slide1 slide2 slide3 slide

Notatki z domu autostopowicza

about me photo

Cześć jestem Paluch

Zacząłem stopować wiele lat temu gdy byłem wciąż dzieciakiem. Po jakimś czasie objechałem większość Europy i zacząłem mieć wrażenie że to zawsze będzie za mało. Więc... postanowiłem objechać stopem świat! Po przekroczeniu Atlantyku, dotarciu na Ziemię Ognistą i wyprawie na Antarktydę pora na kolejne wyzwanie - Alaska!

Listy z pobocza to bardziej książka niż blog, książka pisana w trasie i publikowana rozdział po rozdziale. Potrzebuję czasu by zamknąć każdy tekst w pewne ramy, więc gdy ty czytasz o jednym miejscu ja jestem już gdzieś zupełnie indziej. Czasem brakuje weny, innym razem czasu, a nieraz po prostu kończą się oszczędności więc mam co innego na głowie. Dlatego też nie możesz mnie śledzić zupełnie na bieżąco, ale mam nadzieję że to cię nie powstrzyma i będziesz tu zaglądać raz na jakiś czas by sprawdzić co nowego na poboczu.

Babuszka czekająca na autobus w jednej z andyjskich wiosek w Peru
Po otrzymaniu z powrotem paszportu skierowano mnie do Informacji Turystycznej znajdującej się za drzwiami obok. Nigdy nie widziałem by urzędnik imigracyjny robił coś takiego. Właściwie to nigdy nie widziałem Urzędu Celnego i Informacji Turystycznej w tym samym budynku. Paragwaj był tak naprawdę najbardziej zapomnianym i nieodkrytym krajem na kontynencie, nie tylko przez gringos*, ale również przez własnych sąsiadów i być może dlatego starano się go sprzedać już na samym wjeździe. Schowałem darmowe mapy i pomaszerowałem dalej oszołomiony reklamami krzyczącymi z każdej ściany. Ciudad del Este był strefą wolnocłową i masę taniej elektroniki i ciuchów można było kupić w licznych centrach handlowych i na ulicznych bazarach. Zawsze starałem się nie mieć uprzedzeń na temat miejsc których nie znałem, ale tak łatwo mogą one zostać zainstalowane przez innych. Kierowcy z Argentyny, czy nawet moi znajomi z Brazylii ostrzegali mnie bym uważał na siebie w Paragwaju, opisując kraj jako miejsce brudne i niezorganizowane. I moje pierwsze wrażenie było podobne, ale po przejażdżce autobusem na odległe przedmieścia zacząłem zmieniać zdanie. Nigdy nie osądzaj kraju przez pryzmat pierwszego przygranicznego miasta, to na ogół najgorsza reprezentacja. Można zastosować tę regułę niemal do każdego kraju na świecie.

Wysiadłem w Minga Guazú obok stacji benzynowej i supermarketu i zacząłem łapać na światłach. Złapanie pierwszego stopa w Paragwaju zajęło mi jakieś dwie godziny i była to krótka podwózka na pobliskie bramki. Były one dobrze oświetlone, kontynuowałem więc po zmroku ale po godzinie poddałem się. Była to stacja poboru opłat nie tylko przyjazna autostopowiczom, ale i pasażerom autobusów i taksówek, robiła też za parking dla tirów. Gdy przeniosłem się na stację benzynową przywitał mnie ochroniarz z długą strzelbą, coś czego nie widziałem odkąd byłem w północnej Brazylii. Nie było tam wifi, ale miałem bezpieczne miejsce na nocleg i czyste toalety z prysznicem. Nieźle.

Z rana potrzebowałem kilku godzin by ktoś mnie zabrał, więc nie było tak łatwo jak to sobie wyobrażałem, jednak stopowałem z kartką na której widniało Asunción, a biorąc pod uwagę wielkość kraju było to daleko, aż trzysta kilometrów. Miałem lifta bezpośrednio do stolicy z kierowcą tira i od razu zaskoczyła mnie jego wersja hiszpańskiego, była ona tak doprawiona indiańskim językiem guarani, że miewałem problemy ze zrozumieniem. A wierzę że starał się on jak mógł by mówić do mnie w standardowym hiszpańskim. Mknęliśmy w większości przez płaskie tereny, jedynie bliżej Asunción zrobiło się pagórkowato, przydrożne mangowce pokryte były kwieciem, a małe domki wyglądały na schludne i zadbane. Wyczuwało się poczucie estetyki, było miło. A jak miło jest jak jest miło.

W stolicy wyczekiwał mnie Chalo z Couchsurfing. Gdy dotarłem do jego małego mieszkania pracował on właśnie w GIS-ie nad mapą do swojej pracy dyplomowej i super było wskoczyć tak od razu na temat związany z moim wykształceniem. Wyjaśnił mi on także o co chodziło z językiem guarani. Paragwaj był tak naprawdę krajem dwujęzycznym i o ile wcześniej guarani był kojarzony z niższymi klasami i chłopami, w ostatnich latach stał się modny i ludzie w stolicy zaczęli go masowo studiować i pokazywać w towarzystwie swoje zdolności językowe. W paragwajskim hiszpańskim natomiast wymawianie litery r jak w amerykańskim angielskim stało się eleganckie, a pochodziło to z guarani. Było to wielkie odrodzenie tego lokalnego języka, coś niespotykanego na taką skalę w Amerykach. W mieście i okolicy zwiedziłem leniwe miasteczko Areguá i pobliskie jezioro Icaparaí, gdzie miejscowi relaksowali się w weekendy. Udałem się też do słynnego i całkiem fotogenicznego Mercado 4, brudnego i śmierdzącego bazaru, gdzie ponoć można było kupić wszystko, od warzyw i owoców, po broń palną i ludzkie organy. Tych ostatnich jakoś nie widziałem, ale nie zaglądałem rzeźnikowi pod ladę.

Przydrożne rzeźby w Paragwaju
Przydrożne rzeźby w Paragwaju
W Asunción rozważałem jechanie do Boliwii bezpośrednio przez paragwajskie Chaco, ale powiedziano mi że tamtejsza droga jest w rozsypce. Uwielbiałem przedzierać się przez takie drogi, tak jak moje wcześniejsze stopowanie w brazylijskiej Amazonii, ale tym razem miałem deadline'a o imieniu Aileen. Postanowiłem pojechać argentyńską drogą krajową nr 81 ciągnącą się równolegle do granicy. Była to trasa używana przez tiry ściągające do Paragwaju tanie samochody z chilijskiej strefy wolnocłowej w Iquique. Po długiej jeździe starym autobusem dotarłem do Puerto Falcón gdzie przekroczyłem pieszo granicę około ósmej wieczorem. Znowu Argentyna, znowu dobre wifi i wyśmienite espresso na ich stacjach benzynowych.

Po śniadaniu złapałem pierwszego stopa w pół godziny. Dziewczyna na małym motocyklu podrzuciła mnie na checkpoint żandarmerii gdzie pracowała. Po kilkunastu minutach miałem kolejnego lifta za sprawą żandarmów, którzy poprosili paragwajskiego kierowcę by mnie zabrał. Wielkie dzięki panowie. Wylądowałem w Formosie wczesnym popołudniem i po krótkiej chwili złapałem następnego paragwajskiego tira. Droga ta bez nich byłaby zupełnie pusta. Wieczorem kierowca zaprosił mnie na grilla w przydrożnej restauracji, a po kilkugodzinnej drzemce kontynuowaliśmy razem do godziny trzynastej dnia następnego. Przecięliśmy razem prawie całe argentyńskie Chaco z kaktusami i drzewami butelkowymi po obu stronach drogi prostej jak drut. Wysiadłem na skrzyżowaniu z drogą krajową nr 34. W półtorej dnia zrobiłem około osiemset kilometrów, byłem już blisko boliwijskiej granicy.

Na krzyżówce znalazłem stację z prysznicami, więc najpierw wyprałem siebie, a potem ciuchy które w tym upale były suche już po godzinie. Lifta do Tartagal złapałem w kilka minut i wczesnym wieczorem, po dwóch kolejnych stopach, dotarłem do przygranicznego Pocitos gdzie rozbiłem się przy posterunku policji. Z rana wydałem ostatnie argentyńskie peso, były one bezwartościowe poza Argentyną, i przekroczyłem granicę z tą piękną mieszanką podjarania i strachu. Ponownie, słyszałem wiele historii o Boliwii, przede wszystkim że był to najbiedniejszy i najmniej rozwinięty kraj na kontynencie. Z jednej strony oznaczało to że wszystko było tanie i zaraz wszamałem kopiec empanad. Z drugiej strony zastanawiałem się jak jest z bezpieczeństwem, autostopem, czy choćby tak trywialną rzeczą jak komunikacja miejska. Nie widziałem żadnych autobusów, jedynie białe słabo oznakowane minibusiki sprowadzane najczęściej z Azji. Jeden z nich zawiózł mnie za kilka centów do Pajoso gdzie kierowcy tirów robili odprawę celną. Tam już po kilku minutach miałem lifta. Czyżby Hitchwiki było w błędzie?

Wyczytałem tam że autostop nie należał do łatwych w Boliwii i że wielu miejscowych oczekiwało zapłaty za podwiezienie. Mówienie po hiszpańsku z pewnością mi pomagało, nie miałem problemu z zapytaniem kierowcy czy podrzuci za darmo. Zaskoczyła mnie jednak jego odpowiedź. Stwierdził że nigdy nie wziąłby kasy od autostopowicza. Czy był on wyjątkiem. Gdy dowiedział się że mam przyzwoitą kamerę poprosił mnie o sesję zdjęciową ze swoim tirem po czym zaprosił mnie na obiad. Rozstaliśmy się w Villamontes gdzie prędko złapałem stopa na kolejne dziesięć kilometrów. Szybko nauczyłem się że samochody z naklejkami wzdłuż górnej części przedniej szyby to taksówki więc zacząłem ignorować ich klaksony i mruganie światłami by mnie zabrać za opłatą. Po kilku chwilach zabrał mnie sportowy samochód na argentyńskich blachach. Gościu był Boliwijczykiem od lat mieszkającym w Salta i jechał prosto do Santa Cruz de la Sierra. Wypiliśmy po drodze kilka piw i po dotarciu na miejsce powiedział mi że zmieniłem jego życie. Czasem autostopowicz jest jednocześnie psychoanalitykiem, jego anonimowość pozwala się otworzyć. Uścisnąłem mu dłoń i życzyłem najlepszego.

Było późno gdy wysiadłem z samochodu, do centrum i tamtejszych hosteli było wciąż daleko i byłem tak zmęczony że postanowiłem się zdrzemnąć gdziekolwiek, chociażby na zacisznej ulicy, tym bardziej że dzielnica wyglądała na bezpieczną i bogatą. Był to mój pierwszy dzień w Boliwii, a już cały strach przed nieznanym zniknął. Wstałem przed świtem i pomaszerowałem do centrum poszukać hostelu. Santa Cruz to stare kolonialne miasto z piękną architekturą i spokojną atmosferą. Czułem się nieco jak w Brazylii, na ulicach prawdziwa mieszanka kolorów skóry, ludzie wydali mi się przyjaźni i otwarci. Pomimo że nikt z Couchsurfingu nie mógł mnie ugościć, wielu ludzi chciało się ze mną spotkać i musiałem wybierać z kim wyjść wieczorem. Na początek wypiłem kilka piw z Julią po czym zostałem zaproszony na kolację przez Erickę. Musiała ona pracować do późna, ale ponieważ była menedżerką, zaprosiła mnie do restauracji gdzie pracowała. Można połączyć obowiązki z przyjemnościami. Po zamknięciu poszliśmy potańczyć przy rytmach elektro i tam wysłuchałem kolejnej szokującej historii życiowej.

Ericka urodziła się w Santa Cruz, ale jej rodzice wyemigrowali do Hiszpanii gdy była dzieckiem. Podczas wyprawy do Francji przed kilkoma laty zatrzymała ją policja i, pomimo że spędziła większość życia  Europie, z jej papierami wciąż nie było wszystko okej. Została aresztowana, przewieziona do obozu dla nielegalnych imigrantów i ostatecznie deportowana do Boliwii. Jej rodzice wciąż mieszkali w Hiszpanii. To było coś co cywilizowany Zachód robił bez przerwy, rozdzielał rodziny. Było jej trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nie miała przyjaciół, prawie żadnych krewnych, czuła się jak obca. Przejebane. Następnego dnia poszliśmy razem na obiad, po czym dopchaliśmy się kawą i lodami na pięknym placu przykatedralnym rozkoszując się leniwym niedzielnym popołudniem. Niedługo potem wskoczyłem do hostelu by odebrać plecak i ruszyłem dalej licząc w głębi duszy że Ericka któregoś dnia będzie mogła swobodnie podróżować jak obywatele Europy, Chile czy Brazylii i że zobaczy znowu swoich rodziców. Życie bywa tak niesprawiedliwe. Nie wybieramy miejsca swoich narodzin.

Aby zacząć stopować musiałem uniknąć chaosu przedmieści, wziąłem więc taksówkę do Satelite Norte, a potem kolejną do Warnes. Zajęło mi trochę ogarnięcie skąd odjeżdżają dlatego też dotarłem na stację benzynową gdy się ściemniało. Miejscowe stacje różniły się bardzo od stacji które znałem do tej pory. Międzynarodowe marki nie istniały na tutejszym rynku po nacjonalizacji przeprowadzonej przez Evo Moralesa, socjalistycznego prezydenta. Ich standard był niski, nie było tam sklepów czy kawiarni, żadnego wifi, ale wciąż na niektórych można było znaleźć prysznice, w szczególności na upalnych nizinach. Po nocnej walce z mrówkami zakończonej połamanym pałąkiem namiotu, szybko zabrałem się do Montero. Tam, by dotrzeć na punkt poboru opłat który był jednocześnie policyjnym checkpointem, wskoczyłem na moto taxi które kosztowało grosze.

Następnego tira złapałem niemal natychmiast i coś mi się znowu nie zgadzało. Czytałem i słyszałem że jednym z powodów dla którego stop był tak powolny były stare, rozpadające się pojazdy. Niczego takiego nie zauważyłem. Niektóre ciężarówki wciąż miały oryginalne tablice rejestracyjne więc łatwo było odgadnąć skąd zostały sprowadzone: Szwecja, Norwegia, Niemcy i inne kraje europejskie. Większość była w miarę nowa. Mój kierowca powiedział mi że Morales zmienił prawo i akcyza na używane samochody spadła, ale nie można już było importować pojazdów starszych niż pięć lat. Cwane. Pod koniec dnia dotarłem do Ivirgarzama po kilkugodzinnym zastoju w jednej z wiosek. Miejscowi pokazali mi Coliseo, zadaszone boisko do koszykówki, gdy zapytałem o miejsce na mój namiot. Idealne schronienie przed zbliżającą się burzą. Była tam tablica wcementowana w ścianę z napisem: "Współfinansowane przez Unię Europejską." W Boliwii?

