Ayaviri. Powiedzieli mi również o nowo wybudowanym dworcu autobusowym gdzie mogłem się przekimać. Super.

Zajęło mi zaledwie dziesięć minut złapanie stopa z rana i był to tir jadący bezpośrednio do Cuzco. Kierowca nie oczekiwał ode mnie żadnych pieniędzy i dał cynka że tirowcy w Peru na ogół zabierają za darmo. Wyglądało to inaczej w przypadku prywatnych samochodów, były one drogie i nie można było sprowadzać aut używanych. To dlatego większość pojazdów to tanie marki z Azji w tym moto riksze. Zakup samochodu był inwestycją którą trzeba było jakoś odpracować, taxi było jedną z opcji. Mój kierowca jeździł często do sąsiednich krajów zaczęliśmy więc zabawę w porównania. Dostałem też wiele porad na temat jedzenia i co warte było spróbowania, peruwiańska kuchnia słynęła na całym kontynencie a może i dalej. A najlepsze było to że dwudaniowy obiad mogłem dostać już za półtorej dolara.

Chodzenie po centrum Cuzco było jak chodzenie we śnie. Kolonialna architektura z kamiennymi murami i śródziemnomorskimi dachami była przepiękna. I te kościoły co krok, jakby peruwiańska wersja Krakowa. Jako jedna z największych atrakcji turystycznych Peru Cuzco było zadbane, a chaos i brud innych miast wydawał się niesamowicie odległy. Wieczorem wylądowałem w hostelu prowadzonym przez gościa o imieniu Pakari, jego hostel nazywał się identycznie. Był on zaledwie minutę drogi od rynku i kosztował niewiele. Pakari znalazł też dla mnie stary pałąk do namiotu. W porzo koleś. Jedną z pierwszych rzeczy które chciałem zrobić w Cuzco było potwierdzenie tego czego do tej pory udało mi się dowiedzieć o najtańszym sposobie dotarcia do Machu Picchu. Pominięcie tego cudu nie wchodziło w grę.

Ruiny Machu Picchu w Peru
Machu Picchu
Większość podróżników docierała tam po kilkudniowym trekkingu Szlakiem Inków. Z drugiej strony większość turystów dojeżdżała tam szybkim pociągiem z Cuzco. Obie opcje były dość drogie. Oczywiście mogłem spróbować dojechać jak najbliżej się da na stopa, mogłoby to jednak zająć dni, gdyż nie było to blisko żadnej głównej drogi i większość ruchu była związana z obsługą turystów. Miałem dwa tysiące trzysta kilometrów i dwa tygodnie by zdążyć do Tumbes na przyjazd Aileen. Musiałem zrobić wyjątek od zasady "tylko autostop". Najlepszą opcją był sześciogodzinny autobus do Santa María, potem kolejne dwie godziny busem do Santa Teresa i w końcu taksówką do Hydroelektrowni. Stamtąd z buta. I to właśnie zrobiłem po dwóch dniach spędzonych w Cuzco. Zostawiłem rzeczy których nie potrzebowałem w hostelu, wspinanie się na Machu Picchu z dwudziestoma kilo pewnie by nieźle bolało.

Jazda autobusem była nudna jak cholera, jak ludzie mogą tak podróżować. Nie można pogadać z kierowcą, nie widać rozpościerającej się przede mną drogi. Większość ludzi ze słuchawkami w uszach albo chrapie. Na pokładzie była trójka innych backpackerów, ale mogłem z nimi zamienić słowo dopiero po przyjeździe do Santa María. Dwoje z nich zostało na noc w następnej miejscowości, a ja kontynuowałem podróż z wysokim, wikingowatym facetem o imieniu Ernesto, który tak naprawdę był z Argentyny. Szybko okazało się że nadajemy na tych samych falach. Po dotarciu do elektrowni uzupełniliśmy zapasy w żołądkach i pomaszerowaliśmy wzdłuż torów otoczeni dżunglą. Ciężko uwierzyć że jeszcze tego samego ranka trząsłem się z zimna.

