slide1 slide2 slide3 slide

Notatki z domu autostopowicza

Wszystkie rozdziały na temat Hiszpania

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Prom z Hiszpanii do Maroka
Cssss, zasyczały hamulce podmiejskiego autobusu na dworcu w La Línea. Usadowiłem się na przednim siedzeniu a moim celem była stacja benzynowa na obwodnicy. Wyobrażałem sobie, że siedzę już w kabinie ciężarówki wjeżdżającej na prom. Nie zauważyłem nawet kiedy autobus minął mój przystanek, a następny był dopiero w Algeciras. Było już późno, więc żaden autobus nie jechał z powrotem. Mogłem iść na południe do miejsca w którym autostrada zamienia się w zwykłą krajówkę, ale stopowanie nocą tak po prostu na poboczu w Hiszpanii nie było dobrym rozwiązaniem. Więc poszedłem na północ i natrafiłem na nie lada przeszkodę - rzekę nad którą zawieszony był jedynie most autostradowy z wąskimi poboczami i sporym ruchem. Pomyślałem sobie, że musi być jakiś inny sposób by dostać się na drugą stronę.

Sprawdziłem mapę. Niedaleko był most kolejowy i kiedy tam dotarłem, okazało się że jest bardzo wąski, więc w razie nadjeżdżającego pociągu, miałbym kłopoty. Postanowiłem spróbować. Widok rzeki był niesamowity. Wyglądała ona jak niewypolerowane lustro odbijające światła tej zurbanizowanej zatoki, niczym impresjonistyczny obraz. Czułem w tym miejscu jakąś magię, a znalazłem się tam przez zupełny przypadek. Uwielbiam takie zbiegi okoliczności. Po nocy na stacji benzynowej zajęło mi trochę złapanie stopa do Tarify. Gdy tam dotarłem widok gór po marokańskiej stronie cieśniny był bardzo przejrzysty, mogłem nawet dostrzec budynki. Byłem na krańcu Europy, niemalże czułem zapach pustyni, choć była on setki kilometrów za górami. Chęć odkrycia Maroka rosła i rosła.

Ciężkie chmury podążały za mną przez cały dzień i zaraz przed zapadnięciem zmroku przyniosły pierwsze krople. Stałem w mżawce przez kilka godzin bez powodzenia. Kadyks był zaledwie sto kilometrów stąd, drobnostka. Około dwudziestej pierwszej potężna ulewa wygnała mnie pod wiatę pobliskiego supermarketu. Piętnaście minut później biały samochód zaparkował tuż przed wejściem. Młody człowiek z długimi blond włosami podszedł do mnie.

- Mówisz po angielsku? - zapytał.
- Jasne.
czlowiek gryzie roznaniec Hiszpania- Może być ciężko przy tej pogodzie. My jedziemy do Kadyksu, ale dopiero jutro, teraz chcemy gdzieś zaparkować na noc - wskazał ręką na samochód, w którym siedziała dziewczyna. - Masz ochotę na piwo?
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałem. Tak więc po chwili rozmawialiśmy we trójkę i dowiedziałem się że był ze Słowenii, a jego dziewczyna to Austriaczka. Podróżowali po Hiszpanii wynajętym samochodem.
- Może uda ci się tam przekimać - powiedział zerkając na niedokończoną budowę, co było tu normalnym widokiem odkąd zaczął się kryzys.
- W sumie myślałem o tym.
Dziwne jest to, że czasami tak po prostu czujemy z kimś więź od samego początku. Ten koleś na pewno był w podobnej sytuacji w swoim życiu. Po tym jak odjechali w ciemność nocy, rozbiłem obóz w pustym budynku bez drzwi i okien.

Następnego dnia dojechałem do Kadyksu dość szybko, zabrany przez Nor, piękną i pewną siebie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, marokańską dziewczynę. W Kadyksie na pięknej plaży La Caleta poznałem grupę ludzi, którzy żonglowali, grali na bębnach i w sumie tam obozowali. Było tam dwóch Holendrów, jeden gość z Niemiec który podróżował ze swym szczeniakiem rowerem, był jeden Chilijczyk i kilka osób z Hiszpanii. Była tam także dziewczyna z Izraela, która podobnie jak ja dopiero tu przyjechała. Powiedziałem jej o swoich planach, a ponieważ chciała zapłacić za prom by dostać się do Las Palmas, zapytała czy może się dołączyć. Czemu nie.  Na Kanary były tylko dwa promy tygodniowo, w soboty i we wtorki.