Istniały inne, podobne projekty, Europa od dawna starała się tworzyć nowe miejsca pracy by odciągnąć ludzi od uprawiania koki. Stany Zjednoczone robiły to w swój sposób, miały tam swoje wojsko i agentów DEA** do niszczenia upraw z powietrza. Morales, jako były hodowca koki w końcu wykopał Amerykanów. Koka była uprawiana i używana przez miejscowych od stuleci, jeszcze przed powstaniem Imperium Inków. Dopiero pod koniec XIX wieku w Niemczech wyizolowano z niej po raz pierwszy kokainę. Większość obecnie uprawianej koki była na krajowe spożycie, głównie w formie liści do żucia, do parzenia herbat i do wyrobu lekarstw i było to w Boliwii znowu legalne. Jednocześnie zaczęto mocno ścigać farmerów sprzedających na czarnym rynku w myśl polityki Moralesa 'Koka tak, kokaina nie!'*** Polityka ta zaczęła przynosić efekty, choć Stany Zjednoczone nie chciały się do tego przyznać. Morales miał odwagę powiedzieć wielkiej Ameryce: "wypad z mojego podwórka" i spróbować nowego podejścia do problemu, a Unia Europejska, wbrew Stanom Zjednoczonym zaczęła go w tym wspierać finansując chociażby elektroniczny system rejestracji farmerów i transportów. Czy Ameryka kiedyś zacznie patrzeć trzeźwo?

Kolejka linowa w La Paz w Boliwii
Kolejka linowa w La Paz
Nad ranem szybko zabrała mnie ciężarówka jadąca aż do Cochabamby. Po kilku godzinach łatwej jazdy przez równiny droga zaczęła się wić pod górę. Ciemnozielona dżungla wkrótce zniknęła w gęstej mgle. Płynęliśmy przez to mleko przez godzinę czy dwie i gdy w końcu zaczęło się rozrzedzać ujrzałem sosnowy las, jeziora i pola ziemniaczane. Z rana tropiki a już w południe umiarkowany klimat. Pozwiedzałem w ekspresowym tempie historyczne centrum i zacząłem szukać busa by wydostać się z miasta. Chciałem jechać dalej, ktoś już mnie wyczekiwał w La Paz.

Najpierw wziąłem minibusa do Colcapirhua a następnie do Vinto. Pewnie dało się dojechać bezpośrednio na stację benzynową w Vinto, ale nie udało mi się takiego busa znaleźć. Nie była to najlepsza stacja do stopowania, głównie taksówki i autobusy, więc wziąłem taxi by dotrzeć na bramki w Suticollo. Połowa budek była zamknięta, panowało jakieś święto i niezły tłumek, z piwami w rękach, tańczył przy głośnej muzyce. Tak, na stacji poboru opłat! Co za wolny kraj.

Noc była zimna, pakując z rana połamany namiot na kartoflanym polu nieźle się trząsłem. Za bramkami widziałem ludzi, najczęściej kobiety w tradycyjnych strojach, łapiących stopa. Oferowali oni pieniądze, pewnie mniej niż kosztował autobus, więc na pewno musiałem tu wspomnieć o darmowym lifcie, by nie być potem zaskoczonym. Po kilku godzinach zabrała mnie rodzina jadąca do Parotani. Za tą wioską droga pięła się jeszcze wyżej aż na sam szczyt lodowatego Altiplano. Po pół godziny zatrzymał się tir z bardzo ciężkim ładunkiem, nasza prędkość rzadko przekraczała pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wtoczyliśmy się na dach Ameryk po wielu godzinach zapierającej dech jazdy.

Od Caracollo jechaliśmy dwupasmową drogą która wciąż była w budowie, więc pomimo tego że w końcu było płasko, nasza prędkość nie wzrosła za wiele przez roboty drogowe. Pomijając kilka krótkich odcinków podmiejskich była to pierwsza droga ekspresowa z prawdziwego zdarzenia w Boliwii, być może najwyżej położona droga tego typu na świecie. Połączyć miała ona La Paz i Oruro, miasta oddalone od siebie o ponad dwieście kilometrów. Kolejny mit na temat Boliwii obalony. Słyszałem same narzekania na temat standardu tutejszych dróg i być może drugorzędne drogi były w opłakanym stanie, ale drogi główne które przymierzyłem były jak najbardziej w porządku. Morales pompował pieniądze z gazu zresztą nie tylko w infrastrukturę, ale również w wiele projektów społecznych. W kraju zachodziły szybkie zmiany i widać było że społeczeństwo na tym korzystało. Istniała jednak pewna obawa odnośnie Moralesa, próbował on mianowicie majstrować przy konstytucji by pozostać dłużej przy władzy. Został on wybrany demokratycznie, a w demokracji nikt nie rządzi wiecznie.

- Trzymaj pięć bolivianos na taksówkę.
- Nie, nie trzeba. Przejdę się - odmówiłem zarzucając na grzbiet plecak.
- Krzyżówka jest daleko, trzymaj! Powiedz kierowcy że chcesz dojechać do skrzyżowania z czwórką.
- Okej, wielki dzięki.
Po chwili siedziałem w taksówce i kierowca tira miał rację, rozjazd był dość daleko po drugiej stronie Patacamaya. Droga krajowa nr 4 używana była przez wiele ciężarówek przewożących produkty z Chile, mógłby to być niezły spot, ale jak tam dotarłem było już zupełnie ciemno. Rozbijać się tu, na Altiplano? Nie ma mowy! Musiałem kontynuować. Założyłem kamizelkę odblaskową, nabazgrałem szybko La Paz i pierwszy tir się zatrzymał. Dwie godziny później byłem już w ciepłym mieszkanku Guely.

Poznałem Guely w Valpo, koczowała ona w La Valija przez jakieś dwa tygodnie. Była ona artystką produkującą muzykę noise i był to powód dla którego pojechała do Chile, w Valparaíso odbywał się festiwal noise. Spędziłem kilka dni w La Paz głównie na jej chacie bawiąc się muzyką, ale wyszliśmy też kilka razy na eventy organizowane przez Guely i jej znajomych, czy tak po prostu pozwiedzać. Jednego dnia udaliśmy się do El Alto, satelickiego miasta zbudowanego na krawędzi płaskowyżu, które przerosło La Paz. Dla tego drugiego, wybudowanego wewnątrz naturalnej misy, zaczęło brakować ziemi do dalszej rozbudowy. W El Alto w każdą niedzielę odbywał się ogromny pchli targ, chyba największy w Ameryce Południowej, a widok podczas zakupów był niesamowity. Babuszki w tradycyjnych andyjskich strojach, La Paz w dole i biały majestatyczny szczyt góry Illimani sięgający ciemnobłękitnych niebios.

La Paz było siedzibą rządu i oczywiście przechodziło zmiany jeszcze intensywniej. Władze miasta wprowadziły pierwszych kilka linii autobusów miejskich z prawdziwego zdarzenia, z dużymi wygodnymi pojazdami z wifi na pokładzie. Plan zakładał wyrzucenie wszelkich mikro i mini busów z centrum, które były niewygodne i powodowały ogromne korki. Wsiąść do takiego busika z wielkim plecakiem to nie lada wyzwanie. Rząd zdecydował się połączyć La Paz i El Alto w jeszcze wydajniejszy sposób niż autobusy. Zaczął budować kilka linii kolejki linowej. Pierwsza linia została inaugurowana krótko przed moim przyjazdem i właśnie tą kolejką wróciliśmy razem z Guely z pchlego targu. Mogła zabrać aż dziesięć pasażerów co każde dwanaście sekund, a bilet kosztował prawie tyle samo co przejażdżka autobusem. Grosze. Porywający widok był wliczony w cenę.

Po kilkudniowym relaksie w La Paz pogoniłem dalej na północny zachód w kierunku największego jeziora na kontynencie, słynnej Titicaki. Najpierw zabrałem się do El Alto, tym razem mikrobusem i tam ugrzązłem starając się rozgryźć który bus mógłby mnie dowieźć na koniec miasta, były ich setki. El Alto było niesamowicie zakorkowane i co ciekawe ruchem sterowały tam policjantki ubrane w suknie wzorowane na tradycyjnych i do tego odblaskowe kamizelki. Musiałem męczyć się aż trzy razy z zapakowaniem i wypakowaniem z busa by dotrzeć na Peaje Vilaque. Po chwili miałem lifta ze starszym dziadziem do Huariny. Ruch był niewielki, ciężarówki używały innej drogi by dotrzeć do granicy z Peru, więc mogłem liczyć jedynie na turystów i pielgrzymów zmierzających do Copacabany. Maszerowałem przez kilka kilometrów aż zabrała mnie terenówka jadąca do Pablo de Tiquina gdzie znajdowała się przeprawa promowa. Czerwone wieczorne niebo odbijało się w krystalicznie czystej wodzie jeziora. Drewniany rozklekotany prom zdawał się zaraz rozpaść, jednak dowiózł mnie bezpiecznie na drugą stronę cieśniny oddzielającej dwa akweny. Po zmroku zauważyłem błyskawice w oddali, czas było znaleźć jakieś schronienie. Starsza kobieta zaproponowała mi bym rozbił się przed jej domem i tak też zrobiłem, jednak gdy usłyszałem pierwsze krople uderzające mój namiot, przeniosłem się na pobliską budowę. Mój namiot nie nadawał się na burzę, szczególnie teraz ze złamanym pałąkiem.

Noce nie były aż tak zimne jak się obawiałem, nad ranem w okolicach zera, bez tragedii. Potrzebowałem dwóch liftów i jakieś pięć godzin by dotrzeć do Copacabany. Miasteczko pełne było pielgrzymów, miejscowa bazylika była sanktuarium słynnym w całej Boliwii i Peru i trwały tam właśnie obchody jednego z najważniejszych świąt w roku. Wszystkie samochody miały szyby udekorowane kwiatami. Istotna część tych obchodów miała miejsce na Wzgórzu Kalwarii na które się wdrapałem z innymi pielgrzymami z całym swoim chłamem na plecach. Na szczycie szamani odprawiali ceremonie trzymając w rękach krzyże i litrowe butelki z chichą**** lub piwem, rozlewając przed każdym łykiem odrobinę na ziemię w podarunku dla Pachamamy. Słońce odbijało się w nieskończonej toni jeziora, woń palącego się wosku mieszał się z zapachem kwiatów i ziół tak jak katolicyzm mieszał się tu z miejscowymi wierzeniami. Czuło się tu piękną dziwność i dziwne piękno.

Granica z Peru oddalona była o zaledwie dziesięć kilometrów i dotarłem tam tuż przed zachodem słońca razem z młodą parą, która nigdy wcześniej nie zabrała autostopowicza z Europy. Pierwszą rzeczą która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu granicy były trzykołowe moto riksze, zupełnie jak te na ulicach azjatyckich miast. Nie spodziewałem się tego w ogóle. Po jakiejś godzinie spędzonej w kafejce internetowej nagle zgasły wszystkie światła. Zabrakło prądu, pewnie efekt zbliżającej się burzy. Budynki wokół rynku miały arkady, więc usiadłem pod jedną z nich zastanawiając się gdzie tu się rozbić. Panowała totalna ciemność, nie widziałem nic. Po chwili pojawili się jacyś faceci w mundurach z latarkami w rękach więc zapytałem się ich wprost czy nie mógłbym rozbić namiotu w miejscu w którym siedziałem. Nie mieli nic przeciwko. Nie miałem pojęcia kim byli, nie była to policja, już bardziej prywatna ochrona. Po co stali tam na zmianę przez całą noc? Pierwszy dzień w nowym kraju.

Po wypiciu rozgrzewającego napoju, a miejscowi po obu stronach granicy przyrządzali pyszne gorące napoje z kukurydzy, komosy ryżowej i innych zbóż, pomaszerowałem na wylotówkę gdzie ugrzązłem na kilka godzin. Jedynymi pojazdami były nieoznakowane taksówki i minibusy, ani jednej ciężarówki. Wziąłem w końcu jednego busa do krzyżówki z główną drogą, jednak ruch tam nie był o wiele większy. Wyglądało na to że jeszcze mniej ludzi miało tu własny samochód niż w Boliwii, a jeśli już go ktoś miał, to używał go jako taxi. Kilka osób zatrzymało się, ale jak tylko zapytałem czy podwiozą za darmo, odjeżdżali bez słowa. Około południa w końcu ktoś był na tyle ciekawy by wysłuchać mojej historii i nie skasować mnie za stopa.

Ludzie z Altiplano wyglądali zupełnie inaczej niż ludność z innych regionów, ich twarze, kolor ich skóry, ich stroje. Były to głównie ludy Ajmara i Keczua. Nie tylko wyglądali oni inaczej, ale również zachowywali się odmiennie, wydawali się bardziej zimni i zamknięci, odpowiadali zaledwie kilkoma słowami i rzadko zadawali pytania, jakby nie byli ciekawi skąd przybyłym i co robię w ich kraju. Oczywiście istniały wyjątki, ale takie było moje generalne odczucie. Czy było to spowodowane tylko geografią, surowością klimatu, czy może po przybyciu Hiszpanów stali się tacy by chronić siebie i swoją kulturę. Albo może ja coś robiłem nie tak. W każdym bądź razie kulturowa różnica była ogromna.

Po godzinnej jeździe wylądowałem w miasteczku o nazwie Juli. Idąc na wylotówkę zastanawiałem się ile zajmie mi złapanie stopa tym razem. W jakim szoku byłem gdy zatrzymał się pierwszy samochód i gdy parka w środku odparła: "oczywiście że cię podwieziemy za darmo!" Wysadzili mnie w Puno gdzie na obiad zjadłem rybę z jeziora Titicaca po czym wskoczyłem do minibusa by dotrzeć na peryferia. Peruwiańskie miasta z dala od turystycznych szlaków miały dziwną atmosferę. Już na boliwijskim Altiplano było egzotycznie, wszystkie te domy z nieotynkowanych pustaków z wielkimi metalowymi drzwiami. W Peru wyglądały podobnie, ale setki moto riksz na ulicach dodawały im orientalnego posmaku. Tylko wysiadłem z busika zatrzymał się przede mną znajomo wyglądający samochód. "Wskakuj, musimy jechać do Juliaki!" Kolejny lift z ta samą parą.