Szliśmy dwie godziny, z czego ostatnie dwadzieścia minut po ciemku. W Aguas Calientes od razu poszliśmy kupić wejściówki i ja dostałem swoją bez problemu, ale Ernesto odszedł od kasy z pustymi rękami. Myślał że jako obywatelowi jednego z krajów Mercosur przysługuje mu zniżka, ta jednak była dostępna tylko dla mieszkańców Wspólnoty Andyjskiej. Zabrakło mu kasy i zaraz zaczął wysyłać wiadomości rodzinie i znajomym w Argentynie by pomogli. Być tak blisko i nie wejść? Tego samego wieczoru spotkaliśmy się z Taisą, polską Brazylijką z Foz do Iguaçu. Byliśmy w kontakcie odkąd opuściłem Brazylię i wiedziałem że będzie miała ćwiczenia terenowe z uniwerku w Peru, jednak i tak byłem zaskoczony że udało nam się tak zgrać czasowo. Najpierw odwiedziła mnie w hostelu w Cuzco, a teraz byliśmy razem u bram Machu Picchu. Po kilku piwach poszliśmy z Ernesto na jedyny kemping w wiosce. Chciałem wstać grubo przed wschodem słońca.

Spotkałem się z Taisą i jej peruwiańskimi znajomymi przed bramą wejściową gdzie kolejka szybko zaczęła się zawijać. Wszyscy z nas chcieli się dostać do Machu Picchu zanim watahy turystów zaczną wjeżdżać tam autobusami. Zaczęliśmy wspinać się po niekończących się schodach o szóstej rano. Był to trek pełen potu i zadyszki. Po godzinie dotarliśmy do kolejnej bramy gdzie sprawdzono nam bilety po raz kolejny i gdzie zostałem zmuszony by zostawić mój plecak w przechowalni i zapłacić za to dodatkowo, pomimo że wszyscy dookoła wchodzili z plecakami. Dlaczego? Dlatego. Niezła obsługa klienta panie i panowie. Starałem się to ignorować, wiedziałem że brakuje kilku schodów by je zobaczyć. Słońce oświetlało już strome szczyty otaczające miasto Inków. Pierwszy widok był zdecydowanie zapierający dech w piersi, szczególnie po takiej wspinaczce. Jak oni to zbudowali? I dlaczego akurat tutaj? Miejsce to miało coś w sobie, choć nie należałem do tych którzy czuli tu połączenie z antyczną cywilizacją, kosmosem, czy obcymi, nie miało ono dla mnie żadnej duchowości którą tak wielu twierdziło że ma. Może nie byłem tak uduchowiony, a może, co bardziej prawdopodobne, moja duchowość nie miała nic wspólnego z tego typu miejscami, dla mnie było to po prostu piękne miejsce. I mam tu na myśli naprawdę przepiękne miejsce.

Zejście do Aguas Caliente było dużo łatwiejsze i mieliśmy po drodze z Taisą miłą pogawędkę. Fajnie było znowu ją zobaczyć, to jest prawdziwe piękno podróżowania, nie tylko poznawanie ludzi, ale spotykanie ich po raz kolejny. Na kempingu wpadłem na Ernesto i dwie pary z Chile które dopiero przybyły, wszyscy chcieli wiedzieć jak było, a ja wolałem tylko powiedzieć: zobaczycie sami. Wróciłem tego samego wieczoru do Cuzco i po jednodniowym odpoczynku ruszyłem dalej w trasę.

Chciałem jechać prosto do Limy, ale jedna couchsurferka ze stolicy napisała mi że będzie na weekend ze znajomymi w Huancayo i że jestem tam mile widziany. Słyszałem że większość kierowców jadących do Limy wybierała drogę PE-30A, wiodącą przez Nazca i potem wzdłuż wybrzeża, ale dystans pomiędzy Cuzco a Limą via Huancayo był niewiele większy i teraz miałem tam kogo odwiedzić. Dobra, jadę!

Poranek miałem leniwy i prawie jak zawsze dotarłem na dobrą miejscówkę późno. Z końcowego przystanku minibusa zacząłem iść w kierunku ostatniej stacji benzynowej w Poroy. Nagle usłyszałem: "hej polaco!" Kto mnie do jasnej cholery tu zna? Była to jedna z par poznanych na kempingu w Aguas Calientes. Próbowaliśmy stopować razem przez jakiś czas, ale złapanie lifta nocą wydawało się niemożliwe. Ochin i Max chcieli rozejrzeć się za jakimś płaskim kawałkiem łąki, ale ja zasugerowałem stację. Nigdy wcześniej tego nie robili i zaskoczyło ich że po chwili nasze namioty stały rozbite tak po prostu na parkingu dla pracowników. Noc była naprawdę zimna, ale jakże przyjemny był gorący prysznic z rana. Ciężko było zakręcić kurek.