W poniedziałkowy poranek plażowi znajomi zabrali mnie do jednej z katolickich organizacji na darmowy posiłek. Wszyscy uwielbialiśmy darmochy. W jadłodajni spotkać było można zupełnie różnych ludzi. Jedni to pijani bezdomni, robiący dużo hałasu, którzy żyją na ulicy pewnie od lat. Inni to ludzie których pokonał kryzys, mający problemy się utrzymać. W południowych regionach Hiszpanii bezrobocie sięga ponad trzydziestu procent. Jeszcze inni to ludzie tacy jak my, próbujący zaoszczędzić każdy grosz, będąc w drodze. Po śniadaniu poszedłem do portu zobaczyć czy już zaczęły się zjeżdżać tiry. Udało mi się pogadać z niemieckim kierowcą, który powiedział mi, że jego firma musi zapłacić ekstra za drugą osobę w kabinie. Shit! Moja nadzieja zaczęła się rozsypywać. Poszedłem sprawdzić maila i... nie mogłem w to uwierzyć. Wiadomość od australijskiego żeglarza Richarda, który widział moje ogłoszenie w gibraltarskiej marinie! Postanowiłem od razu wracać, ale ekipa przekonała mnie bym poszedł z nimi na kolejny darmowy posiłek. Ciekawość zżerała mnie od środka.

Zamieszkałem ponownie w mieszkaniu Johna i reszty, choć czułem że nadużywam ich gościnności. W ich mieszkaniu prawie każdego dnia pojawiali się nowi couchsurferzy. Shawn sam kiedyś w obcym kraju nie miał dachu nad głową, teraz chciał się odwdzięczyć. Następnego dnia poznałem Richarda na jego łodzi Christina II, która była pięknym dwudziestometrowym keczem. Richard, pochodzący z Perth mężczyzna koło pięćdziesiątki, opuścił Australię pięć lat temu by opłynąć świat. Teraz jego planem było zebranie kilku osób załogi i być może popłynięcie na Karaiby. Być może. Richard musiał zostać w Gibraltarze przez kolejne kilka tygodni, by popracować jako programista i podreperować nieco budżet. Potrzebował również nowych żagli, poprzednie nie przetrwały sztormu. Więc ponownie nie wiedziałem na czym stoję. Znowu ugrzązłem.

Przez najbliższe kilka dni odwiedzałem Richarda dość regularnie. Odbyliśmy wiele konstruktywnych rozmów na temat wolnego oprogramowania i wolnych map świata. O systemie w którym wszystko jest na sprzedaż i wszystko ma swoją cenę. W końcu rozmawialiśmy o społeczności żeglarzy. Nie jest ona tak jednolita jak mi się wydawało. Jest wiele bogatych osób, którzy mieszkają na łodziach trochę dla szpanu. Nie przemieszczają się za wiele, czasem w ogóle. Ale jest też wiele prawdziwych żeglarzy, ludzi którzy czasem sprzedali wszystko by zrealizować marzenie życia. Ludzi, którzy często mają problemy by się utrzymać. Richard nie był pewien jak długo będzie musiał tu zostać i nie był do końca przekonany co do jego kolejnego celu. Chciał również by jego załoga dołożyła się nie tylko do kosztów jedzenia, ale również do pozostałych, jak paliwo czy cumowanie, ponieważ sam nie był w stanie za to zapłacić. Rozumiem, ale jednocześnie ja nie mogłem wydać aż tyle, niestety. Więc nadszedł czas podjęcia decyzji. Postanowiłem spróbować szczęścia w Maroku. Kierunek Agadir!

Magot gibraltarski
- Przepraszam jedzie pan w kierunku Girony?
- Tak, a dokąd chcesz jechać?
- Em... do Ameryki Południowej.
- Dokąd?
Rafael, prawdopodobnie trzecia osoba którą zapytałem o lifta na stacji w pobliżu Perpignan, był naprawdę zaciekawiony moimi planami. Miałem więc stopa prosto do Girony, a zacząłem zaledwie przed godziną w Montpellier. Super. Po kilku minutach przeszliśmy na angielski, ponieważ nie mogłem się w pełni wysłowić po hiszpańsku. Mój kierowca mieszkał w Barcelonie i choć był bardzo zajęty, bo pracował aż do dwunastu godzin dziennie aby spłacić swoje długi, zjechał z autostrady by podwieźć mnie bliżej miasta.

W Gironie odebrał mnie z dworca Toni, młodszy brat Mikiego, kumpla z Galway. Kiedy zawitałem w mieszkaniu jego rodziców czułem, że słownik będzie moim najlepszym przyjacielem przez najbliższy czas. Studiowałam hiszpański na uniwersytecie, ale po latach nie mówienia, czułem się jakby co najmniej połowa słów po prostu wyparowała. Rozmowa z mamą Mikiego była najbardziej zabawna. Pytałem o coś łamanym hiszpańskim, a ona odpowiadała prostym angielskim, chcąc go podszlifować, gdyż zaczęła właśnie chodzić na lekcje angielskiego. Po dwóch dniach pełnych rodzinnej atmosfery, fantastycznego jedzenia i nieco zwiedzania ruszyłem w dalszą w drogę. Zanim dotarłem do wjazdu na autostradę było już ciemno, a temperatura zaczęła szybko spadać.