Około trzeciej po południu dotarłem do kolejnego chaotycznego miasta. Bus, który o dziwo miał swój numer wypisany na szybie, zabrał mnie na policyjny checkpoint z dala od centrum. Zajęło mi jakąś godzinę złapanie stopa, tym razem ze strażnikiem więziennym który zmierzał do Ayaviri. Jechaliśmy przez tundropodobny krajobraz, ciemne apokaliptyczne chmury wisiały nisko. Nasza rozmowa wyglądała jak wywiad, najpierw on zadał mi dziesiątki pytań odnośnie mojej podróży, potem była moja kolej, wciąż nie rozumiałem tak wielu rzeczy w tym kraju. Wysiadłem na obwodnicy w nadziei że złapie coś przed zmrokiem, plan jednak się nie powiódł więc udałem się do jednej z przydrożnych restauracji by rozgrzać się kawą. Właściciele byli bardzo rozmowni i nawet poczęstowali mnie kankocho, grillowaną baraniną która była specjalnością Ayaviri. Powiedzieli mi również o nowo wybudowanym dworcu autobusowym gdzie mogłem się przekimać. Super.

Zajęło mi zaledwie dziesięć minut złapanie stopa z rana i był to tir jadący bezpośrednio do Cuzco. Kierowca nie oczekiwał ode mnie żadnych pieniędzy i dał cynka że tirowcy w Peru na ogół zabierają za darmo. Wyglądało to inaczej w przypadku prywatnych samochodów, były one drogie i nie można było sprowadzać aut używanych. To dlatego większość pojazdów to tanie marki z Azji w tym moto riksze. Zakup samochodu był inwestycją którą trzeba było jakoś odpracować, taxi było jedną z opcji. Mój kierowca jeździł często do sąsiednich krajów zaczęliśmy więc zabawę w porównania. Dostałem też wiele porad na temat jedzenia i co warte było spróbowania, peruwiańska kuchnia słynęła na całym kontynencie a może i dalej. A najlepsze było to że dwudaniowy obiad mogłem dostać już za półtorej dolara.

Chodzenie po centrum Cuzco było jak chodzenie we śnie. Kolonialna architektura z kamiennymi murami i śródziemnomorskimi dachami była przepiękna. I te kościoły co krok, jakby peruwiańska wersja Krakowa. Jako jedna z największych atrakcji turystycznych Peru Cuzco było zadbane, a chaos i brud innych miast wydawał się niesamowicie odległy. Wieczorem wylądowałem w hostelu prowadzonym przez gościa o imieniu Pakari, jego hostel nazywał się identycznie. Był on zaledwie minutę drogi od rynku i kosztował niewiele. Pakari znalazł też dla mnie stary pałąk do namiotu. W porzo koleś. Jedną z pierwszych rzeczy które chciałem zrobić w Cuzco było potwierdzenie tego czego do tej pory udało mi się dowiedzieć o najtańszym sposobie dotarcia do Machu Picchu. Pominięcie tego cudu nie wchodziło w grę.

Ruiny Machu Picchu w Peru
Machu Picchu
Większość podróżników docierała tam po kilkudniowym trekkingu Szlakiem Inków. Z drugiej strony większość turystów dojeżdżała tam szybkim pociągiem z Cuzco. Obie opcje były dość drogie. Oczywiście mogłem spróbować dojechać jak najbliżej się da na stopa, mogłoby to jednak zająć dni, gdyż nie było to blisko żadnej głównej drogi i większość ruchu była związana z obsługą turystów. Miałem dwa tysiące trzysta kilometrów i dwa tygodnie by zdążyć do Tumbes na przyjazd Aileen. Musiałem zrobić wyjątek od zasady "tylko autostop". Najlepszą opcją był sześciogodzinny autobus do Santa María, potem kolejne dwie godziny busem do Santa Teresa i w końcu taksówką do Hydroelektrowni. Stamtąd z buta. I to właśnie zrobiłem po dwóch dniach spędzonych w Cuzco. Zostawiłem rzeczy których nie potrzebowałem w hostelu, wspinanie się na Machu Picchu z dwudziestoma kilo pewnie by nieźle bolało.

Jazda autobusem była nudna jak cholera, jak ludzie mogą tak podróżować. Nie można pogadać z kierowcą, nie widać rozpościerającej się przede mną drogi. Większość ludzi ze słuchawkami w uszach albo chrapie. Na pokładzie była trójka innych backpackerów, ale mogłem z nimi zamienić słowo dopiero po przyjeździe do Santa María. Dwoje z nich zostało na noc w następnej miejscowości, a ja kontynuowałem podróż z wysokim, wikingowatym facetem o imieniu Ernesto, który tak naprawdę był z Argentyny. Szybko okazało się że nadajemy na tych samych falach. Po dotarciu do elektrowni uzupełniliśmy zapasy w żołądkach i pomaszerowaliśmy wzdłuż torów otoczeni dżunglą. Ciężko uwierzyć że jeszcze tego samego ranka trząsłem się z zimna.

Szliśmy dwie godziny, z czego ostatnie dwadzieścia minut po ciemku. W Aguas Calientes od razu poszliśmy kupić wejściówki i ja dostałem swoją bez problemu, ale Ernesto odszedł od kasy z pustymi rękami. Myślał że jako obywatelowi jednego z krajów Mercosur przysługuje mu zniżka, ta jednak była dostępna tylko dla mieszkańców Wspólnoty Andyjskiej. Zabrakło mu kasy i zaraz zaczął wysyłać wiadomości rodzinie i znajomym w Argentynie by pomogli. Być tak blisko i nie wejść? Tego samego wieczoru spotkaliśmy się z Taisą, polską Brazylijką z Foz do Iguaçu. Byliśmy w kontakcie odkąd opuściłem Brazylię i wiedziałem że będzie miała ćwiczenia terenowe z uniwerku w Peru, jednak i tak byłem zaskoczony że udało nam się tak zgrać czasowo. Najpierw odwiedziła mnie w hostelu w Cuzco, a teraz byliśmy razem u bram Machu Picchu. Po kilku piwach poszliśmy z Ernesto na jedyny kemping w wiosce. Chciałem wstać grubo przed wschodem słońca.

Spotkałem się z Taisą i jej peruwiańskimi znajomymi przed bramą wejściową gdzie kolejka szybko zaczęła się zawijać. Wszyscy z nas chcieli się dostać do Machu Picchu zanim watahy turystów zaczną wjeżdżać tam autobusami. Zaczęliśmy wspinać się po niekończących się schodach o szóstej rano. Był to trek pełen potu i zadyszki. Po godzinie dotarliśmy do kolejnej bramy gdzie sprawdzono nam bilety po raz kolejny i gdzie zostałem zmuszony by zostawić mój plecak w przechowalni i zapłacić za to dodatkowo, pomimo że wszyscy dookoła wchodzili z plecakami. Dlaczego? Dlatego. Niezła obsługa klienta panie i panowie. Starałem się to ignorować, wiedziałem że brakuje kilku schodów by je zobaczyć. Słońce oświetlało już strome szczyty otaczające miasto Inków. Pierwszy widok był zdecydowanie zapierający dech w piersi, szczególnie po takiej wspinaczce. Jak oni to zbudowali? I dlaczego akurat tutaj? Miejsce to miało coś w sobie, choć nie należałem do tych którzy czuli tu połączenie z antyczną cywilizacją, kosmosem, czy obcymi, nie miało ono dla mnie żadnej duchowości którą tak wielu twierdziło że ma. Może nie byłem tak uduchowionych, a może, co bardziej prawdopodobne, moja duchowość nie miała nic wspólnego z tego typu miejscami, dla mnie było to po prostu piękne miejsce. I mam tu na myśli naprawdę przepiękne miejsce.

Zejście do Aguas Caliente było dużo łatwiejsze i mieliśmy po drodze z Taisą miłą pogawędkę. Fajnie było znowu ją zobaczyć, to jest prawdziwe piękno podróżowania, nie tylko poznawanie ludzi, ale spotykanie ich po raz kolejny. Na kempingu wpadłem na Ernesto i dwie pary z Chile które dopiero przybyły, wszyscy chcieli wiedzieć jak było, a ja wolałem tylko powiedzieć: zobaczycie sami. Wróciłem tego samego wieczoru do Cuzco i po jednodniowym odpoczynku ruszyłem dalej w trasę.

Chciałem jechać prosto do Limy, ale jedna couchsurferka ze stolicy napisała mi że będzie na weekend ze znajomymi w Huancayo i że jestem tam mile widziany. Słyszałem że większość kierowców jadących do Limy wybierała drogę PE-30A, wiodącą przez Nazca i potem wzdłuż wybrzeża, ale dystans pomiędzy Cuzco a Limą via Huancayo był niewiele większy i teraz miałem tam kogo odwiedzić. Dobra, jadę!

Poranek miałem leniwy i prawie jak zawsze dotarłem na dobrą miejscówkę późno. Z końcowego przystanku minibusa zacząłem iść w kierunku ostatniej stacji benzynowej w Poroy. Nagle usłyszałem: "hej polaco!" Kto mnie do jasnej cholery tu zna? Była to jedna z par poznanych na kempingu w Aguas Calientes. Próbowaliśmy stopować razem przez jakiś czas, ale złapanie lifta nocą wydawało się niemożliwe. Ochin i Max chcieli rozejrzeć się za jakimś płaskim kawałkiem łąki, ale ja zasugerowałem stację. Nigdy wcześniej tego nie robili i zaskoczyło ich że po chwili nasze namioty stały rozbite tak po prostu na parkingu dla pracowników. Noc była naprawdę zimna, ale jakże przyjemny był gorący prysznic z rana. Ciężko było zakręcić kurek.

Byliśmy naprawdę zaskoczeni wielkością ruchu, liczyliśmy na masę ciężarówek, a droga była wyludniona. Na parkingu poznaliśmy dwóch tirowców, którzy z chęcią by nas zabrali, ale czekali oni wciąż na telefon od szefa. Może wyruszą za godzinę, może następnego dnia. Czas płynął leniwie na poboczu, pykło jedno piwo, potem kolejne i jeszcze jedno. Miło było usłyszeć znowu chilijski akcent. W końcu późnym popołudniem, dwóch kierowców z parkingu zaczęło do nas machać krzycząc: "pakujcie się, jedziemy." Ochin i Max wskoczyli do jednego tira, ja do drugiego. Po jakiejś godzinie gadanego zasnąłem, piwa zrobiły swoje.

Obudziłem się gdy zatrzymała się ciężarówka. Szybko zerknąłem na mapę. By to szlag, minęliśmy rozjazd na Huancayo.
- Ja tu wysiadam, mówiłem że chcę jechać do Huancayo - powiedziałem wciąż mocno zaspany.
- Ale musisz najpierw dojechać do Limy.
- Dlaczego? Przecież jest droga z Abancay która przez Ayacucho wiedzie do Huancayo.
- Żaden tir tamtędy nie jeździ.
- Muszą być tam jakieś samochody.
- Być może, nie wiem. Ja bym jechał najpierw do Limy.
- To przecież dwa razy dalej! Wysiadam, spróbuję tą drogą.
Pożegnałem się z kierowcami i towarzyszami stopa i zacząłem szukać jakiegoś sklepu. Umierałem z głodu. Była druga w nocy, ale i tak coś znalazłem po czym przekimałem się do piątej.

Z rana zabrałem się w ciągu dziesięciu minut i po godzinie byłem z powrotem na krzyżówce. Miałem wrażenie że nie straciłem aż tak dużo czasu. Na kolejnego lifta czekałem godzinę i tym razem była to terenówka z młodym kolesiem za kierownicą. Wysadził mnie w Carhuacahua gdzie po chwili miałem kolejnego stopa na tyle małej ciężarówki. Powietrze pachniało eukaliptusem, otaczały mnie ośnieżone szczyty Andów

Po godzinie miałem stopa z powrotem do skrzyżowania z główną drogą. Przy odrobinie szczęścia dotarcie do Huancayo na weekend było wciąż możliwe. Minęła godzina i nic, druga godzina, bez zmian. Zapytałem faceta który przeszedł obok gdzie mógłbym zdobyć wodę i jego odpowiedzią była: "rzeka". W drodze by obadać tę rzekę zauważyłem ciężarówkę w oddali więc zacząłem machać rękami i udało się. Wdrapałem się przez otwarty dach na pakę i najpierw zobaczyłem dwa plecaki, potem dwóch chłopaków. Kolumbijczycy. Jeden z nich był głuchoniemy więc drugi tłumaczył, ale obaj mieli zajebiste poczucie humoru. Nagle zatrzymaliśmy się, otworzyły się boczne drzwi i wskoczyła kolejna dwójka autostopowiczów. Ja cię kadzę, Pancha i Pelao, druga chilijska para z kempingu pod Machu Picchu. Ale jaja.

Droga pięła się pod górę, a my gadaliśmy, łaziliśmy w kółko, robiliśmy zdjęcia lub leżeliśmy w bezruchu. Moja ekipa żonglowała też lub robiła biżuterię by sprzedawać ją na ulicach. Brakowało nam tylko jednego. Wody. Z każdą godziną robiło się coraz zimniej, zaczęliśmy zakładać kolejne warstwy ciuchów, aż w końcu wskoczyliśmy w śpiwory. Noc była cholernie zimna, udało mi się jednak nieco przespać. Gdy ciężarówka zatrzymała się było tuż przed wschodem słońca i gdy kierowca poinformował nas że dalej nie jedzie, od razu pobiegłem kupić wodę. Piłem jak wielbłąd.

Droga krajowa PE-1N przez pustynie na północ od Limy
Droga krajowa nr PE-1N na północ od Limy
Byłem w mieście o nazwie Nazca, otoczony pustynią ze słynnymi geoglifami. Po krótkiej wędrówce razem życzyłem Kolumbijczykom szczęścia w dalszej podróży. Pancha i Pelao opuścili nas wcześniej by poszukać taniego noclegu. Gdy doczłapałem się na wylotówkę odświeżyłem się na ile się dało i znowu wystawiłem kciuka. Kilka sekund później siedziałem w wygodnej kabinie tira. Droga PE-1 była główną arterią kraju ciągnącą się od granicy z Chile po granicę z Ekwadorem. Jej spora część była w standardzie autostrady i była pełna ciężarówek.

Wysiadłem za miejscowością Ica i niestety ugrzązłem tam na kilka dobrych godzin. Było koło drugiej gdy w końcu złapałem stopa do Limy. Te kilka zmarnowanych godzin mogło wystarczyć by dostać się ze stolicy do Huancayo i dotrzeć tam późnym wieczorem. Musiałem jednak o tym zapomnieć, było już za późno. Gdy tylko zauważyłem fale Pacyfiku droga zamieniła się w dwupasmówkę a my kontynuowaliśmy podróż na ogół w ciszy przez następne godziny. Kierowca wyrzucił mnie bardzo blisko centrum. Miałem teraz dwie rzeczy do zrobienia: zadzwonić do ludzi z Huancayo tak by na mnie nie czekali i znaleźć tani nocleg. W łóżku byłem przed dziesiątą.