Byliśmy naprawdę zaskoczeni wielkością ruchu, liczyliśmy na masę ciężarówek, a droga była wyludniona. Na parkingu poznaliśmy dwóch tirowców, którzy z chęcią by nas zabrali, ale czekali oni wciąż na telefon od szefa. Może wyruszą za godzinę, może następnego dnia. Czas płynął leniwie na poboczu, pykło jedno piwo, potem kolejne i jeszcze jedno. Miło było usłyszeć znowu chilijski akcent. W końcu późnym popołudniem, dwóch kierowców z parkingu zaczęło do nas machać krzycząc: "pakujcie się, jedziemy." Ochin i Max wskoczyli do jednego tira, ja do drugiego. Po jakiejś godzinie gadanego zasnąłem, piwa zrobiły swoje.

Obudziłem się gdy zatrzymała się ciężarówka. Szybko zerknąłem na mapę. By to szlag, minęliśmy rozjazd na Huancayo.
- Ja tu wysiadam, mówiłem że chcę jechać do Huancayo - powiedziałem wciąż mocno zaspany.
- Ale musisz najpierw dojechać do Limy.
- Dlaczego? Przecież jest droga z Abancay która przez Ayacucho wiedzie do Huancayo.
- Żaden tir tamtędy nie jeździ.
- Muszą być tam jakieś samochody.
- Być może, nie wiem. Ja bym jechał najpierw do Limy.
- To przecież dwa razy dalej! Wysiadam, spróbuję tą drogą.
Pożegnałem się z kierowcami i towarzyszami stopa i zacząłem szukać jakiegoś sklepu. Umierałem z głodu. Była druga w nocy, ale i tak coś znalazłem po czym przekimałem się do piątej.

Z rana zabrałem się w ciągu dziesięciu minut i po godzinie byłem z powrotem na krzyżówce. Miałem wrażenie że nie straciłem aż tak dużo czasu. Na kolejnego lifta czekałem godzinę i tym razem była to terenówka z młodym kolesiem za kierownicą. Wysadził mnie w Carhuacahua gdzie po chwili miałem kolejnego stopa na tyle małej ciężarówki. Powietrze pachniało eukaliptusem, otaczały mnie ośnieżone szczyty Andów, perfekcyjny poranek. Po dotarciu do kolejnej wioski, włączyłem telefon by zerknąć na mapę i zobaczyć jak się nazywa.Co? Gdzie ja do cholery jestem? Wyglądało na to że przegapiłem krzyżówkę gdy jechałem terenówką. Ale żadnej nie widziałem. Zagadałem budowlańców drogowych i powiedzieli mi że to była główna droga do Ayacucho. Czyżby obie mapy które miałem były w błędzie? Zdecydowałem się kontynuować, ale jedyny ruch generowały ciężarówki i walce kładące nowy asfalt. Po kilku godzinach zdałem sobie sprawę iż droga ta była od czasu do czasu zamknięta, szanse przedostania się były bliskie zeru. Kierowca który mnie zabrał z Cuzco miał rację trzeba było jechać przez Limę i on mógł mnie tam zabrać bezpośrednio. Ech, trzeba znów zawracać.

Po godzinie miałem stopa z powrotem do skrzyżowania z główną drogą. Przy odrobinie szczęścia dotarcie do Huancayo na weekend było wciąż możliwe. Minęła godzina i nic, druga godzina, bez zmian. Zapytałem faceta który przeszedł obok gdzie mógłbym zdobyć wodę i jego odpowiedzią była: "rzeka". W drodze by obadać tę rzekę zauważyłem ciężarówkę w oddali więc zacząłem machać rękami i udało się. Wdrapałem się przez otwarty dach na pakę i najpierw zobaczyłem dwa plecaki, potem dwóch chłopaków. Kolumbijczycy. Jeden z nich był głuchoniemy więc drugi tłumaczył, ale obaj mieli zajebiste poczucie humoru. Nagle zatrzymaliśmy się, otworzyły się boczne drzwi i wskoczyła kolejna dwójka autostopowiczów. Ja cię kadzę, Pancha i Pelao, druga chilijska para z kempingu pod Machu Picchu. Ale jaja.

Droga pięła się pod górę, a my gadaliśmy, łaziliśmy w kółko, robiliśmy zdjęcia lub leżeliśmy w bezruchu. Moja ekipa żonglowała też lub robiła biżuterię by sprzedawać ją na ulicach. Brakowało nam tylko jednego. Wody. Z każdą godziną robiło się coraz zimniej, zaczęliśmy zakładać kolejne warstwy ciuchów, aż w końcu wskoczyliśmy w śpiwory. Noc była cholernie zimna, udało mi się jednak nieco przespać. Gdy ciężarówka zatrzymała się było tuż przed wschodem słońca i gdy kierowca poinformował nas że dalej nie jedzie, od razu pobiegłem kupić wodę. Piłem jak wielbłąd.