Pierwszy samochód złapałem w mgnieniu oka. Złapanie drugiego zajęło mi trzy godziny. Było już po północy, kiedy znalazłem się na małej stacji paliw niedaleko Barcelony, na której nie było prawie żadnego ruchu i dwie zmarznięte autostopowiczki - Birgit i Josefa, obie z Niemiec i w drodze do Portugalii. Miło płynął nam czas. Były przekąski, butelka czerwonego wina, mnóstwo śmiechu i znudzony pracownik stacji, patrzący na nas drepczących w miejscu by się rozgrzać. Nie mogliśmy wejść do środka, drzwi były zamknięte na noc, a za paliwo płaciło się przy okienku. Z gór wiał mroźny wiatr, a ruch na stacji był praktycznie żaden. Dobrze że wciąż miałem rękawiczki. Po kilku godzinach pracownik wyszedł na zewnątrz, wsiadł do swego samochodu, zaparkował koło nas i otwierając drzwi powiedział: "Możecie spać w samochodzie do końca mojej zmiany."  Zajebiście.

Rano całą trójką znaleźliśmy stopa do następnej stacji, a tam dziewczyny dosłownie w minutę znalazły mi lifta z facetem jadącym do Tarragony. Po godzinie dołączyły do mnie, a wieczorem wylądowałem na wielkiej stacji pod Sagunto, gdzie stało dużo ciężarówek i trzech kolejnych autostopowiczów. Uciekają przed zimą, pomyślałem, podobnie jak ja. Gdy podszedłem się przywitać, zauważyłem że mają śmieszne ciuchy, jakby byli z jakiegoś dziwnego, hipisowskiego cyrku. Oczywiście nie wspomniałem nic na temat ich strojów, widziałem wielu świrów w życiu, dla wielu prawdopodobnie sam jestem świrem.

Hampi, gość z precyzyjnie przystrzyżoną brodą oraz Andrea, dziewczyna z długimi dredami byli ze Szwajcarii. Druga dziewczyna, Angela to Niemka. Zaczęliśmy grać w kości i opowiadać sobie historie z podróży pytając o lifta od czasu do czasu. Udało nam się złapać stopa dla całej czwórki w małym miejskim samochodzie. Kierowca był Hiszpanem, który wychował się w Szwajcarii. Podrzucił nas pod Alicante na stację benzynową. Na jej tyłach znaleźliśmy polanę gdzie postanowiliśmy się przespać. Wpatrując się w czarne niebo podziurawione milionem gwiazd, zasnąłem szczęśliwy że znów jest ciepło.

Alhambra Granada Hiszpania
Alhambra - Granada
Następny poranek, a raczej południe, przywitało nas promieniami słońca i dojrzałymi pomarańczami, które rosły dookoła. Zaczęliśmy kolejny dzień leniwego stopa. Autostop w Hiszpanii jest jak sama Hiszpania, gdzie  zawsze czuje się atmosferę siesty, gdzie wszystko niby działa ale jest jakieś uśpione. Po godzinach takiego lenistwa, w końcu udało mi się złapać stopa prosto do Granady, miasta które chciałem zobaczyć od dawna.

Mój kierowca nie był zbyt rozmowny, mogłem więc przylepić się do szyby i podziwiać krajobraz. Góry rosły w naszych oczach, wszystkie pokryte oliwnymi drzewami niczym zielonymi plamami na rdzawej gołej ziemi. Wysiadłem na stacji na obwodnicy Granady. Słońce było już ukryte za górami. Wyglądało to jak łuna wielkiego pożaru, unosząca się nad szczytami. Zaszedłem do środka by podładować telefon i przejrzeć mapę. Kiedy wyszedłem Hampi, Angela i Andrea stali już na zewnątrz popijając wino. Był to ich pożegnalny drink, gdyż postanowili się rozdzielić. Dziewczyny chciały kontynuować stopa, by dostać się do Kadyksu, natomiast Hampi, namówiony przez kierowcę, zdecydował się pozwiedzać Granadę. Więc zaczęliśmy iść razem. Po drodze wyjaśnił mi skąd się wzięły ich stroje. To stara tradycja z krajów niemieckojęzycznych powiązana z rzemiosłem. Każdy rzemieślnik musiał podróżować przez jakiś czas, by dowiedzieć się więcej o świecie i podszkolić swój fach pracując tu i ówdzie. Tradycja ta sięga czasów średniowiecza. Każde rzemiosło jest reprezentowane przez inny kolor. Hampi jako stolarz nosił czarne ubrania.