Lima wydawała się szara, może przez tę ciągłą zasłonę z mgły i jednolitych chmur wiszącą nad miastem. Nie miałem ochoty zostać tu kolejnej nocy. Ciekawostką Limy było wielkie China Town z naprawdę dobrymi i cenowo przystępnymi restauracjami tutaj nazywanymi chifas. W mieście żyła największa chińska diaspora Ameryki Łacińskiej. Wieczorem wziąłem autobus do Ancón i wysiadłem przy wadze dla tirów w pobliżu której się rozbiłem. Wciąż miałem siedem dni i tylko tysiąc dwieście kilometrów do spotkania z Aileen. Autostop działał dość dobrze na tym odcinku i zrobiłem ten dystans w trzy i pół dnia, w większości z ciężarówkami. Za szybą przez cały ten czas miałem odcienie bieli, żółci i szarości, pustynia która zaczęła się w środkowym Chile rozpościerała się prawie pod samą granicę z Ekwadorem. Tysiące kilometrów pustkowia z jedynie niewielkimi łatami zieleni w dolinach rzek.

Zamiast jechać od razu do Tumbes gdzie znajdowało się lotnisko, zatrzymałem się na ostatnie trzy dni w Máncorze. Była to najbardziej odwiedzana przez turystów miejscowość na północy Peru, przede wszystkim ze względu na dobre fale dla surferów. Było tam mnóstwo hoteli i hosteli, restauracje serwowały kuchnię z różnych stron świata, było tam czysto jak na peruwiańskie standardy, a słońce świeciło przez cały rok. Spędziłem większość tego czasu albo w przyhostelowym basenie albo na plaży czyli ał piecze mnie skóra. Do Tumbes wybrałem się dzień przed przylotem Aileen i nie było to tym razem łatwe stopowanie. Zajęło mi pięć godzin znalezienie lifta do miasta oddalonego zaledwie o sto kilometrów. Pięć godzin w słońcu. Ał. Przekimałem się jak zwykle na stacji benzynowej i z rana poszedłem do centrum miasta. "O pierwszej po południu, na schodach do katedry przy Plaza de Armas." Taki był nasz układ. Spojrzałem na zegarek, zostały cztery godziny. Jeszcze tylko cztery godziny.

__
*Gringo - w większości krajów Ameryki Łacińskiej słowo to oznacza obcokrajowca, na ogół o jasnej karnacji, z krajów innych niż Ameryka Środkowa i Południowa. W niektórych krajach gringo to osoba wyłącznie ze Stanów Zjednoczonych.
**DEA (Drug Enforcement Administration) - amerykańska agencja rządowa do walki z narkotykami w kraju jak i za granicą.
***Koka tak, kokaina nie! - potoczna nazwa polityki odnoszącej się do uprawy koki w Boliwii. Więcej informacji i danych na ten temat dostępne na stronie internetowej Andean Information Network.
****Chicha - w Boliwii jest to sfermentowany napój alkoholowy wyrabiany z kukurydzy. W innych krajach używa się innych składników i może być to napój bezalkoholowy.

Mecze Mistrzostw Świata na plaży Copacabana w Rio de Janeiro
Nie spodziewałem się żadnych problemów na granicy. Ja osobiście ich tu wcześniej nie miałem, ale poznałem osoby które przeszły przez małe przesłuchanie. Tym razem szło naprawdę gładko, Mistrzostwa Świata już się zaczęły i Brazylia starała się zaimponować całemu światu. Urzędnicy imigracyjni pracowali jak roboty, pieczątka i następny, pieczątka i następny.

Dzień był parny i gorący, powietrze wypełnione było tym dusznym a jednocześnie fascynującym zapachem tropików. Powiedziano mi że z granicy nie ma żadnego autobusu do centrum miasta, a że nie chciałem płacić za taksówkę, wystawiłem kciuka na spowalniaczach bezpośrednio przy wyjeździe z terminala granicznego. Po minucie miałem stopa z dwiema kobietami z Paragwaju będącymi w drodze do domu. Foz do Iguaçu było potrójną granicą, więc było tam mnóstwo aut z rejestracjami ze wszystkich trzech krajów. Wyglądało na to że Paragwaj nie będzie ciężki do łapanie stopa w przyszłości, ale teraz musiałem przejechać spory kawałek Brazylii by dotrzeć do Rio. I pamiętałem doskonale jak trudne to było, jak wiele czasu musiałem spędzić na posto BR by ktoś mnie zabrał. Teraz musiałem znaleźć jedno takie posto, na Hitchwiki nie było informacji na temat Foz.

Jak tylko dostałem się na jedną ze stacji benzynowych rozszalała się ulewna burza, która zatrzymała mnie na kilka godzin. Nie była to dobra miejscówka, to nie był jeszcze koniec miasta i tylko miejscowi tam tankowali. Pracownicy stacji byli w porzo i wytłumaczyli mi jak dostać się na dobre posto na autostradzie. Gdy tam dotarłem było prawie ciemno. Cały dzień zmarnowany tylko na to by dotrzeć na wylotówkę. Wokół stacji zaparkowanych było mnóstwo ciężarówek i przy odrobinie szczęścia możliwe było złapanie nocnego stopa bezpośrednio do São Paulo. Stamtąd miałbym już tylko czterysta kilometrów do Rio. Miałem kilka ciekawych pogawędek z kierowcami tirów, ale większość albo jechała do Paragwaju, albo w stronę Kurytyby, ale dopiero popołudniem następnego dnia. Znowu ugrzązłem na posto BR?

Przenocowałem się na platformie do przewożenia samochodów oczywiście za przyzwoleniem kierowcy tira który ją ciągnął. W tym momencie byłem już pogodzony z tym że nie dotrę do Rio na moje urodziny i mecz Chile - Hiszpania. Będą kolejne mecze i kolejne urodziny. Miałem tylko nadzieję że Francisco wciąż tam będzie kiedy przyjadę.

Wstałem wcześnie i po kilku kolejkach mocnej kawy którą większość stacji oferowała za darmo, ulokowałem się na wylocie z posto. W pobliżu była szeroka zawrotka która na brazylijskich autostradach robiła za węzeł i ludzie nie jechali aż tak szybko. Może uda mi się coś złapać prosto z drogi? Godziny mijały i dopiero koło południa ktoś mnie zabrał. Przyjemność stopowania w Brazylii. Był to konwój dwóch ciężarówek jadących aż do São Paulo. Kolesie rozmawiali wciąż na CB a ja słuchałem tej słodkiej muzyki jaką był brazylijski portugalski przypominając sobie wiele słów które wyleciały mi z głowy. Jechaliśmy przez cały dzień, zatrzymaliśmy się na noc i następnego dnia kontynuowaliśmy aż do późnego popołudnia. Wysiadłem blisko centrum miasta. Teraz musiałem wydostać się z tego osiemnastomilionowego szaleństwa.

Przejechałem raz na stopa przez São Paulo i nie wspominam tego za dobrze. Tym razem przestudiowałem mapy i inne strony zawczasu by być przygotowanym i przeskoczyć je szybko. Udałem się od razu na Terminal Tietê i zabrałem się autobusem do Jacareí, które znajdowało się już poza metropolią. Tuż przed zjazdem do tego miasta była stacja benzynowa z dużą restauracją, która wyglądała dobrze na Street View. Jakiś kilometr dalej znajdowały się również bramki i bardzo chciałem je wypróbować. Nie znalazłem żadnych informacji o stopowaniu na stacjach poboru opłat w Brazylii. W razie gdyby nie było to dozwolone, zawsze mogłem wrócić na stację.

Z rana udałem się na bramki z kartką na której napisałem Rio de Janeiro i narysowałem wielką uśmiechniętą buźkę. Po chwili zaczął się do mnie zbliżać jeden z pracowników. Wyrzucą mnie? Nie, musiałem się tylko przesunąć nieco dalej. Nie ma sprawy. Nie były to może tak dobre bramki jak w Polsce czy we Francji, nie było tam parkingów i toalet, zatrzymywanie się było niedozwolone, a zewnętrzne bramki miały coś w rodzaju viaTolla, więc była na nich większa prędkość. Ale i tak zrobiły swoje. I to w pięć minut! Zatrzymała się osobówka jadąca prosto do Rio. Co za zmiana.

Rio, do którego dotarłem po kilku godzinach, przywitało mnie ulewnym deszczem. Wysiadłem dość daleko od centrum ale nieopodal miałem stację podmiejskiej kolejki, więc nie stanowiło to problemu. Po dodatkowej przejażdżce autobusem znalazłem się niemalże na szczycie Santa Teresy, spokojnej dzielnicy niedaleko Lapy uznawanej za centrum miasta.

Zajęło mi chwilę znalezienie domu Daniela, chłopaka Moniki. Jego chata wypełniona była instrumentami, perkusja zajmowała sporą część salonu, w kątach stały gitary. Daniel, którego wielkie oczy miały ten przyjacielski błysk, był nauczycielem angielskiego a także muzykiem i piosenkarzem. Jego współlokatorzy również zajmowali się muzyką, pozytywne dźwięki cały czas sączyły się z głośników. Tej nocy wysłałem wiadomość do Francisco, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. Pancho gdzie jesteś?

Następnego dnia wyszło słońce i udaliśmy się z Danielem do miasta. Pomógł mi on kupić i zarejestrować nową kartę sim, moja stara karta po półtora roku bez doładowania przestała działać. Wow, minęło półtora roku od mojego ostatniego pobytu w Brazylii. I większość tego czasu upłynęło w Chile. Nigdy bym nie pomyślał że tak to się potoczy. Bycie długoterminowym podróżnikiem oznacza że przyjdzie taki dzień gdy skończą ci się oszczędności, nie ważne jak dużo odłożysz przed wyruszeniem w drogę. Zawsze korciło mnie Chile i chciałem tam pomieszkać, ale jednym z powodów dla którego zatrzymałem się tam tak długo były pieniądze. I w sumie nie odłożyłem aż tak dużo, to nie Irlandia, zarobki były kiepskie. Więc jechałem na bardzo skromnym budżecie. Zacząłem uświadamiać sobie że by kontynuować tę podróż musiałem wykorzystywać każdą okazję by zarobić parę złotych i wyglądało na to że taka okazja istniała w Rio.

Ludzie bawiący się na ulicach Rio de Janeiro podczas Mistrzostw Świata 2014
Zabawa na ulicach Rio
Drugiego dnia pojechałem na Copacabanę by zobaczyć Fan Fest i poczuć atmosferę Mistrzostw Świata. O ile plaże Rio zawsze były pełne ludzi z całego świata, tym razem były one naprawdę wypchane po brzegi i większość ludzi z dumą pokazywała skąd przybyła. Barwami dominującymi na Copacabanie były tak naprawdę biel i błękit, Argentyńczyków można było spotkać co krok i część z nich nawet obozowała na plaży coś co normalnie nie byłoby dozwolone. Policja teraz w ogóle na to nie reagowała a jednocześnie ich obecność sprawiała że było to miejsce bezpieczne. Wielu Argentyńczyków sprzedawało jedzenie albo piwo na plaży i po rozmowie z jednym Porteño* uświadomiłem sobie że też mógłbym to robić. I nawet widziałem styropianową lodówkę w domu Daniela. Pieprzyć to, trzeba spróbować.

Zanim zabrałem się na plażę wypchany piwami chciałem uczcić moje spóźnione urodziny. Miałem nadzieję że zrobię to razem z Francisco, ale był on już w São Paulo. Szkoda że nie udało nam się spotkać. Dowiedziałem się jednak że Greg z którym pracowałem w La Valija również był w Rio i wkrótce spotkaliśmy się w mieszkaniu gdzie koczował. Byli tam inni Anglicy i grupa ludzi z Wysp Zielonego Przylądka. Niezły miks. Po kilku browarach udaliśmy się do Lapy i po chwili zgubiliśmy się w tym niekończącym się tłumie. Nie udało mi się go znaleźć, ale i tak miałem ciekawą noc.

- Powodzenia - powiedział Daniel poklepując mnie po plecach.
- Dzięki, będę potrzebował dużo szczęścia - odpowiedziałem zarzucając lodówkę pełną piw po czym skierowałem się na przystanek. Musiałem wziąć autobus a potem metro by dotrzeć na Copacabanę i obawiałem się że piwo będzie ciepłe do tego czasu, ale lód wciąż pokrywał błękitne puszki gdy doszedłem do plaży. Pamiętałem doskonale mój pierwszy raz jako plażowy sprzedawca w Mielnie, to właściwie była moja pierwsza praca w życiu. Pierwsze słowa nie chciały mi przejść przez gardło przez długie minuty. A teraz miałem to robić na Copacabanie, w Rio de Janeiro, po portugalsku. Głęboki wdech... cerveja!** Pierwszą sprzedaż miałem po dziesięciu minutach. Grupa Brazylijczyków nie mogła uwierzyć że piwo sprzedaje im Polak. Od tego momentu całe to zawstydzenie i niepokój zniknęło, chodziłem z wielkim uśmiechem na ustach podjarany jak dzieciak. Co za doświadczenie!

Przychodziło coraz więcej ludzi gdyż za chwilę miał się zacząć kolejny mecz. Nie mogłem sprzedawać wewnątrz Fan Festu ale ekrany były naprawdę ogromne i dobrze widoczne spoza i wielu ludzi wolało oglądać mecze nie wchodząc do środka. Za każdym razem jak sprzedałem jedno piwo sam również sobie mogłem na jedno pozwolić, sprzedaż je pokrywała, mogłem więc być na plaży przez cały dzień, oglądać mecze Mistrzostw Świata i popijać piwo bez sięgania po moje oszczędności. Kosztowało mnie to tylko odrobinę wysiłku. Na koniec dnia zostało mi nawet w kieszeni parę reali. Super.

Daniel był bardzo ciekaw jak mi poszło gdy wróciłem do domu. Dobrze się rozumieliśmy od samego początku i Monika była z tego bardzo zadowolona gdy rozmawialiśmy na Skypie. Jednego wieczoru Daniel grał koncert w jednym z miejscowych barów i oczywiście byłem zaproszony. Tej nocy zagrał wiele coverów, głównie z muzyki brazylijskiej w tym Novos Baianos których uwielbiałem. Bar był niewielki więc bez tłumów, ale wszyscy wyglądali na zadowolonych. Ja byłem.

W sobotę Brazylia grała mecz jednej szesnastej finału z Chile i czuło się pewne napięcie. Chile grało do tej pory znakomicie, a większość Brazylijczyków nie była zadowolona ze swojej drużyny. Obawiano się przegranej. Ja oczywiście kibicowałem Chile i byłem ciekaw co by się stało gdyby Brazylia rzeczywiście przegrała. Jak wyglądałyby ulice i plaża. Po emocjonującym meczu Brazylia jednak wygrała i na każdym rogu rozpoczęła się impreza. Myślałem że pomoże mi to w moim biznesie, ale było wręcz przeciwnie, tego wieczoru naprawdę nie szło. Ostatnie kilka piw zostawiłem dla siebie, nie było sensu się męczyć. Rio, piłka i samba... a ja byłem tego częścią.