Droga krajowa PE-1N przez pustynie na północ od Limy
Droga krajowa nr PE-1N na północ od Limy
Byłem w mieście o nazwie Nazca, otoczony pustynią ze słynnymi geoglifami. Po krótkiej wędrówce razem życzyłem Kolumbijczykom szczęścia w dalszej podróży. Pancha i Pelao opuścili nas wcześniej by poszukać taniego noclegu. Gdy doczłapałem się na wylotówkę odświeżyłem się na ile się dało i znowu wystawiłem kciuka. Kilka sekund później siedziałem w wygodnej kabinie tira. Droga PE-1 była główną arterią kraju ciągnącą się od granicy z Chile po granicę z Ekwadorem. Jej spora część była w standardzie autostrady i była pełna ciężarówek.

Wysiadłem za miejscowością Ica i niestety ugrzązłem tam na kilka dobrych godzin. Było koło drugiej gdy w końcu złapałem stopa do Limy. Te kilka zmarnowanych godzin mogło wystarczyć by dostać się ze stolicy do Huancayo i dotrzeć tam późnym wieczorem. Musiałem jednak o tym zapomnieć, było już za późno. Gdy tylko zauważyłem fale Pacyfiku droga zamieniła się w dwupasmówkę a my kontynuowaliśmy podróż na ogół w ciszy przez następne godziny. Kierowca wyrzucił mnie bardzo blisko centrum. Miałem teraz dwie rzeczy do zrobienia: zadzwonić do ludzi z Huancayo tak by na mnie nie czekali i znaleźć tani nocleg. W łóżku byłem przed dziesiątą.

Lima wydawała się szara, może przez tę ciągłą zasłonę z mgły i jednolitych chmur wiszącą nad miastem. Nie miałem ochoty zostać tu kolejnej nocy. Ciekawostką Limy było wielkie China Town z naprawdę dobrymi i cenowo przystępnymi restauracjami tutaj nazywanymi chifas. W mieście żyła największa chińska diaspora Ameryki Łacińskiej. Wieczorem wziąłem autobus do Ancón i wysiadłem przy wadze dla tirów w pobliżu której się rozbiłem. Wciąż miałem siedem dni i tylko tysiąc dwieście kilometrów do spotkania z Aileen. Autostop działał dość dobrze na tym odcinku i zrobiłem ten dystans w trzy i pół dnia, w większości z ciężarówkami. Za szybą przez cały ten czas miałem odcienie bieli, żółci i szarości, pustynia która zaczęła się w środkowym Chile rozpościerała się prawie pod samą granicę z Ekwadorem. Tysiące kilometrów pustkowia z jedynie niewielkimi łatami zieleni w dolinach rzek.

Zamiast jechać od razu do Tumbes gdzie znajdowało się lotnisko, zatrzymałem się na ostatnie trzy dni w Máncorze. Była to najbardziej odwiedzana przez turystów miejscowość na północy Peru, przede wszystkim ze względu na dobre fale dla surferów. Było tam mnóstwo hoteli i hosteli, restauracje serwowały kuchnię z różnych stron świata, było tam czysto jak na peruwiańskie standardy, a słońce świeciło przez cały rok. Spędziłem większość tego czasu albo w przyhostelowym basenie albo na plaży czyli ał piecze mnie skóra. Do Tumbes wybrałem się dzień przed przylotem Aileen i nie było to tym razem łatwe stopowanie. Zajęło mi pięć godzin znalezienie lifta do miasta oddalonego zaledwie o sto kilometrów. Pięć godzin w słońcu. Ał. Przekimałem się jak zwykle na stacji benzynowej i z rana poszedłem do centrum miasta. "O pierwszej po południu, na schodach do katedry przy Plaza de Armas." Taki był nasz układ. Spojrzałem na zegarek, zostały cztery godziny. Jeszcze tylko cztery godziny.

__
*Gringo - w większości krajów Ameryki Łacińskiej słowo to oznacza obcokrajowca, na ogół o jasnej karnacji, z krajów innych niż Ameryka Środkowa i Południowa. W niektórych krajach gringo to osoba wyłącznie ze Stanów Zjednoczonych.
**DEA (Drug Enforcement Administration) - amerykańska agencja rządowa do walki z narkotykami w kraju jak i za granicą.
***Koka tak, kokaina nie! - potoczna nazwa polityki odnoszącej się do uprawy koki w Boliwii. Więcej informacji i danych na ten temat dostępne na stronie internetowej Andean Information Network.
****Chicha - w Boliwii jest to sfermentowany napój alkoholowy wyrabiany z kukurydzy. W innych krajach używa się innych składników i może być to napój bezalkoholowy.