Po drodze do centrum miasta zaglądaliśmy co chwilę do różnych barów na małe piwko i co nas zaskoczyło to to, że w każdym z barów dostawaliśmy do piwa darmowe przekąski zwane tu tapas. Po kilku barach, z pełnymi nareszcie żołądkami nadszedł czas by znaleźć jakiś nocleg. Hampi miał swoją technikę by przetrwać noc w miastach, szczególnie zimą: Znaleźć wysoki apartamentowiec z windami i rozbić się na ostatnim półpiętrze. Nikt nie używa tam schodów, idzie prosto do windy. Udało nam się już przy pierwszym podejściu. Drzwi były otwarte pomimo zainstalowanych domofonów. Usnęliśmy dosłownie w minutę.

Następnego poranka, po kawie i bagietce, ruszyliśmy w stronę starego miasta by odkryć uroki Alhambry - mauryjskej fortecy pełnej pałaców i ogrodów, zbudowanej na szczycie jednego ze wzgórz. Alhambra była ostatnim bastionem Muzułmanów w Hiszpanii. Została zdobyta przez monarchów katolickich w 1492. Poczucie estetyki, piękna i rytmu jest niebywałe w tym miejscu. Alhambra inspirowała wielu artystów, chociażby M. C. Eschera.

Wieczorem, sącząc piwo w małym barze z tapas, zdaliśmy sobie sprawę że obaj nie braliśmy prysznica od kilku dni. Był najwyższy czas. Sprawdziłem maila by zobaczyć czy odpisał któryś z couchserferów. Była tylko jedna negatywna odpowiedź. Zdecydowaliśmy się na hostel i znaleźliśmy jeden w centrum miasta. Mieścił się on w pięknym, starym budynku przy jednej z setek wąskich uliczek. Panował tam niezły klimat, pomimo tego że był on niemalże pusty. A może właśnie dlatego. Czułem się tam nieźle, choć nie jestem wielkim fanem hosteli. To znaczy w niektórych poznałem niesamowitych ludzi, czasami charyzmatyczne postacie, ale to niemal zawsze byli obcokrajowcy tak jak ja. Czasem nawet właściciele nie byli miejscowymi.

Gibraltarski żołnierz
Gibraltarski żołnierz
Po trzech dniach regularnego, hostelowego życia wyruszyłem w stronę Gibraltaru. Hampi się dołączył, nigdy tam nie był podobnie jak ja. Po łatwym stopie wylądowaliśmy w mieszkaniu trzech couchsurferów. Felix, pochodzący z Drezna był informatykiem i wynajmował mieszkanie wspólnie z dwoma kumplami z Anglii - Johnem i Shawnem. Mieszkali minutę drogi od granicy, w La Línea, ponieważ po hiszpańskiej stronie było taniej.

Pierwszy dzień spędziliśmy zwiedzając Gibraltar. Dziwne to uczucie chodzić ulicami tego miasta. Trochę jak bycie w Anglii, ale nie do końca, gdyż pogoda jest zbyt ładna, architektura bardziej śródziemnomorska, a najczęściej słyszany język to llanito - mieszanka angielskiego z hiszpańskim. Sama skała z której słynie Gibraltar to robiący wrażenie kawał wapienia, który jest domem dla setek magotów, jedynych europejskich małp.

Po zwiedzaniu nadszedł czas szukania łodzi. Felix powiedział mi, że w listopadzie goście którzy nocowali u niego byli w stanie znaleźć łajbę nawet w kilka dni. Wiem że jest za późno, pomyślałem sobie, ale cóż mogę zrobić? Czekać kolejny rok? Nie ma mowy. Zostawiłem ogłoszenia w tutejszych marinach, a są tu aż trzy: dwie w Gibraltarze i jedna w La Línea.

Mijały dni, a łapanie żaglówki na stopa wyglądało zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Nie było prawie żadnego ruchu, przynajmniej o tej porze roku. Czasami siedziałem godzinami w marinie, tylko po to by pogadać z jedną osobą. W większości marin nie mogłem wejść na pomosty, nie znając kodu czy nie mając klucza. Z nadzieją było jak z huśtawką, w zależności od tego z kim rozmawiałem. Niektórzy mówili: "Nie no, nie jest wcale za późno, wciąż niektórzy wypływają." Inni zupełnie odbierali mi nadzieję: "Oj za późno, wszyscy tu zimujemy." Sprawdzałem co chwile maila jak maniak, licząc że ktoś przysłał mi jakąś wiadomość. Nic.

Po niemalże dwóch tygodniach spędzonych w Gibraltarze postanowiłem pojechać do Kadyksu, by sprawdzić czy możliwe jest złapanie na stopa ciężarówki płynącej promem na Wyspy Kanaryjskie. Nie było żadnych informacji na ten temat na autostopowej wikipedii. Zdecydowanie potrzebowałem zmiany.