Zostałem w Rio jeszcze kilka dni i niektóre były lepsze inne gorsze dla mojego małego biznesu. Nie odłożyłem prawie nic, ale nie musiałem też korzystać z moich oszczędności więc byłem zadowolony. W ciągu tych kilku dni pozwiedzałem jeszcze co nieco i odwiedziłem miejsca których nie udało mi się zobaczyć poprzednim razem jak choćby słynną Głowę Cukru. Wyszliśmy też z Danielem raz czy dwa do Lapy by wypić kilka piw. Po Monice byłem drugim Polakiem jakiego poznał i to chyba sprawiło że nasze rozmowy były głębsze. Bardzo za nią tęsknił i martwił się jak się to wszystko potoczy. Monika kupiła dom w Ekwadorze i chciała zamienić go w hostel i jednocześnie mieszkać w nim z Danielem. Podobał mu się ten pomysł ale uwielbiał on również swoją karierę w Rio. Gdy dowiedział się że Monika zabukowała bilet do Rio cały aż promieniował z radości.

- Hej chcesz zaimponować tej lasce jak przyleci? Naucz się tego kawałka! - i pokazałem mu Whisky Moja Żono Dżemu. Zaczął on ciężko pracować nad tym utworem i byłem zaskoczony jego zdolnością do wypowiadania polskich słów. Bycie Brazylijczykiem być może mu pomagało, oba języki miały podobne dźwięki. Być może dlatego portugalski był dla mnie tak łatwy?

Po pożegnalnym uścisku udałem się na przystanek przed domem Daniela.
- Jedziesz do centrum? - zapytał mnie nagle jeden facet pakujący coś do samochodu.
- Chcę się dostać do Central.
- Mogę cię podrzucić do Lapy, jeśli ci to pasuje.
- Jasne, czemu nie - Bomba! Miałem lifta w centrum Rio de Janeiro. Kolejna dziwna odmiana. Po długiej jeździe autobusem zostawiłem wieżowce i fawele daleko za sobą i dotarłem na bramki na BR-116. To pedágio*** wyglądało naprawdę dobrze, tuż za nim był przystanek z zatoczką a także sklep i restauracje.

- Hej, myślisz że wciąż będziesz w Brazylii we wrześniu? - zobaczyłem wiadomość na ekranie telefonu po znalezieniu wifi. - Dzisiaj kupuję bilet i chcę tam spędzić trzy tygodnie, jadę sama i chcę byśmy się spotkali.
- Wow, wow, Aileen zamierza podróżować! Ale myślę że już tu nie będę. Dwa miesiące, mnóstwo czasu. Być może we wrześniu będę już w Ekwadorze lub Kolumbii - zaraz jej odpisałem.
- Inna opcja to Tumbes. To w Peru i jedynie trzydzieści kilometrów od Ekwadoru. To byłby drugi tydzień września. Ale chcę wiedzieć gdzie będziesz zanim zarezerwuję bilet tak byśmy mogli się spotkać. Będę miała trzy tygodnie urlopu. Muszę zabukować bilety do jutra.
- Okej, Peru jest bardziej prawdopodobne niż Brazylia. I dlaczego do jutra? Jakaś oferta?
- Tak...
Rozmawiałem z Aileen dość często, ale ta wiadomość i tak mnie zaskoczyła. Powiedziała mi że się zmotywowała i zaczęła odkładać, wyglądało na to że nie były to puste słowa. Planowała polecieć sama do kraju w którym nigdy nie była. Bardzo mnie to cieszyło.

Po nocy na pobliskiej stacji wróciłem na bramki. Znowu kartka z uśmiechniętą mordką i ta da... stop bezpośrednio do São Paulo. W niecałą minutę! Czyżbym odnalazł Świętego Graala autostopu w Brazylii? Tym razem zabrał mnie kierowca tira z Nordeste, regionu którego jeszcze nie poznałem. Być może podczas mojej kolejnej wizyty w Brazylii, teraz zmykałem znowu na południe. Chciałem zobaczyć Florianópolis o którym tak wiele słyszałem. Kierowca po wysłuchaniu kilku opowieści z mojej podróży zaprosił mnie na obiad i w drodze powrotnej do ciężarówki wcisnął mi dwadzieścia reali mówiąc: "zjedz porządną kolację, jakoś chudo wyglądasz.

W São Paulo obejrzałem mecz na portierni jednej z firm. Przechodziłem obok gdy kolesie zaprosili mnie i zaoferowali kawę. 2-1. Brazylia wygrała z Kolumbią. Po meczu udałem się do Decathlonu by kupić nową butlę z gazem, a potem na Terminal Tietê który był tuż za rogiem. Tym razem zrobiłem błąd, zapomniałem sprawdzić o której odjeżdża ostatni autobus do Embu das Artes. Pojawiłem się za późno. Po chwili kręcenia się i wypytywania znalazłem autobus który mógł mnie ponoć dowieźć niedaleko Embu. Gdy kierowca wyrzucił mnie na jednym z węzłów okazało się że do Embu jest jakieś dziesięć kilosów. Była prawie północ. Okolica nie wyglądała najgorzej, ale nie czułem się komfortowo łażąc tam nocą, więc gdy znalazłem pierwszą stację benzynową zostałem tam do rana. Wstałem wcześnie i po dwóch kolejnych przejażdżkach autobusami dojechałem do bramek położonych naprawdę daleko od São Paulo. Kawałek kartonu, marker, nabazgrany uśmiech i po chwili podjechał tir. Ja pierdolę!

Wysiadłem na jednym posto na obwodnicy Kurytyby. Było już ciemno więc usiadłem obok gniazdka i zacząłem grzebać w internecie zupełnie wyluzowany.
- Dokąd jedziesz? - facet w średnim wieku nagle mnie oderwał od lektury polskiego Newsweeka.
- Do Floripy.
- Mogę cię zabrać ale później, jestem cholernie zmęczony. Muszę się zdrzemnąć. Będę w samochodzie, o tam w tym białym. Zresztą dam ci znać jak będę gotowy.

Czułem się jakbym nie był w Brazylii. Właściwie nie, czułem się jakbym był w idealnej Brazylii. Uwielbiałem ten kraj, tych ludzi, atmosferę, jedyne czego nie lubiłem to ten strasznie wolny autostop. I teraz nagle ludzie oferują mi stopa gdy nawet go nie szukam. Był to jeden z moich ulubionych krajów i z chęcią zostałbym tu dłużej, pomieszkał w nim trochę, podszlifował mój portugalski. Nie teraz, nie teraz. Wiedziałem że trzeba jechać dalej, jeszcze tyle krajów przede mną, nie mogłem się zatrzymać w każdym miejscu które mi się podobało bo nigdy nie ukończyłbym tej wyprawy. A Brazylia? Chyba wciąż tu będzie.

Po kilku godzinach zaczęliśmy jechać na południe. Facet mieszkał na północy kraju i był w podróży służbowej. W Brazylii oznaczało to kilkudniową jazdę. Gdy byliśmy już blisko celu poczułem się bardzo zmęczony, głowa zaczęła mi lecieć, ale zmusiłem się by nie spać gdyż wyglądało na to że mój kierowca zaczął zasypiać. Za każdym razem jak zapadała cisza zaczynałem gadać, nawet pieprzyć bez sensu by mi tylko nie spał. W końcu wysiadłem około trzeciej w nocy na przedmieściach Florianópolis.

Paluch znowu w Pelotas w Brazylii z Marthą, Gabi, Átilą i Bruną
Znowu w Pelotas! Z Marthą, Gabi, Átilą i Bruną
Z rana sprawdziłem maila, żadnych wieści z CS, więc postanowiłem znaleźć ładną plażę i na niej przekimać się jedną noc. Florianópolis, zwany również Floripą położony był na wyspie i wokół było wiele pięknych plaż. Było to miejsce popularne wśród turystów, choć o tej porze roku plaża w Barra da Lagoa była pusta. Ta część Brazylii znajdowała się już w strefie klimatu umiarkowanego i zaczynała się właśnie zima. Nie było bardzo zimno kiedy przyjechałem, ale następnego poranka zerwał się mocny wiatr znad Atlantyku i musiałem wygrzebać z plecaka kurtkę. To nie był czas na plaże Floripy więc pojechałem dalej.

Najpierw był ten krótki lift z jedną dziewczyną do centrum miasta. Powiedziała mi że nigdy w życiu nie jechała na stopa, ale że zawsze zabiera. Według niej Florianópolis było stolicą autostopu w Brazylii. Po wysiadce z miejskiego autobusu znowu szybko złapałem lifta ze stacji do bramek trzydzieści kilometrów na południe. Jechałem do Capão da Canoa gdzie chciałem odwiedzić Rogera, Natalię i Marcelo, ekipę która zabrała mnie na północy Chile. Capão nie leżało przy głównej trasie więc napisałem na kartce Osório. Nie było to duże miasto więc może lepiej byłoby napisać Porto Alegre, ale nie miałem już kartonu. Po godzinie poszedłem do pobliskiej restauracji gdzie bardzo szybko znalazłem lifta z jednym tirem. Po jakichś dwóch godzinach znalazłem się na zapyziałej stacji w jakiejś niewielkiej mieścinie.

- Bilet kupiony! Na pierwszego września:) - Aileen poinformowała mnie tej nocy.
- A więc przylecisz do Peru 1 września? Muszę nastawić budzik by nie przyjechać za późno.
- Hehehe tak będę w Máncora już pierwszego. Nie możesz być za późno!
- Na stopa nigdy nie wiadomo. Nastawię se budzik na tydzień przed i jak będę wciąż daleko zacznę łapać samoloty na stopa;)
- Hahaha ty wariacie.
- Chcesz się przemieszczać, jeździć na stopa, czy byczyć się na plaży przez całe trzy tygodnie?
- Mój plan to przylecieć do Peru, spotkać się z tobą, jechać na stopa razem do Ekwadoru i potem wrócić do Chile.
- A co jeśli przyjadę za późno? Masz jakiś plan B?
- Usiąść i płakać hehe.
- Ok, więc muszę znaleźć mapę z pasami startowymi;) - Wyglądało na to że mam deadline'a.

Z rana nie mogłem niczego złapać przez chwilę więc nabazgrałem "Następna Stacja" i usadowiłem się na wlocie na autostradę. Zadziałało od razu, krótkimi liftami przeskakiwałem z jednego posto na kolejne. Gdy usiadłem na moment na jednej ze stacji zobaczyłem autobus przerobiony na kampera. Miał on argentyńskie blachy, wymalowano na nim argentyńskie i brazylijskie flagi, wizerunki Neymara i Messiego i napis "Uściski od gola." Zamieniłem z kierowcą kilka słów i już byłem w środku. Była to grupa pięciu przyjaciół z Rosario i przygotowali oni ten pojazd specjalnie na Mistrzostwa. Teraz zmierzali na kolejny mecz w Porto Alegre. Zajebista ekipa. Wyrzucili mnie na zjeździe do Capão i po ostatnim krótkim stopie znalazłem się przed sklepem który prowadziła Natalia z Rogerem.

Tego dnia zamknęli oni wcześniej, większość firm tak robiła gdy grała Brazylia. Co dziwne jeden supermarket był otwarty więc wybraliśmy się na zakupy. W środku włączony był jeden telewizor. Nagle usłyszeliśmy jęk zawodu. Brazylia - Niemcy 0-1. Po chwili kolejny jęk i kolejny i kolejny. Cholera jasna 0-4? Po piątym golu niektórzy zaczęli krzyczeć: "dawać Niemcy, jeszcze jeden!" I zaraz mieli co chcieli. 0-6, 0-7 i w końcu jeden honorowy gol którego nikt już nie obchodził. Przyjechaliśmy przez miasto, ani żywej duszy. Na twarzach Natalii i Rogera widać było bardziej szok i niedowierzanie niż smutek, ja sam nie mogłem w to uwierzyć. Nieco później zaczęliśmy się z tego nabijać, internet był już pełen memów. Była to chyba najzdrowsza reakcja na taką katastrofę.

Spędziłem w domu Rogera i Natalii kilka dni. Była to udana para, oboje bardzo inteligentni i uduchowieni. Sklep z ciuchami który posiadali miał się nieźle, ale że była zima nie mogli oni sprzedać żadnych bikini, więc zaczęli myśleć by wybrać się do Nordeste i sprzedawać ubrania ze swojego hipisowskiego Ogórka. Uważałem że to świetny pomysł, byłoby to prowadzenie biznesu połączone z urlopem. Któregoś dnia zabrali mnie oni do Mata Atlântica, Atlantyckiego Lasu porastającego okoliczne wzgórza. Marcelo razem z kolegami miał tam małą organiczną farmę. Uprawiali oni mnóstwo warzyw i owoców, mieli w tej chwili tyle awokado, że nie byli w stanie tego wszystkiego zjeść. Dla mnie najciekawsze były palmy juçara, ich niewielki owoce mogły być przetworzone na odżywczą i smaczną pulpę, tak jak owoce podobnej palmy o nazwie açai rosnącej bardziej na północy. Pulpa ta serwowana z granolą stawała się coraz popularniejszym śniadaniem w Brazylii i Marcelo również sprzedawał juçarę. Potrzebowali oni od czasu do czasu na farmie wolontariuszy i myślałem by zostać tam na trochę, ale odkąd Aileen kupiła bilet do Peru miałem mało czasu. Marcelo wciąż do głowy przychodziły nowe pomysły, był on ich ilością nieraz przytłoczony żartując że potrzebowałby dwa życia by zrealizować je wszystkie. Jego ostatnim eksperymentem był ser z juçary. Fajnie jest spotykać tak nakręconych ludzi.

Z Capão da Canoa pojechałem jeszcze bardziej na południe do Pelotas. Nie mogłem opuścić Brazylii bez ponownego odwiedzenia Marthy. Dostanie się tam było tak łatwe, na pierwszego lifta nie czekałem dłużej niż piętnaście minut, a drugi, z bramek pod Porto Alegre, był w jakieś dwie minuty. Po drodze odsłuchałem transmisji radiowej z mundialowego finału. A jednak Niemcy. Martha już mnie oczekiwała w tym samym mieszkaniu przy Placu Osório. Mieszkała ona ze swoim nowym chłopakiem Átilą, muzykiem z zespołu Barrio Sur.

Martha jak zawsze była zaangażowana w wiele rzeczy na raz, teraz na przykład oprócz przygotowań do obrony na uniwersytecie, nagrywała krótki film instruujący w języku migowym jak upiec chleb. Ja i Átila również odegraliśmy małą rolę w tym projekcie. Martha potrafiła z łatwością zaangażować innych. Jak odwiedziłem ją za pierwszym razem spędzaliśmy większość czasu w Munaya, kolektywie artystycznym który prowadziła ze znajomymi. Niestety Munaya już nie istniała. Martha uznała że moja poprzednia wizyta była chyba w najlepszym możliwym momencie, kolektyw działał na pełnych obrotach, było lato, ale dla mnie nie miało to znaczenia, ja wciąż czułem się w Pelotas wyśmienicie, wciąż czułem się tu jak w domu. Właściwie to w ogóle w Brazylii zacząłem się czuć jak u siebie, wszystko wydawało się tak znajome, miałem wrażenie że znałem ten kraj, że rozumiałem tych ludzi. A nawet nigdy tu nie mieszkałem, spędziłem tu łącznie mniej niż pięć miesięcy. Dziwne.

Po kilku dniach przygotowań i wielu próbach robionych w mieszkaniu Marthy przyszedł dzień obrony. Udaliśmy się do jednego z budynków Uniwersytetu Federalnego w Pelotas gdzie znajomi już czekali z zaciśniętymi kciukami. Weszliśmy do sali i po przybyciu profesorów Martha zaczęła bronić swoją pracę licencjacką zatytułowaną: Paradoks autora-producenta. Trudności i możliwości tworzenia teatru w południowej części stanu Rio Grande do Sul. Profesorowie mieli wiele pytań po prezentacji i według mnie świadczyło to tylko o tym że temat jej badań wydał im się szczególnie interesujący. Wszystko poszło bardzo gładko. Gratulacje!!!

Tego samego wieczoru Martha i Átila zorganizowali churrasco, typowego grilla w domu ich znajomego by uczcić obronę. Najpierw Átila i inni członkowie zespołu odbyli próbę więc mieliśmy nieco muzyki na żywo. Ich styl można by nazwać muzyką panamerykańską. Następnie zaczęliśmy się rozkoszować dobrym jadłem i chłodnym piwem. Arthur i Francesco przedstawili zabawny skecz kabaretowy, a na imprezie były też Gabi i Bruna, osoby które poznałem przed półtora roku. Z rana nasze głowy były nieco ciężkie, ale było to tego warte.

Po jednym dniu nicnierobienia wybraliśmy się następnego dnia z Marthą i Átilą do Laranjal nad brzegiem Lagoa dos Patos. Było to słoneczne i ciepłe popołudnie, relaksowaliśmy się więc sobie na pomoście popijając chimarrão i robiąc zdjęcia podczas gdy Átila grał na gitarze. Mojej ostatniej nocy w Pelotas wyszliśmy na miasto i o ile Martha i Átila chcieli położyć się wcześnie, ja zostałem z Arthurem, Francesco i Gabi, z którymi po jakimś czasie poszedłem na mały afterek. Dla Francesco i Arthura była to pożegnalna impreza, wkrótce jechali oni na wymianę studencką do Portugalii. Była to więc niejako pożegnalna noc dla całej naszej trójki.

Z rana miałem krótką wizytę w odrestaurowanym Mercado Central, gdzie Átila często dżemował z innymi miejscowymi muzykami. Po obiedzie podrzucił mnie on razem z Marthą na przystanek autobusowy na głównej ulicy. Kolejne pożegnanie podczas tej wyprawy, ale w ogóle nie czułem smutku, byłem szczęśliwy że miałem przyjaciół w tej części świata. I pomyśleć że zaczęło się to przed wieloma laty w Irlandii. Wiedziałem że się znów zobaczymy, wróciłem i znowu wrócę.

Złapałem stopa bezpośrednio z drogi tuż przed zachodem słońca bezpośrednio do Porto Alegre. Chciałem się tam spotkać z Alexem, byłym Marthy, który wyprowadził się z Pelotas jakiś czas temu. Niestety jego telefon był wyłączony przez większość dnia i po kilku kolejnych próbach skontaktowania się z nim zdecydowałem się załapać na ostatnie metro i wyjechać na wylotówkę. Może innym razem Alex. Noc spędziłem znowu na posto BR, tym razem jednak były one dla mnie bardziej jak hostel niż miejsce gdzie ugrzązłem na długie godziny.

Po śniadaniu zacząłem kierować się w stronę mojego ostatniego celu w Brazylii, miejsca gdzie zaczęła się moja druga wizyta w tym kraju, do Foz do Iguaçu. Autostop na ogół szedł gładko, tylko w jednym miejscu stałem przez jakieś dwie godziny. Najpierw zabrała mnie rodzinka z dziećmi, potem dwójka studentów i w końcu kierowca tira. Znowu był to konwój dwóch ciężarówek i znowu siedzieli oni bez przerwy na radiu. Wysiadłem około czterdzieści kilometrów przed miastem wczesnym popołudniem następnego dnia. Godzinę później byłem już w centrum Foz po dwóch liftach. Krajobraz zmieniał się często przez te dwa dni. Trawiasta pampa w okolicach Porto Alegre, araukariowe lasy w interiorze stanu Santa Catarina i dżungla wschodniej Parany.

- Weź autobus do Vila C - przeczytałem raz jeszcze instrukcje siedząc na przystanku. Po kilkunastu minutach zamiast na twardej ławce siedziałem już na wygodnej kanapie na której kimało wcześniej wielu couchsurferów. Byłem w domu który wynajmowały trzy studentki antropologii. Taisa i Effy były z Brazylii jednak z zupełnie innych regionów, a Maite przyjechała z Ekwadoru. Nazywały one swój dom Antro C i było to miejsce pełne mebli z odzysku i z sadem w którym rosły banany i krzewy kawy.

Wodospady Iguaçu w Brazylii
Wodospady Iguaçu
Taisa miała polskie korzenie, wychowała się w polsko-ukraińskiej wiosce w stanie Paraná. Ciekawie było słuchać jej opowieści o tym jak jej babcia przygotowywała dania które doskonale znałem. Effy była ze stołecznego miasta Brasilia i zjeździła ona z plecakiem, czasem stopując kilka ościennych państw. Maite, jako ekwadorska studentka z wymiany miała dla mnie kilka porad na temat swojego kraju. Ja nie byłem jedynym couchsurferem na chacie. Fausto i Ana byli z Kolumbii i prawie kończyła się ich brazylijska przygoda. Niemal wszyscy mówili w obu językach przeskakiwaliśmy więc w zabawny sposób z portugalskiego na hiszpański i na odwrót.

Jedną z największych atrakcji Foz były oczywiście słynne wodospady i musiałem je zobaczyć. Zdecydowałem się je zwiedzić tylko z brazylijskiej strony choć wielu ludzi twierdziło że po drugiej stronie jest lepiej. Po niedawnych powodziach niektóre ze szlaków w Argentynie były jednak wciąż zamknięte, a biorąc pod uwagę koszty transportu argentyńska strona wychodziła drożej. Nie chciałem też kolejnych dwóch pieczątek w paszporcie, potrzebowałem miejsce na kolejne kraje. Udałem się tam z Fausto i Aną i na sto procent było warto, szczególnie pod koniec gdy mogłem niemalże dotknąć tę grzmiącą ścianę wody. W zależności od położenia chmur tęcze pojawiały się i znikały na tle rozwścieczonej rzeki, jakby rysowali je i ścierali niewidzialni artyści. Bajka.

Antro C miało tak wyluzowaną atmosferę że zostałem tam dłużej niż planowałem. I z chęcią został bym jeszcze z tą pozytywną i inteligentną ekipą, ale musiałem lecieć. Nie miałem za wiele deadline'ów w tej podróży, ale Aileen właśnie jeden taki stworzyła. W pięć tygodni musiałem przejechać na stopa grubo ponad pięć tysięcy kilometrów jeśli nie chciałem jej zostawić z jej planem B. A po drodze pewnie tyle pięknych miejsc. Po dotarciu autobusem do głównej drogi zacząłem przekraczać kolejną naturalną granicę tym razem noszącą nazwę Rzeka Paraná. Po półtora roku spędzonym w teraz tak mi znajomych Chile, Argentynie i Brazylii wszedłem na terytorium kraju o którym nie wiedziałem prawie nic. Witamy w Paragwaju!

___
* Porteño - potoczna nazwa mieszkańca Buenos Aires.
** Cerveja - po portugalsku piwo.
*** Pedágio - w brazylijskim portugalskim stacja poboru opłat na autostradach.

Dolina Księżycowa na Pustyni Atakama w Chile
Zapomniałem już jak dużo waży cały mój chłam! Zrobiłem kilka wypraw podczas mego pobytu w Valpo, ale nigdy w pełni zapakowany. Były to krótkie wyjazdy więc nie potrzebowałem wszystkiego. A teraz, po roku w jednym miejscu miałem jeszcze więcej rzeczy. Mój kręgosłup nie do końca się z tego cieszył, ale wiedziałem że wkrótce znowu się przyzwyczai.

Stop szedł gładko, jak niemal zawsze w Chile. Po kilku krótkich liftach wylądowałem na stacji benzynowej na Panamericanie skąd zostałem zabrany przed zachodem słońca. Ciężarówka jechała do Los Vilos i około dziesiątej wieczorem dotarłem na ten sam Copec na którym nocowaliśmy z Aileen podczas wyprawy do Doliny Elqui. Nie było za dużego ruchu, ale i tak postanowiłem spróbować przez kolejną godzinę lub dwie i dopiero potem rozbić gdzieś namiot. Po około dwóch godzinach, gdy byłem już gotów odpuścić sobie, zatrzymał się kolejny tir. Prosto do La Sereny.

Przekimałem się parę godzin na dworcu autobusowym i o zmierzchu zacząłem szukać dobrego miejsca na stopa. Poranek był zimny, może trzy cztery stopnie, ale z tym wiatrem od Pacyfiku było mi tak zimno że podskakiwałem w miejscu by się ogrzać. Zerknąłem na mapę, kilka kilometrów na północ była stacja benzynowa, ale według miejscowych nie dojeżdżał tam żaden autobus. W miejscu gdzie droga dwujezdniowa zamieniała się w zwykłą krajówkę zaczął tworzyć się korek więc szybko nabazgrałem "Copec" i po chwili zabrała mnie na stację terenówka.

Planowałem dotrzeć do Antofagasty w trzy dni i to wciąż wydawało się możliwe. W mieście tym czekały na mnie dwie dziewczyny z Couchsurfing. Z La Sereny złapałem stopa do Vallenar, potem do Copiapó i wreszcie do słynnej Bahía Inglesa, wszystko to osobówkami. Robiło się coraz bardziej sucho, wjeżdżałem na Pustynię Atakama, najsuchsze miejsce na Ziemi. Było coś w pustyniach co mnie strasznie przyciągało, ale jednocześnie już po kilku dniach czułem jakbym miał ochotę uciec. Były to tak nieprzyjazne miejsca. W Bahìa Inglesa chciałem przespać się na plaży, ale zaatakowali ją Żeglarze portugalscy, morskie stworzenia wyglądające jak niebieskie meduzy. Wszystkie plaże w okolicy były zamknięte gdyż ich parzydełka powodowały straszny ból. W tym wypadku rozbiłem się na obrzeżach wioski nieopodal ładnego punktu widokowego.

Wiele osób rekomendowało mi Bahía Inglesa i była to ładna wioska z białymi plażami pośród skał. Niestety o tej porze roku było tam chłodno, pochmurno i pusto. Spotkałem na ulicach więcej psów niż ludzi. Nie widziałem z rana żadnych niebieskich stworów, może alarm był już odwołany, a może pojawią się znowu wraz z przypływem. Po małym spacerze zabrałem się szybko do pobliskiej Caldery skąd mogłem jechać dalej na północ.

Około południa złapałem na stopa ciężarówkę do Chañaral. Większość tirowców których spotkałem mówiło mi że lubili zabierać na stopa w tej części kraju gdyż droga się tu zawsze dłużyła. Totalne pustkowie, ani źdźbła trawy, tylko kamienie, piaski i pył. Inna planeta. Fakt że Chile to tak wąski kraj pomagało autostopowiczom, gdyż w większości przypadków istniała tylko jedna główna droga łącząca północ z południem.

W Chañaral złapałem stopa mniej więcej po godzinie i koleś powiedział mi że mógłby mnie zabrać jedynie do krzyżówki z C-13, regionalną drogą prowadzącą do Diego de Almagro. Moje pierwsze pytanie brzmiało: jest tam jakaś woda i jedzenie? Nie miałem ochoty wylądować na środku pustyni bez zapasów. Odrzekł że jest tam restauracja, więc po chwili namysłu wskoczyłem do środka. Gdy tam dotarliśmy chmury i mgła wybrzeża zostały za nami. Pomimo tego że Panamericana nie miała tu parametrów autostrady, skrzyżowanie było dwupoziomowe, więc miałem do czynienia z dużymi prędkościami. Nie za dobrze. Udałem się do wspomnianej restauracji gdzie zaparkowane były dwa tiry i radiowóz. Zapytałem się czy nie podwiozą i usłyszałem że ciężarówki mają zakaz zabierania autostopowiczów na tym odcinku. Dziwne, nigdy o tym wcześniej nie słyszałem.

Trzeba przyznać że przez prawie czterysta kilometrów, oprócz kilku kopalni nie było po drodze prawie nic, do Antofagasty ani jednej wioski. I większość ciężarówek jechała do tych kopalń. Wysiadka na skrzyżowaniu z kopalnianą drogą mogłaby być niebezpieczna w najsuchszym miejscu planety. Osobówki gnały jak szalone. Po niemal dwóch bezowocnych godzinach postanowiłem wrócić do Chañaral i łapać w miejscu z ograniczeniem prędkości. Zawsze się zastanawiałem dlaczego ci sami ludzie jadąc wolno z chęcią zabiorą, a pędząc nie zwracają na ciebie uwagi. Pewnie myślą: " ech za późno, ktoś inny go zabierze."

Było późne popołudnie gdy w końcu złapałem stopa do Antofagasty. Kierowca samochodu pracował w przemyśle ciężkim. Jechaliśmy przez ciemność nocy rozmawiając bez przerwy i w pewnym momencie zapytał mnie czy nie ma problemu zatrzymać się na chwilę i rozciągnąć kończyny.
- Zawsze to robię gdy jadę nocą przez pustynię. Po prostu zatrzymuję się, wyłączam światła i palę papierosa wpatrując się w gwiazdy - powiedział wyciągając zapalniczkę.
- Pewnie też bym tak robił gdybym tu mieszkał. No może poza paleniem papierosa, nigdy ich nie lubiłem.
Staliśmy przez chwilę w ciszy. A gwiazdy... Gdybym był nieco wyższy mógłbym stanąć na palcach i zerknąć przez jeden z tych niezliczonych otworów i zobaczyć co jest poza kosmosem. Transcendentalna chwila ciszy. Dojechaliśmy do Antofagasty około jedenastej i mój kierowca podrzucił mnie aż na północne obrzeża miasta gdzie mieszkały dziewczęta.

Gdy wszedłem do mieszkania Nathy i Clau był tam inny couchsurfer o imieniu Alex. Jedno z pierwszych pytań brzmiało: "gotowy na imprezę?" Jasne! Wkrótce udaliśmy się do centrum by dołączyć do ich znajomych a potem rozkoszowaliśmy się piwami najpierw w ruinach Huanchaca gdzie zawsze imprezowali studenci, a później na plaży. Wszyscy byli zaskoczeni że radziłem sobie tak dobrze z chilijskim slangiem i akcentem, a ja tylko nabijałem się że tak na prawdę jestem Chilaco*. Było widno gdy wróciliśmy do domu. Kolejne świetne carrete** w Chile.

Zarówno Clau jak i Nathy były studentkami i były to bystre i sympatyczne dziewuchy z którymi świetnie się spędzało czas. Czułem się w stu procentach komfortowo w ich mieszkaniu niezależnie od tego czy była to impreza czy spokojny filmowy wieczór. Alex który był z Francji to też super luzak. Robił on również wyprawę dookoła świata jednocześnie tworząc swój wyimaginowany wszechświat z odrębnymi planetami i językami, coś jak światy Tolkiena. Człowiek o ogromnej wyobraźni.

Ciężko było opuścić to przytulne miejsce, ale w końcu któregoś popołudnia uścisnąłem wszystkich i pomaszerowałem w stronę skrzyżowania nieopodal ich mieszkania. Wyglądało na dobrą miejscówkę. Po jakichś piętnastu minutach zaczęło padać. Deszcz na Pustyni Atakama! Wow! W sumie pomogło mi to złapać stopa, tym razem z dwiema kobietami jadącymi do Mejillones. Jedna z nich pochodziła z południa Chile i była niesamowicie szczęśliwa widząc deszcz. Bardzo za nim tęskniła. W tej okolicy deszcz z prawdziwego zdarzenia to rzadki fenomen zdarzający się raz na kilka lat. Większość notowanych opadów występowała w formie mżawki albo pochodziła z kondensacji przybrzeżnej mgły znanej jako camanchaca.

Wysiadłem na bramkach na Ruta 1, drodze łączącej Antofagastę z Iquique wiodącej wzdłuż wybrzeża. Zazwyczaj nie można stopować przy samych bramkach, zawsze musiałem stanąć nieco dalej, ale ze względu na deszcz ochroniarz pozwolił mi się schować pod dachem. Mogłem praktycznie pytać ludzi płacących za przejazd. Super, gdyż było już ciemno. Po kilku minutach zabrała mnie terenówka bezpośrednio do Iquique. Facet w średnim wieku który się zatrzymał jechał na spotkanie biznesowe. Iquique było strefą wolnocłową, więc handel był w tym mieście bardzo rozwinięty. Istniały tylko dwie takie strefy w Chile, tutejsza i w Punta Arenas na odległym południu.

Dojechaliśmy do Iquique bardzo późnym wieczorem udałem się więc na dworzec by się nieco przespać. Po drodze zauważyłem wiele spękań w asfalcie i zniszczone domy. Był to efekt silnego trzęsienia ziemi sprzed zaledwie miesiąca, którego epicentrum znajdowało się na Pacyfiku niespełna dwieście kilometrów od miasta. Miało ono magnitudę 8,2 stopnia i wywołało tsunami które zniszczyło wiele rybackich łodzi. Rankiem poleciałem szybko do bezcłowego centrum handlowego kupić wodoodporny pokrowiec na plecak po czym złapałem autobus do Alto Hospicio, przedmieścia Iquique. Widok z drogi łączącej obie miejscowości był powalający. Iquique założone zostało na przybrzeżnej platformie u podnóża sześciuset-metrowego klifu na którym wybudowano Alto Hospicio.

Po szybkim podwiezieniu do skrzyżowania z Panamericaną zabrała mnie para jadąca do Tacny. Była to ich pierwsza wycieczka do Peru. Muszę się przyznać że korciło mnie by się z nimi zabrać, ale to jeszcze nie był czas na Peru. Planowałem dotrzeć do Arica, położonej zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy i potem z powrotem na południowy wschód do San Pedro de Atacama. Mogłem tam pojechać bezpośrednio, ale chciałem najpierw zajechać do najbardziej na północ wysuniętego miasta Chile i w ten sposób mieć cały ten kraj przejechany na stopa. Potem w planach był powrót do Argentyny i Brazylii. Nie wyobrażałem sobie opuszczenia Ameryki Południowej bez odwiedzenia znajomych w Brazylii. I chyba nie mogłem sobie wybrać na to lepszego czasu, wkrótce zaczynały się Mistrzostwa Świata.

Na stacji Copec w Arice było otwarte wifi więc wysłałem krótką notkę że już jestem do Natalii. Po kilku minutach przyjechała se swoją mamą Glorią i pojechaliśmy do ich pięknego domu nieopodal centrum. Natalia nie miała żadnych referencji na CS, ale jej profil był świetnie zrobiony jak na nowicjusza więc postanowiłem do niej napisać. Szybko wytłumaczyła mi że jej brat gościł mnóstwo ludzi zanim wyprowadził się do Stanów. Teraz również ona postanowiła się zarejestrować. Wcale nie była nowicjuszem.

Ostrzeżenie o zamknięciu plaż ze względu na inwazję żeglarzy portugalskich
Inwazja żeglarzy portugalskich
Spędziłem w ich domu kilka dni i czułem się jakbym odwiedzał ciotkę i kuzynkę których nie widziałem od lat. Z Natalią i jej przyjaciółmi imprezowaliśmy całymi nocami, na ogół na plaży, a po powrocie do domu Gloria czekała na nas albo z pysznym śniadaniem, albo z wyśmienitym obiadkiem na kaca. Wyluzowana ciotka! Jednego dnia pojechaliśmy zobaczyć doliny z których słynęła Arica i był to zaskakujący widok. Dzięki nawadnianiu doliny były zielonymi oazami przecinającymi pustynię. Z tego powodu Arica nazywana była miastem wiecznej wiosny. Uprawiano tam pomidory, mango, cherimoya, oliwki i wiele innych warzyw i owoców przez okrągły rok. I nigdy nie widziałem tylu kolibrów latających dookoła.

Po najbardziej północnym mieście Chile wybrałem się znowu na południe i mój pierwszy stop był z grupą Brazylijczyków podróżujących klasycznym Volkswagenem Kombi, tak zwanym Ogórkiem. Był to w sumie zabawny zbieg okoliczności gdyż poprzedniej nocy obejrzeliśmy z Natalią i Glorią Miasto Boga, brazylijski film. Ekipa była ze stanu Rio Grande do Sul, gdzie znajdowało się moje ukochane Pelotas i właśnie wracali do domu po przejechaniu Paragwaju, Boliwii, Peru no i teraz Chile. Nieźle nam się gadało choć mój portugalski się nieco zgubił po drodze. Natalia i Roger, którzy byli właścicielami Kombi mieszkali w Capão da Canoa na wybrzeżu. Marcelo prowadził z przyjaciółmi organiczną farmę w Atlantyckim Lesie i stwierdził bym zajechał jak będę w okolicy gdyż czasem potrzebują wolontariuszy. Brzmiało to ciekawie, szczególnie że uprawiali tam oni palmy juçara, południową odmianę açai, z której owoców wyrabia się chyba najsmaczniejszą pulpę jaką kiedykolwiek próbowałem.

Po nocy spędzonej na pustyni niedaleko małego miasteczka, zajęło mi cały dzień dotarcie do Calamy gdzie w końcu znalazłem wifi. Nowa wiadomość z CS. Super, miałem nocleg w San Pedro de Atacama. Było to popularne miejsce wśród podróżujących obawiałem się więc że może być ciężko. Teraz musiałem się tam dostać a słońce zaczynało się już czerwienić, ale na szczęście już po pół godziny nie musiałem się o to martwić. Razem ze starszym facetem który posiadał hotel w San Pedro zaczęliśmy przedzierać się przez Kordylierę Domeyko, nazwaną tak na cześć polskiego geologa który wyemigrował do Chile w XIX wieku. Szkoda że zaczęło się ściemniać gdyż widoki były nieziemskie.

Z centrum miasta odebrała mnie Yerka która skończyła właśnie pracę w jednym z setek biur podróży działających w okolicy. Po szybkim odświeżeniu się w jej domu poszliśmy odwiedzić Luisa, jej argentyńskiego kumpla który również pracował w turystyce. San Pedro miało tę wyluzowaną atmosferę która przyciągała wielu obcokrajowców i niektórzy zatrzymywali się na dłużej. Ale to nie samo miasteczko ściągało tylu przyjezdnych, ale zapierająca dech w piersiach przyroda okolicy. Nie mogłem się doczekać by zobaczyć to za dnia.

Pierwszą rzecz jaką dostrzegłem po wyjściu z domu Yerki następnego dnia był ośnieżony szczyt Licancabur. Ten symetryczny wulkan dominował w otoczeniu. Poranki były bardzo zimne w San Pedro gdyż leżało ono na płaskowyżu na wysokości 2400 metrów nad poziomem morza i wyjście bez ciepłego swetra i kurtki było wręcz niemożliwe. Jednak później, w ciągu dnia, robiło się całkiem gorąco i musiałem ściągać wszystko warstwa po warstwie. Spędziłem dzień kręcąc się po San Pedro i próbując wyczaić co mógłbym zobaczyć nie wydając majątku. Niestety większość wycieczek była zbyt droga na mą kieszeń, pomimo zniżki którą mogli mi załatwić Yerka czy Luis. Musiałem więc sobie odpuścić słone jeziora, laguny z różowymi flamingami czy pola gejzerów. Nie miałbym na to wszystko i tak czasu gdyż musiałem opuścić Chile za kilka dni.

Następnego dnia wskoczyłem na rower który pożyczyła mi Yerka i pojechałem do słynnej Doliny Księżyca która była oddalona o dziesięć kilometrów. I była to wyprawa jak na Księżyc. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, był on tak malowniczy że mógłbym zrobić z tysiąc zdjęć a i tak by było mało. Tekstura i kolory zmieniały się bez przerwy w zależności od kąta promieni słonecznych. A najlepszy show był tuż przed zachodem słońca. Było to jak kulminacja spektaklu powtarzanego dzień po dniu przez przyrodę, spektaklu który będzie trwał nawet jak wszystkich widzów, nas ludzi, już dawno nie będzie.

Podczas mojego pobytu w San Pedro zadzwoniły do mnie Tami i Josefa z La Valijy, a także Aileen. Wiedziały że to moje ostatnie dni w Chile i że wkrótce mój chilijski numer przestanie działać. Miło było usłyszeć ich głosy, zdążyłem już się za nimi stęsknić. Zanim zacząłem stopować poszedłem porozmawiać z PDI, policją śledczą odpowiedzialną również za imigrację. Chciałem się upewnić kiedy przypadał mój ostatni dzień i gdzie mogłem podstęplować paszport gdyż istniały dwa punkty kontrolne, jeden w San Pedro i drugi na Przełęczy Jama po drugiej stronie granicy. W przypadku wyjazdu do Argentyny wszystkie formalności robiło się w tym drugim punkcie. Powiedziano mi również że granica jest otwarta zimą od siódmej do dziewiętnastej i że ciężarówki wyruszają już o piątej.

Wyszedłem z domu Yerki około czwartej trzydzieści i udałem się na skrzyżowanie gdzie zaczynała się trasa 27-CH. Ku mojemu zaskoczeniu stały tam jedynie dwa tiry, ale ich kierowcy powiedzieli mi iż większość oczekuje dwa kilometry dalej. Gdy dotarłem na miejsce ujrzałem kolejkę składającą się z jakichś dziesięciu ciężarówek, dwóch autobusów i kilku aut wypchanych do pełna. Większość tirowców powiedziała mi iż nie może mnie zabrać ze względu na przewóz materiałów niebezpiecznych. Argentyńska Żandarmeria nie zezwala na zabieranie pasażerów. Najłatwiej byłoby się zabrać z paragwajskimi tirami wiozącymi samochody ze strefy wolnocłowej w Iquique, ale był tam tylko jeden taki tir z trzema osobami na pokładzie. Wyglądało to źle i do tego było cholernie zimno.

Po otwarciu granicy które odbyło się później niż mi powiedziano, spędziłem godziny obok krzyżówki i tylko kilka samochodów i ciężarówek mnie minęło. Ostatnie godziny w piekącym słońcu. Czy zawsze był tam tak kiepski ruch czy może coś się wydarzyło nieprzewidzianego, nie wiedziałem co o tym myśleć. W końcu po południu przejechał wóz strażacki po czym po chwili się zawrócił i usłyszałem że granica jest zamknięta ze względu na pogodę. Gliniarze którzy byli od zamykania granicy widzieli mnie łapiącego stopa i nic mi nie powiedzieli dranie. Na szczęście zostawiłem sobie jeden ekstra dzień na taką ewentualność. W końcu trasa ta osiągała wysokość 4810 metrów nad poziomem morza. Takie rzeczy się zdarzały.

Pojawiłem się w tym samym miejscu następnego poranka i kolejka nie była ani trochę dłuższa. Wkrótce otwarto granicę i zostałem znowu sam. Po pięciu minutach ujrzałem tira w oddali, wyglądało jakby na naczepie miał jakieś rury. Argentyńskie blachy. I zaczął zwalniać. Mam cię! Zaczęliśmy się piąć i piąć i piąć. Ujrzałem gejzery po jednej stronie, lamy po drugiej i w końcu resztki śniegu po ostatniej nawałnicy. Kierowca poczęstował mnie liśćmi koki do żucia, bym przetrwał chorobę wysokościową. I muszę przyznać że zadziałało, już po chwili ból głowy zelżał. Przed dotarciem do granicy powiedział mi że musi czekać do rana na papiery, ale ja mogę przejść granicę z buta i złapać coś po drugiej stronie, coś co mnie zwiezie na dół do San Salvador de Jujuy. Niestety nie miał racji.

Zaraz po dotarciu do Imigracji chilijski oficer poinformował mnie, że nie mogę przekroczyć granicy pieszo ze względów bezpieczeństwa. Temperatura w nocy mogła spaść aż do minus dwudziestu. Nawet za dnia było strasznie zimno, wiatr urywał głowę. Powiedziano mi bym najpierw znalazł kierowcę osobówki chcącego mnie zabrać. Problem w tym że aut było jak na lekarstwo. Po godzinie poszedłem do drugiego budynku gdzie odprawiali się  kierowcy ciężarówek. Żandarmeria od razu mnie zapytała jak tu dotarłem i gdzie jest tir który mnie przywiózł. Wyglądało to jakby chcieli ukarać mojego kierowcę a nie mi pomóc. Odesłali mnie do budynku dla kierowców aut. Utknąłem na wysokości czterech tysięcy metrów.

- Hej, a ty co tu robisz? Wszystko w porządku? - zapytał mnie niespodziewanie urzędnik argentyńskiej Imigracji którego wcześniej nie wiedziałem. Musiał zauważyć jak się kręciłem w kółko.
- Próbuję przekroczyć granicę, ale PDI mi powiedziało że pieszo nie mogę.
- Przyjechałeś na stopa?
- Tak, przywiózł mnie tu jeden tir, ale teraz nie mogę nikogo znaleźć. - Urzędnik kiwnął głową po czym poszedł porozmawiać z PDI i z innymi Argentyńczykami.
- Chodź ze mną - rzekł po powrocie. Poszliśmy do budynku dla tirowców, znowu PDI, Żandarmeria, Argentyńska Imigracja. Oficer PDI oświadczył że nie może mnie przepuścić bez wpisania numeru rejestracji w ich elektronicznym formularzu.
- I co mam zrobić? - zapytałem Argentyńczyka, wyglądał na jedyną osobę która naprawdę chciała mi pomóc.
- Poczekaj tutaj, znajdę ci kierowcę. - Po kilku chwilach pojawił się z Paragwajczykiem. - On cię zabierze. - Dopiero teraz PDI chciała zobaczyć mój paszport.

Oficer zaczął wertować kartki.
- Byłeś w Chile od jakiegoś czasu - powiedział policjant dalej przerzucając kartki. - Hej coś tu tu robił przez tak długi czas?
- Em... - nie mogłem powiedzieć że pracowałem, - poznałem tu dziewczynę.
- Ha ha ha, dopadła cię jedna Chilijka! - wszyscy wybuchli śmiechem. Jedna pieczątka, druga pieczątka i po sprawie! - Idź na stację benzynową i tam na niego poczekaj. Albo znajdź sobie innego stopa. - Teraz mogłem przekroczyć granicę z buta, co za biurokracja. Przynajmniej nie skłamałem. Dzięki Aileen.

Na YPF-ie mieli wifi więc sprawdziłem kilka rzeczy i po chwili kierowca chilijskiej ciężarówki zapytał czy potrzebuję lifta. Jechaliśmy razem przez długie godziny gawędząc i żując kokę. Bywały momenty jazdy w dół i wspinaczki, ale przez większość dnia przemierzaliśmy pustynny płaskowyż, andyjskie altiplano. Późnym popołudniem dotarliśmy do Salinas Grandes del Noroeste, wielkiego solniska, które droga przecinała na pół. Śnieżnobiała sól kontrastował silnie z czernią asfaltu i błękitem nieba, które w lusterku było już purpurowe.

Gdy dotarliśmy do ostatniego łańcucha górskiego przed zjazdem w stronę dolin było już ciemno. Na jednym z ostatnich zakrętów przed szczytem zauważyliśmy ciężarówkę stojącą na poboczu. Wyglądało na to że potrzebuje holowania. Wyskoczyłem z kabiny i lodowaty wiatr mało nie urwał mi głowy. Nocleg w takim miejscu mógłby być zabójczy. Dopiero za trzecim podejściem udało się doholować ciężarówkę na sam szczyt skąd dalej mogła sobie dać radę sama. Po serdecznych podziękowaniach zaczęliśmy zjeżdżać niekończącymi się serpentynami i po około dwóch godzinach dotarliśmy do Purmamarca gdzie wysiadłem. Przywitał mnie ciepły podmuch. Przekroczyłem altiplano.

Z rana poszedłem zobaczyć miasteczko i po śniadaniu zacząłem stopować w kierunku San Salvador de Jujuy. Tak miło było znów zobaczyć drzewa. Wystarczył jeden lift by dotrzeć do miasta, a z każdym kilometrów yungas, tutejszy podzwrotnikowy las robił się coraz gęstszy i bardziej zielony. Pomimo tego że wysłałem wiele maili na CS nikt z Jujuy się nie odezwał, postanowiłem więc kontynuować w stronę Salty zwłaszcza że nie miałem aż tak dużo czasu. Francisco z hostelu Barrio Paraíso również wybierał się na Mistrzostwa byliśmy więc umówieni na imprezę w Rio. Miał on być w Brazylii tylko przez dziesięć dni, musiałem przyspieszyć by się z nim spotkać.

Powódź w regionie Entre Ríos w Argentynie
Powódź w regionie Entre Ríos w Argentynie
Nie znalazłem w Jujuy żadnego dobrego spota do łapania stopa, zabrałem się więc autobusem do satelickiej miejscowości gdzie spędziłem noc. Dotarłem do Salty koło południa następnego dnia na przyczepie starej zardzewiałej ciężarówki. Wysłałem wiadomość do Gabi z CS i poszedłem zobaczyć centrum miasta, w którym było wiele zabytkowych budynków. Argentyńczycy nazywali Saltę Piękną. Niestety dzień był szary, ciężkie chmury wisiały nisko. Po południu wysłałem kolejną wiadomość, a później próbowałem też zadzwonić, ale panowała cisza. Zacząłem się martwić. Nie o nocleg, ja zawsze mogłem się gdzieś rozbić, albo znaleźć tani nocleg, ale o Gabi. Mieliśmy ciekawą pogawędkę poprzedniej nocy, ale wyglądało na to że nie używała ona whatsapp od tego czasu. Może przytrafiło jej się coś niemiłego. Z rana pozwiedzałem jeszcze co nieco, a że nadal nie miałem od niej żadnych wieści, potem udałem się na wylotówkę. Może po prostu zgubiła telefon. Nigdy więcej się nie odezwała.

Szybko złapałem stopa do krzyżówki niedaleko General Güemes, a po jakiejś pół godziny do Rosario de la Frontera gdzie zatrzymałem się na noc na YPF-ie. Po śniadaniu zabrał mnie kierowca który jechał prawie do samej Córdoby. Prawie osiemset kilometrów jednym autem. Wybrał on alternatywną trasę przez Santiago del Estero, ale wkrótce tego pożałował. Droga była pusta, ale pełna dziur. Krajobraz zaczął się zmieniać, yungas najpierw przeobraziło się w monte z wielkimi kaktusami, a potem w wilgotną pampę pełną wysokich traw. Dojechałem do Córdoby wczesnym porankiem po nocce na jednej ze stacji nieopodal miasta.

W Córdobie zatrzymałem się u Samuela, który zaakceptował mój last minute couch request.*** Pracował on całymi dniami, ale na chacie był zapasowy klucz więc miałem sporo swobody. Słyszałem wiele o Córdobie gdy pracowałem w La Valija i był to jeden z powodów dla których się tam wybrałem. Stare miasto miało fajną atmosferę szczególnie teraz gdy pachniało jesienią i gdy drzewa zrzucały swe pożółkłe liście. Ostatniej nocy poszedłem na spotkanie miejscowych couchsurferów gdzie zawsze można spotkać ciekawe postacie, a potem niektórzy z nas przenieśli się do jednego z klubów. Grali tam cumbię za którą nie przepadałem, ale i tak wylądowałem na parkiecie.

Obudziłem się później niż planowałem i zaraz przed wyjściem otrzymałem wiadomość od Moniki, dziewczyny z Polski którą poznałem w Valpo. Widzieliśmy się tylko raz, ale potem rozmawialiśmy często na fejsie.
- I jaki plan trasy? Dorota mi mówi że jedziesz do Brazylii - zapytała w którymś momencie.
- Zmykam do Rosario a potem prosto do Rio!
- Chcesz się zatrzymać u mojego chłopaka muzyka? W Santa Teresa?
- A ma miejsce? Gdzie to jest?
- Ma dom na szczycie Santa Teresa z bandą muzyków. Zaraz się go spytam.
- Santa Teresa, coś mi to mówi...
- Nad Lapą.
- A, w samym centrum! - zacząłem się nakręcać.
Monika dużo podróżowała i niezła z niej wariatka. Po Chile pojechała do Brazylii gdzie poznała swojego chłopaka, a teraz była w Ekwadorze ze swoją przyjaciółką Dorotą, która też mnie odwiedziła w Valparaíso. Może po pół godziny wszystko było potwierdzone. Miałem nocleg w Rio!!!

Rio było jak magnes, bardzo chciałem tam wrócić, ale obawiałem się o ceny. Sprawdziłem niektóre hostele w necie i większość życzyła sobie kosmicznych pieniędzy podczas mistrzostw, nawet sześciokrotność normalnej ceny. Znalezienie coucha również wydawało się nierealne, prawdopodobnie wszystko zarezerwowane od dawna. Chciałem i tak tam zajechać, chociażby na jeden dzień by spotkać się z Francisco i obejrzeć jeden mecz na fan feście. Nie kręciła mnie jakoś szczególnie piłka, ale Mistrzostwa Świata to co innego. Mógłbym zostawić swój bagaż w jakiejś przechowalni i nie spać całą noc. Taki był mój plan. Teraz, dzięki Monice, mogłem o tym planie zapomnieć.

Sprawdziłem kiedy gra Chile. Dotarcie do Brazylii na ich pierwszy mecz było już niemożliwe, ale ich drugi mecz był za osiem dni i to akurat w moje urodziny. Zostało trzy tysiące kilometrów, teoretycznie do zrobienia. Francisco przygotuj piwko! Po tych wspaniałych wieściach i nowym planowaniu dotarłem na stację benzynową niedaleko obwodnicy późnym popołudniem i nie udało mi się niczego złapać do końca dnia. Jeszcze siedem dni, wciąż powinienem dać radę.

Po śniadaniu zabrał mnie kierowca tira jadący do Rosario, przynajmniej tak usłyszałem na początku. Potem powiedział mi że musi zjechać z głównej drogi na rozładunek, a następnie okazało się że to jakieś sto kilometrów od autostrady. Rozładunek zajął sporo czasu i pomimo tego że Paula, kumpela z Valpo zorganizowała mi nocleg w Rosario, nie dotarliśmy tam tej nocy. Kierowca był bardzo zmęczony i musiał zatrzymać się na drzemkę. Przespałem się w kabinie ciężarówki i całe szczęście że nie musiałem gdzieś rozbijać namiotu. Było niemiłosiernie zimno.

Dojechaliśmy na miejsce o ósmej rano i tylko zrobiłem małą rundkę po historycznej części miasta gdzie obchodzono święto flagi i pognałem dalej. Przekroczyłem pieszo długi wiszący most nad rzeką Paraná i dotarłem do peaje. Żandarmeria powiedziała mi na miejscu że nie mogę dalej iść pieszo i że w sumie stopowanie też jest tu niedozwolone, ale zrobią dla mnie wyjątek. Nie miałem pojęcia dlaczego. Po chwili miałem stopa do Nogoyá. Wjechaliśmy do Entre Rios, regionu który rozciągał się pomiędzy wielkimi rzekami Paraná i Urugwaj. Cały ten obszar był pod wodą, panowała powódź, stada bydła były uwięzione na powstałych wysepkach, wiele krów utonęło. Niektórzy farmerzy próbowali je ratować łodziami. Widziałem to wszystko z okna samochodu sunącego drogą wybudowana na wysokiej grobli.

Dotarłem do Nogoyá akurat na mecz pomiędzy Chile i Australią który obejrzałem na stacji benzynowej. 3-1. Chi chi chi le le le! Po meczu wystawiłem znowu kciuka pomimo że było ciemno i udało mi się dojechać do Villaguay gdzie spędziłem noc trzęsąc się w namiocie. Pierwszego lifta z rana złapałem szybko, ale na drugiego musiałem poczekać kilka godzin i dopiero wczesnym popołudniem zabrała mnie młoda dziewczyna jadąca do Concordii. Nie do końca wiedziałem którędy dalej jechać. Miałem dwie opcje: przez Uruguayanę i Porto Alegre, lub przez Foz do Iguaçu I Guarapuavę. Problem sam się rozwiązał po złapaniu kolejnego stopa. Kierowca ciężarówki jechał do Posadas niedaleko Foz.

Wieczorem mój kierowca zatrzymał się by kupić jedną rzecz w małej wiosce. Jego zakupem była noga kapibary, największego na świecie gryzonia który występował w tej okolicy. Noga była ogromna i niestety była surowa i zamrożona. Byłem strasznie ciekaw jak smakuje, próbowanie egzotycznych smaków było tą częścią podróżowania którą bardzo lubiłem. Może następnym razem. Dojechaliśmy do Posadas o jedenastej wieczorem i od razu udałem się na upragniony sen. Wiedziałem że tej nocy nie będę się trząsł, powietrze było ciepłe i wypełnione zapachem tropików.

Następnego dnia po trzech liftach dotarłem dość wcześnie do Jardin América. Po drodze mijaliśmy wielokrotnie płaty tropikalnego lasu, byłem już tak blisko granicy. Po południu moja dobra passa się skończyła, nagle autostop przestał działać. Wiedziałem że wieczorem gra Argentyna, ale na drogach wciąż było dużo samochodów i tirów, większość obwieszona narodowymi flagami. Gdy nadszedł czas meczu dołączyłem do oglądających na stacji benzynowej, łapanie stopa byłoby bez sensu. Miasteczko całkowicie zastygło, droga była zupełnie pusta. Gdy skończył się mecz zaczęła się fiesta, a ja się poddałem i wskoczyłem do namiotu.

Obudziłem się bardzo wcześnie i od razu złapałem stopa do Puerto Iguazu. W końcu dojechałem do granicy. Dzień był upalny i wilgotny. Wydałem ostatnie peso na jedzenie i poszedłem popytać się na na parkingu przy Urzędzie Celnym. Większość kierowców radziła mi najpierw przekroczyć granicę pieszo i łapać stopa po drugiej stronie, gdyż większość musiała czekać na dokumenty a to przeciągało się w nieskończoność. Po otrzymaniu argentyńskiej pieczątki wyjazdowej pomaszerowałem na drugi brzeg rzeki Iguaçu, której mętna woda miała kolor kawy z mlekiem. Kilka kilometrów w górę rzeki znajdował się słynny Wodospad Iguazú, ale nie zamierzałem go teraz odwiedzać, tym bardziej że niektóre punkty widokowe były wciąż zamknięte po powodzi. Zobaczę to innym razem, teraz był czas by gnać do Rio. Zostało mi dwa i pół dnia. Ciężko, ale iskierka nadziei wciąż istniała.

___
* Chilaco - mieszanka słów Chileno i Polaco, Chilijczyk i Polak.
** Carrete - w chilijskim slangu impreza.
*** Last minute couch request - prośba o przenocowanie wysłana w ostatniej chwili na Couchsurfing.